Legend of Zelda (The): The Wind Waker
Zelda no Densetsu: Kaze no Takuto (JAP)
The Legend of Zelda 9
The Legend of Zelda: The Wind Waker
Legend of Zelda 9
Wydania
2002()
2003()
Ogólnie
Jeszcze jedna kolorowa Zelda, tym razem na GameCube. A to oznacza action-rpg (z minimalną dawką rpg prawdę mówiąc).
Widok
TPP
Walka
Zręcznościówka

RECENZJA

Pierwsze obrazki z następcy Okaryny Czasu powalały, jak zapewne pamiętacie. Niesamowicie wyglądająca walka Linka z Ganonem była niemal rewolucyjna jak na ówczesne standardy. Gra wyglądała niemal na ukończoną - już można było poczuć zapach pudełka, idealną krągłość płytki, powertować w wyobraźni instrukcję, gdy to nagle ni z gruszki, ni z pietruszki, Nintendo postanowiło całkowicie zmienić wizerunek nowej Zeldy. Z 'dojrzałego' RPGa, gra przerodziła się w zabawkę dla dzieci - Link wyglądał jakby żywcem wycięty z 'Atomówek', teren gry radosny i kolorowy... Dało się słyszeć krzyki oburzonych fanów, dało się widzieć pikiety pod siedzibą Big N, wreszcie dało się czytać w pismach branżowych o wątpliwej moralności takiego występku... Czy słusznie? Oczywiście, że nie :).

Tak właściwie seria 'The Legend of Zelda' jest już dość leciwa. Powstała jeszcze na NESie, dorobiła się kilkunastu części i obecnie jest jedną z najsławniejszych gier na świecie. Dość powiedzieć, że Shigeru Miyamoto dostał za Okarynę Czasu elitarną nagrodę od Academy of Interactive Arts and Sience w Los Angeles, gra dostała perfekcyjną ocenę (bardzo rzadko się zdarza) w japońskim Famitsu i w wielu innych pismach konsolowych oraz, że Ocarina of Time jest uznawana za jedną z najlepszych gier jakie kiedykolwiek powstały. Całkiem słusznie zresztą. Na takie wyróżnienia zasłużyła sobie bardzo dużym 'skomplikowaniem' świata - masą questów, minigierek, sekrecików, postaci, z którymi można pogadać, zmiennymi porami dnia, podróżami w czasie - wiecie o co chodzi, jak również świetnie poprowadzoną historią, fenomenalną grafiką, systemem walki, muzyką, grywalnością, wywarzonym poziomem trudności... no dosłownie wszystkim. Do dziś jest rozchwytywana - przez wielu ludzi uznawana za ideał jeśli chodzi o gatunek 'przygodówek akcji z elementami RPG'. Przyznacie, że przed panem Eiji Aonuma, który przy okazji zastąpił poczciwego Shigeru (tym razem pełnił rolę producenta) stał tęgi piard do przegryzienia. Już sama zmiana głównego przodownika pracy mogła wzbudzić niepokój. Miyamoto jednak w wywiadzie przeprowadzonym dla serwisu IGN zdradził, że z Anoumą pracował od Okaryny. Czyli gość na swoim miejscu, jakby nie patrzeć. Wróćmy jednak do samej recenzji.

