Black Sigil: Blade of The Exiled
Black Sigil: Blade of the Exiled
Wydania
2009()
Ogólnie
Klasyczny japoński erpeg z grafiką żywcem wyciągniętą z Chrono Triggera, tyle że dla zmylenia przeciwników zrobiony w Kanadzie.
Widok
izometr
Walka
turówka

RECENZJA

Black Sigil wbrew pozorom nie jest tytułem, który wyłonił się nagle z ciemnej głuszy. Po raz pierwszy doniesienia o tej grze krążyły po sieci już w 2004 roku, kiedy jako Project Exile przygotowywana była do zawojowania wtedy najpopularniejszego handhelda czyli Gameboy Advance'a. Lata minęły, a GBA odeszło w niebyt, lecz widać jednak, iż idea przyświecająca opisywanej tu produkcji była wystarczająco silna by twórcy zdecydowali się wreszcie wydać ją na Nintendo DS. Co ciekawe, mimo że w założeniach jest to JRPG nie pochodzi ona wcale z Japonii. Odpowiedzialni za nią są Kanadyjczycy, a dokładniej Studio Archcraft mające siedzibę w Montrealu. Już prawie udało im się stworzyć dzieło mogące przy dobrych wiatrach spokojnie konkurować z tymi masowo powstającymi w Kraju Kwitnącej Wiśni, lecz jak to mówią "prawie" czyni wielką różnicę...

Według znawców tematu akcja gry toczy się w świecie luźno powiązanym z tym, który wykreował w swoich powieściach Piers Anthony mianowicie Xanth*. Nie posiadam jednak wielkiego rozeznania w jego twórczości, więc głowy nie dam. Historia bierze swój początek w mroźnym królestwie Bel Lenora, gdzie prawie wszyscy mieszkańcy korzystają z magii, a ci co takowego daru nie posiadają traktowani są jak odszczepieńcy. Jeden z takich właśnie ludzi imieniem Vai zbuntował się, zebrał armię i wtrącił państwo w odmęty straszliwej wojny. Wreszcie pokonany nie został jednak skazany na śmierć, lecz jedynie wygnany. Konflikt pozostawił po sobie wiele sierot. Szlachetnie urodzeni czuli się odpowiedzialnym za zaistniałą sytuację i zaczęli przyjmować owe dzieci na wychowanie. Wśród nich był także Kairu, który trafił pod opiekę księcia Averay'a. Mija kilkanaście lat, młodzieniec dorósł, ale otocznie darzy go szczerą i nieukrywaną wrogością. Nie posiada on magicznego daru, a duch szaleńca i jego armii wśród ludu jest nadal żywy. Jedynie Aurora, prawowita córka szlachcica, darzy go ciepłymi uczuciami. Niestety nawet król zaczyna widzieć w nim zagrożenie i nakazuje gardłowo rozwiązać całą sprawę. Na szczęście książę swojego wychowanka wysyła tylko na wygnanie dając mu przy okazji tajemniczy miecz. Nieoczekiwanie dla wszystkich wraz z nim ucieka również Aurora. Poprzez tajemniczą jaskinię nasza dwójka dociera do nieznanego im świata zwanego Artanią, gdzie akurat magia sprowadza na posiadających owy dar same kłopoty, co z pewnością źle wróży dziewczynie. Teraz już tylko od gracza zależy czy Kairu zdoła poznać swoje przeznaczenie, nie stając się przy tym drugim Vai. Sama opowieść to największy plus Black Sigil, została zwięźle i logicznie napisana, a przy tym mimo dość leniwego początku akcja biegnie naprawdę szybko. Ilość nieprzewidzianych zwrotów fabularnych poraża, nigdy nie możemy być pewni, kiedy oraz jaki numer wytnie nam fabuła. Gdyby nie sporo irytujących rzeczy związanych z mechaniką rozgrywki jej magia przyciągania byłaby naprawdę wielka, ale o tym jeszcze napiszę. Z czasem do Kairu będą dołączać oczywiście inne postacie. Wbrew temu, do czego przywykliśmy nie zrobią tego z poczucia miłości do bliźniego swego. Większości z nich nie można ufać, a wszyscy towarzystwo młodzieńca chcą wykorzystać dla własnych celów, a w najgorętszych momentach potrafią zwyczajnie odejść i pozostawić nas samemu z problemem. Z tego powodu przez większość fabuły skład drużyny ulega ciągłym zmianom. Aurora również ciągle wpada w kłopoty, przy okazji tracąc kontakt z "bratem". Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki takiemu zabiegowi dziewczyna na jakiś czas przejmuje funkcję głównego bohatera, co umożliwia spojrzenie na całą sprawę z jej punktu widzenia. Klimat gry jest dosyć przygnębiający, lecz wpadki rudowłosej przynoszą wprowadzają wiele nietuzinkowego i nawet inteligentnego humoru sytuacyjnego.