Historia rozpoczyna się na malutkiej i spokojnej wysepce w 100 lat po wydarzeniach z pierwszej Zeldy na N64. Mieszkańcy wyspy mają swoje legendy i opowiastki - jedna z nich mówi o Bohaterze Czasu (The Hero of Time), który dzięki swemu niespotykanemu męstwu, niezwykłej odwadze oraz niesłychanym umiejętnościom pokonał niegdyś panoszące się po świecie zło pod postacią okrutnego Ganondorfa. Splugawiony do szpiku kości, pokonany i shańbiony po wsze czasy został zamknięty gdzieś daleko poza obszarem królestwa Hyrule. Teraz po upływie całego wieku złośliwiec postanawia o sobie przypomnieć, znowóż rzucając swój mroczny cień na ziemię, w wyniku czego przestały rosnąć ziemniaki, a uprawa buraków stała się niewypłacalna. Na Outset Island - wyspie naszego małego bohatera, panuje zwyczaj przebierania trzynastolatków (tak naprawdę w grze dokładny wiek nie jest podany, więc strzelałem) w zielony kubraczek i czapeczkę - strój mający przypomnieć i uczcić pamięć Bohatera Czasu sprzed 100 lat. Tak się składa, że swoje trzynaste urodziny obchodzi jedynie jeden chłopaczek - Link. Nie czci on jednak swojego święta należycie, jak to mają zwyczaj Polacy, a jak przystało na porządnego obywatela kraju innego od naszego - jest daleki od radości uniesienia alkoholowego. Innymi słowy - nie łoił dynksa. Kontrolę nad nim dostajemy w chwili, gdy ten wybiera się do swojej babci po uroczysty stroik, z którego zresztą niezbyt się cieszy - w końcu to wyspa tropikalna i noszenie długich spodni plus ciepłej bluzy to niezbyt ciekawa perspektywa. Dodatkowo po wsi chodzi fama, o pewnej staruszce, która lubi się przebierać w zielony strój, by wzbudzić zaufanie wśród okolicznych wiewiórek i dokonywać na nich czynu nierządnego w stodole. Ale cóż począć, trzeba zacisnąć zęby i poświęcić się w imię tradycji. W takim to odzieniu jesteśmy świadkami porwania naszej drogiej siostrzyczki - Aryll - przez jednego ze sługusów Ganondorfa... No wreszcie coś się dzieje, aż chciałoby się krzyknąć. Jeszcze tylko mała wyprawa po miecz oraz tarczę i jako świeżo upieczony ratownik porwanych przez ptaszyska sióstr wyruszamy ku przygodzie, chwale i lekarstwu na zwyrodnienia prostaty.

Pamiętacie Pole Hyrule z Okaryny? Wielkie było, nie? Zapomnijcie o nim - przy morzu z Wind Wakera jest jak Tadeusz Norek z telewizji przy Pudzianie. Mikruśkie. Powierzchnia wody to 7km x 7km. Samo przepłynięcie z jednego końca na drugi zajmuje ponad pół godziny, a wyobraźcie sobie, że gdziekolwiek byście nie byli, zawsze na horyzoncie widać przynajmniej pięć wysp/ budowli /łodzi podwodnych itp., po których można wesoło się poszwędać. Jak wiadomo mistrz Miyamoto nie zwykł krępować graczy i zawsze daje nam ogromny świat do zwiedzenia. Tym razem można nawet odnieść wrażenie, że trochę przesadził z tym rozmachem, ale nie mi pojmować japońskich wizjonerów. Oczywiście biorąc pod uwagę wielki akwen wodny, nasza szkapa Epona musiała odejść w niebyt, na jej miejscu pojawił się zaś King of Red Lions, czyli ni mniej ni więcej, tylko gadająca łódź (pamiętajcie, że Japonia jest krajem, gdzie ludzie płacą za wąchanie znoszonej bielizny, więc niech nic was nie dziwi). Przejął on także rolę małej wróżki Navi i pomaga nam w wyprawie zasypując Linka mniej lub bardziej interesującymi wskazówkami. Zaznacza nam również miejsce, do którego aktualnie musimy się udać, więc to nieoceniona bestia i niezbędnik każdego szanującego się podróżnika. Aby nie pogubić się w świecie do dyspozycji gracza oddana została poręczna mapa, wywoływana krzyżakiem. By nie było zbyt łatwo, mapę musimy uzupełnić sami - to jest udać się na każdą z 49 części morza i narysować na niej kolejne jego elementy. Roboty przy tym wiele niesłychanie, bo co i rusz natykamy się na co raz to ciekawsze tereny, więc dużo wina upłynie w naszych gardłach, zanim grę w 100% ukończyć zdołamy.

W Ocarina of Time mogliśmy manipulować czasem - przemieszać się z okresu świetności królestwa Hyrule, do jego lat upadku, kiedy to ziemią rządził Ganondorf Okrutnik. Tym razem zabawa w przenoszenie się między latami zastąpiona została czymś równie ciekawym - kontrolą nad wiatrem. Autorzy w tej części oddali nam do dyspozycji tytułową batutę - The Wind Waker. Dzięki niej popłyniemy na łodzi tam, gdzie chcemy, a po pewnym czasie przywoływać będziemy trąby powietrzne do przenoszenia nas z jednego krańca świata na drugi - pokrywa to się z teleportami w świątyniach z OoT (w rzeczywistości większość elementów TWW została zapożyczona z poprzedniej części, tego nie pochwalamy, ale i nie ganimy zanadto, gdyż w zabawie nie przeszkadza to wcale).

A jak się gra? Właściwie bardzo podobnie do Okaryny, a nawet niemal identycznie. Znów błąkać będziemy się po różnych świątyniach i podziemiach szukając klucza, dzięki któremu przejdziemy do kolejnej świątyni lub podziemia. Taki typowy zeldowaty schemacik. Oczywistym jest, że żaden z tych obszarów podobnym do siebie nie będzie, co więcej będą to obszary różnorodne i rozmaite, a zadania stawiane graczowi nieprzeciętne i niekonwencjonalne. Już w pierwszej Opuszczonej Fortecy nie ciąć będziemy, a podkradać się chytrze. A to pod beczką, a to wzorem Solidnego Węża do ścian przyklejać się ochoczo będziemy - jest nawet wychylanie się zza winkla! Tak, tak, wiem - w poprzedniej Zeldzie też były podobne misje, ale tutaj są znacznie ciekawsze, zważywszy na poprawioną inteligencję wrogów. Choć nie ma się czym podniecać, ponieważ nadal po odejściu na 10 metrów potrafią o nas zupełnie zapomnieć. Ale ogólnie źle nie jest, walki z nimi należą do bardzo ciekawych. Dziady potrafią blokować, parować ciosy, pracować w grupach, okrążać naszego bohatera z różnych stron - gdy np. wybijemy im z rąk broń, zaczną szukać nowego orężu w okolicy, a jak cmykniemy ich w kuper, zawyją donośnie i uciekną tchórzliwie ;). Walki jednak nie tylko wrogami stoją. Link także potrafi co nie co pokazać - nie jest juz ograniczony do tych trzech ciosów na krzyż z Okaryny. Mamy więc efektowne kontrataki - wystarczy nacisnąć 'A' w odpowiednim momencie, by malec sprytnie obiegł wroga i elegancko przyciął mu włosy na plecach. Znalazły się też nowe kombosiki - niektóre wyglądają jakby zostały żywcem przeniesione z Soul Calibura 2, dzięki temu balet śmierci w Wind Wakerze doprawdy wygląda niesamowicie! Niektóre poziomy także zostały opracowane pod efektowną walkę - na niektórych z nich ujrzymy wielkie słupy, które oczywiście posiadając coś cięższego pod ręką, na wroga przewrócić zdołamy. Ciekawa akcja, trzeba przyznać.

Samych przeciwników jest masa, jednak te głupiutkie panopki zupełnie tracą na znaczeniu przy fenomenalnych bossach. Oszołomiony byłem po ujrzeniu OGROMNEJ, niemieszczącej się w kadrze robakoidalno-pajęczowatej istoty, która wynurzyła się przed samiusieńkim noskiem Linka przy akompaniamencie gigantycznych wybuchów płomieni i pompatycznej muzyce. Co więcej - bossowie nie tylko świetnie wyglądają, ale jak zwykle zostali przygotowani pomysłowo. Na każdego trzeba stosować inną taktykę, nie da się pokonać takiego przeciwnika trzema combosami - trzeba użyć szarych komórek, rozejrzeć się po otoczeniu, poszukać elementów, dzięki którym być może zwycięzymy - oczy trzeba mieć dookoła głowy zwyczajnie. Podobnie zresztą jest z zagadkami - jak zwykle w serii nie należą one do gatunku pecetowych (kup w sklepie pomarańczę, zanieś ją do zamku i obierz, skórkę wrzuć do śmieci, to uruchomi mechanizm, dzięki któremu z regału z książkami wyleci moneta, którą następnie wyrzuć przez okno, co unieszkodliwi będącego pod nim potwora) czy też square'owych (naciśnij przycisk, wejdź do drzwi, tłucz potwory). Tutaj bowiem, jak przy bossach, przyglądać się należy otoczeniu i umiejętnie wykorzystywać ekwipunek. Większość zagadek nie będzie stanowiła dla nikogo problemu, jednak nad niektórymi chwilkę posiedzicie.

Narzędzi mordu nie przybyło - znowuż nasz arsenał składa się z młota, bumerangu, łuku, miecza, tarczy, bomb etc. Z nowości niezbyt tu wiele - jest niby lina z hakiem, ale przecież w poprzedniej odsłonie bawiliśmy się bardzo podobnym urządzeniem. Jednak mało zmieniony ekwipunek zupełnie nie przeszkadza, tym bardziej, że jego użyteczność została znacznie poprawiona. Tym razem nie będzie trudności z bumerangiem - by uderzyć nim przeciwnika wystarczy jedynie 'musnąć' go celownikiem, by bumerang poleciał właśnie w jego kierunku. Co jeszcze lepsze - maksymalnie możemy zaznaczyć w ten sposób do pięciu obiektów, co przyda się nie tylko przy eliminowaniu wrogów, ale także przy rozwiązywania niektórych zagadek. Zupełną nowością jest za to podnoszenie broni po przeciwnikach - są wielkie włócznie, ogromne i mniej ogromne miecze czy drewniane pałki. Niestety, po wyjściu z pomieszczenia taką broń tracimy nieubłaganie - zwyczajnie nie można pozostawić jej w ekwipunku, więc traktujemy ją raczej jako tani gadżet jednorazowego użytku. Troszkę szkoda, bo niektóre z tych broni są naprawdę potężne.

Największe zmiany nowa Zelda przeszła pod jej graficznym aspektem. Na bok z leciwą i pospolitą w gruncie rzeczy grafiką z Okaryny - wejdźmy w nowy kreskówkowy świat! Poza wielkością świata to grafika zrobi na was największe wrażenie. Pozytywne bądź negatywne, bo tutaj wszystko rozchodzi się o wasze indywidualne gusta. Spójrzeć na załączone obrazki wystarczy - styl manga- cellshaded -super -deformed -kindermachen nie każdemu do gustu przypadnie. Jednak nawet jeśli czujecie, że z chęcią naplulibyście na plecy grafikom Nintendo - dajcie tej grze szansę. Wczujcie się w jej baśniowy klimat. Wystarczy bowiem tylko kilka minut, by po pierwszych chwilach niechęci dosłownie pożerać oprawę Wind Waker'a. A posiłek to iście przepyszny. Po pierwsze - pole widzenia - przepotężne! Wystarczy wejść na wierzę obserwacyjną na Outset Island, by podziwiać całe bogactwo tego terenu. W dole widać dosłownie każdy najmniejszy element otoczenia - subtelnie kołyszące się na wietrze palmy i krzewy, fruwające tu i ówdzie mewy, wesołego rolnika z zapałem pielącego ogródek czy małe stadko świń chociażby. Do tego dołóżmy rewelacyjnie wykonane oświetlenie w lochach, któremu można się przyglądać całymi minutami, rozbudowaną do granic możliwości mimikę naszego bohatera, który na każdą okazję ma przygotowany inny wyraz twarzy, dzięki czemu doskonale widać jego smutek, radość, strach czy zaskoczenie. Wykonanie zaś jednego z ważniejszych czynników w grze - wiatru - nie pozostawia żadnych uwag. Zobrazowany on został bardzo umiejętnie - bo w postaci ciągnących się białych smug na otwartych przestrzeniach. O efektach w stylu gorącego powietrza czy rozmytego dalszego planu wspominać chyba nie trzeba?

Przywiązanie do szczegłów w tej grze powala - zwróćcie uwagę w jaki sposób reagują chmury na wasze manipulacje wiatrem, w którą stronę powiewa czapka Linka, jak pięknie bujają się okoliczne drzewa. Wyjdźcie także czasem na molo, by podziwiać piekną taflę wielkiej wody i niemal na własnej skórze poczuć morską bryzę.

O oprawie dźwiękowej zbyt wiele nie powiem. Nie powiem, że muzyka jest niezwykle klimatyczne, nie będę rozpisywał sie jak doskonale podkreśla klimat każdego pomieszczenia. Nie będę mówił, że każdy dźwięk w grze został odwzorowany z największym pietyzmem, że wiatr brzmi jak wiatr, łopotanie żagla jak łopotanie żagla, a skwierczenie ognia jak... sami wiecie. Powiem natomiast o czymś co dziwi w czasach dzisiejszych - o kompletnym braku dubbingu. Dziwna to sprawa, zważywszy na to, że Nintendo nie może się tłumaczyć dłużej brakiem miejsca na nośniku. Z drugiej jednak strony jeżeli postaci miałyby mówić równie naturalnie co w Super Mario Sunshine to ja podziękuję grzecznie. Widocznie Nintendo doszło do słusznego wniosku, że skoro nie potrafią czegoś robić to tego nie robią. Niektórych polityków naszych uczyć powinni zatem.

Polecam Wind Wakera każdemu - to gra odważna (design!), wciągająca i zwyczajnie 'inna' od produkcji dzisiejszych developerów. W jej przypadku najlepszym określeniem byłoby 'nintendowska'. Przedstawię jeszcze tylko jedno zdanie, które usłyszałem od człowieka z Kółka Fotograficznego w świecie Wind Waker'a: "We've been loosing members due to our lack of 'gimmicky attractions'... but we don't worry. True fans know we're the coolest". I tak samo jest z konsolą Nintendo. Niby brakuje na niej wielu mainstreamowych gier, dodatkowych funkcji i atrybutów, ale to właśnie dzięki takim grom jak Zelda prawdziwy fan zawsze będzie uważał ich za 'the coolest' :).

Grafika: 9+
Dźwięk: 9
Grywalność: 10

Moja ocena: 9/10

Tekst za zgodą autora przedrukowany z www.konsolezone.prv.pl


Autor: 5


RECENZJA

Pierwsza "Zelda" powstała 16 lat temu, w 1987 roku. Jak na tamte czasy szokowała wszystkim, począwszy od grafiki, a skończywszy na grywalności. Miała to coś, czego żadna inna pozycja nie mogła sobą reprezentować. Narodził się nowy bohater - Link. Nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał, że ten konusowaty dzieciak stanie się legendą... A jednak - z biegiem czasu zaczęły powstawać kolejne odsłony serii, coraz ładniejsze, bardziej złożone i pełne miodu. Fani z niecierpliwością czekali na zapowiadane hity, aż nagle zapadła długa, dwuletnia cisza... Nikt nie spodziewał się nawet, iż głęboko pod powierzchnią ziemi, dwaj szaleni naukowcy zgłębiali tajniki czarnej magii, by zapanować nad światem. Buahahaha (tzw. "śmiech szaleńca")... Erkhem... Nieco mnie poniosło. Faktem jest jednak to, że Shigeru Miyamoto skrycie pracował nad kolejną pozycją, mającą ukazać się na nową konsolkę Nintendo i tym samym pokazać jej prawdziwą moc. Wiadomości na temat produkcji rozeszły się dość szybko, fani zamarli, domagali się pierwszych, oficjalnych informacji, a zarazem czegoś, co mogłoby je potwierdzić (czyt. screen'ów). No i doczekali się - Shigsy postanowił dokonać prezentacji gry, która zakończyła się... wybuchem śmiechu ze strony widzów. Wszyscy bowiem, widząc kreskówkową wersję Linka, jego przyjaciół i wrogów, uznali to za wyśmienity kawał, mający rozluźnić nieco atmosferę przed prawdziwym pokazem. Okazało się jednak, iż to nie żaden żart, a rzeczywisty trailer. Na sali wybuchła panika, wszyscy czym prędzej chcieli wydostać się z wielkiego pomieszczenia, media zawrzały... Co na to pan Miyamoto? Opuścił wszystkich z szyderczym uśmiechem na ustach, nie poddał się. I całe szczęście, bo nowa "Zelda" okazała się być prawdziwym hitem. A imię jej - "Wind Waker".

Nasza historia rozpoczyna się na małej wysepce, sąsiadującej z innymi, podobnymi do niej krainami. Bohaterem jest oczywiście młody chłopiec imieniem Link, obchodzący właśnie swoje kolejne urodziny, wchodząc tym samym w młodzieńczy okres swego życia i to właśnie nad nim przejmujemy kontrolę. Z początku zwiedzamy jedynie wysepkę, rozmawiając z napotkanymi przez nas osobnikami lub wykonujemy zlecone przez niektórych zadania. W pewnym momencie jednak historia komplikuje się, bo oto nasza siostra zostaje porwana. Nie pozostaje więc nic innego jak ruszyć jej na ratunek, czego podejmuje się właśnie Link... Do pomocy zostaje nam przydzielona łódka, którą zdolni będziemy przemierzać kolejne odcinki morskiej krainy, podróżując z jednej wyspy na drugą. Przydatny będzie również wiatr, dmiący w żagle. Niestety, nad żywiołami panować nie można, więc... Zaraz, zaraz - ten, kto to powiedział, był w wielkim błędzie. Twórcy gry bowiem, oddali nam do dyspozycji możliwość manipulacji wiatrem, a to za pomocą Wind Waker'a - magicznej różdżki zdolnej do zbudzenia go ze snu. Tu pojawia się pierwszy problem - aby wszystko zakończyło się sukcesem, musimy za pomocą owego "kijka", wydyrygować odpowiednie tony, przywołujące podmuchy i pozwalające na zmianę ich kierunków. Czynność ta jednak staje się po pewnym czasie nudna, a że powtarzać trzeba ją dość często, możemy (niejednokrotnie) odczuć chęć odejścia od konsoli. Podobnie jest zresztą z przemierzaniem lochów, których komnaty zwiedzimy nie raz. I to by było na tyle, jeśli chodzi o wady tejże pozycji, bo resztę stanowią same zalety. Skoro najgorsze mamy już za nami, pora przejść do tego, co wywołało tak wielki niepokój na ustach graczy całego świata.

Grafika. Faktycznie - niezwykle dziecinna, cukierkowa, przesłodzona, ale tym samym cudowna. Jeszcze nigdy nie było mi dane stanąć twarzą w twarz z tak niesamowicie piękną pozycją. To już nie jest gra - to bajka, w której mamy okazję uczestniczyć. Z całą pewnością każdy z Was miał okazję oglądać animowane filmy zamrożonego Walt'a... Uwierzcie, momentami "Wind Waker" wygląda o niebo lepiej niż połowa z nich. Link, krocząc korytarzami lochów, dzięki wspaniale animowanym pochodniom, rzuca na ściany cień, który zmienia rozmiary w zależności od tego, czy bohater znajduje się blisko, czy też daleko światła. W ziemię wbija również szczegółowość tego, co możemy podziwiać na ekranach naszych telewizorów. Falująca woda, powiewające na wietrze żagle i liście, trawa uginająca się pod wpływem kroków Linka - wszystko to nadaje grze niesamowity efekt i sprawia wrażenie rzeczywistego. Wspaniale ukazane są również rozmaite postacie - począwszy od małego elfa w zielonym kubraczku, a skończywszy na jego przyjaciołach i wrogach. Wystarczy spojrzeć jedynie na mimikę ich twarzy. Bez trudu rozpoznamy kto jest wesoły, kto smutny, a kto zdenerwowany. A skoro jesteśmy już przy tych złych i dobrych, warto wspomnieć, iż przyjdzie się nam zmierzyć z hordami licznych, wrogo nastawionych osobników, wysłanników okrutnego i zarazem naszego głównego przeciwnika, Ganona, pragnącego pogrążenia świata w wiecznej ciemności. Wszystko fajnie i miło, tylko jakim cudem 10 - letni chłopaczyna (vide Link) ma sobie z nimi wszystkimi poradzić? Czyżby wysłannicy z przyszłości podarowali mu broń masowej zagłady, dzięki której obróci wszystko w proch? Nieee... Jak zwykle otrzymujemy do rąk mieczyk i tarczę - cieszycie się, prawda? Jeśli myślicie jednak, że po raz kolejny przyjdzie Wam przemierzać świat "Zeldy" wyłącznie z owymi "narzędziami", jesteście w błędzie. Shigsy postanowił oddać nam do dyspozycji jeszcze więcej stuff'u, pod warunkiem, że sami go sobie weźmiemy. A skąd? Od wrogów oczywiście. W końcu część z nich to dwumetrowe bysiory, dzierżące w dłoniach maczugi, topory i inne tego typu zabawki. Link głupi jednak nie jest (chyba, że pokieruje nim imbecyl) i wie, że im większa broń, tym trudniej jest się z nią poruszać...

Ustaliliśmy już, że grafika stoi na najwyższym, możliwym poziomie. A jak przedstawia się sprawa dźwięku? Otóż nie jest dobrze... Jest świetnie. Muzyka przygrywająca w trakcie rozgrywki prezentuje sobą niezwykle wysoki poziom. Podobnie jest zresztą z innymi efektami, z wyjątkiem... głosów bohaterów, którzy wydają z siebie jedynie niezrozumiały bełkot. Szkoda, bo mogło być naprawdę dobrze. Fakt ten jednak zostaje całkowicie pominięty w świetłe grywalności. Miodu jest tu tyle, że z całą pewnością wystarczyłoby dla niejednego łakomczucha - słodki nektar wprost wylewa się z naszej konsoli.

Podsumowując, gra jest kolejną perełką, której dorobił się w swojej karierze Shigeru Miyamoto. Fanom nie pozostaje nic innego jak tylko pobiec do sklepu i wrócić dumnie do domu, trzymając w dłoniach nową "Zeldę". Zakup wydaje się jeszcze bardziej oczywisty, gdy gracz dowie się, iż w zestawie otrzyma dodatkowo specjalną, odnowioną edycję "Ocarina of Time". Ocena końcowa powinna zresztą mówić sama za siebie.

Grafika: 10 Muzyka: 9 Miód: 10 Ogółem: 10
Tekst za zgodą autora przedrukowany z www.enigma.boo.pl


Autor: 5

2 5.0

Obrazki z gry:
Wszystkie obrazki zakoszone ze strony rpgfan.com Grafika- kreskówkowa, cukierkowa i przesłodka. Ale miód leje się za to strumieniami! Nie będzie motyl pluł nam w twarz! Legend of Zelda (The): The Wind Waker (GameCube)

Dodane: 05.01.2004, zmiany: 21.11.2013



Dodaj komentarz:

Pytanie kontrolne: kto tu rządzi?




Aby być podpisanym wlasnym nickiem, zarejestruj i zaloguj się na forum.