Teraz coś dla miłośników "oldskulu". Kochacie Chrono Trigger'a? Jeśli odpowiedź brzmi tak to będziecie w siódmym niebie. Oprawa graficzna jak żywo przypomina tamten tytuł, aczkolwiek jednak budując przy tym inny klimat. Nawet krój czcionek i menusów przywodzi na myśl stare wspomnienia. Oczywiście wielu będzie kręciło nosem, że to nie remake/port tylko całkiem nowa produkcja, więc i wyglądać powinna na miarę współczesnych standardów oraz możliwości DS'a, ale kto by ich tam słuchał. Przecież na kilkucalowym ekraniku grafika 2D wraz ze sprite'ami wcale nie wygląda źle, chociaż boli brak wstawek animowanych nawet w trakcie odtwarzania intro. Podczas rozmów widzimy popiersia postaci, a przy tym zmieniające się rysy twarzy w zależności od wyrażanych uczuć. Nie ma co się dłużej rozwodzić, na obrazkach poniżej widać wszystko. W każdym razie świat gry wizualnie przypomina epokę późnego średniowiecza z domieszką mistyki, a także obecnością pewnych elementów wysoko rozwiniętej techniki (podobny styl występował w Eternal Filena na SNESie). Udźwiękowienie nie odznacza się niczym szczególnym, ale jest naprawdę miłe dla ucha, podkreślające epickość całego scenariusza. Oczywiście oprócz typowego plimkania są też bardziej rozbudowane melodie stylizowane tak by przypominały te grane przez średniowiecznych bardów czy minstreli. Niestety nie uświadczymy tu żadnego dubbingu bądź chociażby okrzyków podczas walki.

Ciekawe czy ktokolwiek jeszcze kojarzy taki tytuł jak Magna Carta z PS2 mający właściwie wszystko, co potrzeba by odnieść sukces, a jednak zaprzepaszczony przez źle zaprojektowany i zbalansowany system walki. Wielka szkoda, iż teraz też historia w pewnym sensie ulega powtórzeniu. Między bajki należy włożyć zapowiedzi o taktycznych elementach potyczek, no chyba, jeśli za takowy uznamy pasek ATB odpowiadający za kolejkę ruchów i przemieszczających się (bez żadnej kontroli) po polu walki maksymalnie trójki bohaterów. Wraz z kolejnymi starciami odkryjemy smutną prawdę. Nasi kompani zamiast siebie wspierać tyko sobie przeszkadzają. Nierzadko jeden stając w wąskim przejściu uniemożliwia podjęcie jakiejkolwiek akcji pozostałym, którzy w żaden sposób nie mogą go obejść. Co ciekawe przeciwnikom brakuje takiego ograniczenia, więc harcują sobie i atakują, kogo chcą, nieważne w jakim miejscu (niewielkiej zresztą) planszy ten ktoś stoi. Pasek akcji (niewidoczny) wypełnia im się szybciej niż nam, nawet podczas gdy jedna z aktywnych właśnie postaci szuka czegoś w menu bądź próbuje rzucić czar. W opcjach istnieje wprawdzie możliwość zmiany trybu z aktywnego na oczekujący, jednak nie daje to żadnych zauważalnych efektów. Poziom trudności po banalnym początkowo bardzo ostro idzie w górę. Bez częstego expienia i ciągłej zmiany ekwipunku na lepszy naprawdę ciężko cokolwiek osiągnąć. Wrogów przed walką nie widać, a sama częstotliwość takich losowych spotkań jest wysoka. Adwersarzy najlepiej wykańczać szybko już w pierwszych turach, bo później są kłopoty m.in. z przyczyn wymienionych wcześniej. Najlepiej robić to za pomocą zaklęć obszarowych, lecz pożerają one sporo MP, które trzeba jakoś uzupełniać. Niestety środki regenerujące kosztują krocie, ciężko też je zdobyć w terenie. Skutek? O robieniu wielkich zapasów należy zapomnieć, jeśli wyczerpiemy je będąc np. w samym środku jakiegoś lochu możemy od razu wczytywać stan gry. Przebijać się dalej raczej niepodobna, powrotu do bezpiecznego miejsca raczej też nie przeżyjemy. Oprócz magii/umiejętności specjalnych tak jak w CT da radę też wykonywać łączone ataki, jeśli mamy szczęście. W ostateczności dobijamy wroga zwykłą bronią. Postacie noszą w miarę rozbudowany ekwipunek. Jego różnorodność także jest spora. Ponadto broń oprócz zwykłych obrażeń zawsze dodatkowo zadaje również magiczne. Podobnie ze zbrojami i akcesoriami, nie tylko chronią przez normalnymi ranami, lecz także mają osobne współczynniki przedstawiające ich odporność na rzucane zaklęcia. Sami bohaterowie rozwijają się bez naszej ingerencji godnie z predefiniowanym przez twórców schematem. Co kilka poziomów dostajemy nowe inkantacje/umiejętności.

Mimo rozbudowanej fabuły esencją rozgrywki jest właściwie przemierzanie sporej ilości lochów czy innych rozbudowanych lokacji upodobniając ją praktycznie do tzw. "dungeon-crawlerów". Miejsca te gdzie spędzimy większość czasu są straszliwe rozległe oraz rozczłonkowane. W każdym razie nie tak łatwo znaleźć właściwą drogę z jednego krańca kazamatu na drugi. Wystarczy już kilka ślepych odnóg z poukrywanymi skarbami by się zgubić. W kilku przypadkach korzystanie z solucji jest jak najbardziej wskazane. Występują również momenty, gdy trzeba rozwiązać proste zagadki. Wszystko byłoby więc w porządku, gdyby nie już wcześniej opisane uprzykrzające życie a przy tym częste potyczki oraz straszliwie mała liczba punktów gdzie można zapisać stan gry. To wszystko sprawia, iż eksploracja zamiast cieszyć jedynie frustruje. Gracza przestają już interesować poukrywane skarby, a szuka tylko jak najszybszej drogi do wyjścia, a tu przecież trzeba jeszcze pokonać potwora rządzącego daną lokacją. Mimo wszystko bossowie nie należą do specjalnie trudnych w eksterminacji, trzeba tylko odkryć ich słaby punkt, a później to już jakoś leci. Znaczenie Mapy Świata zostało nieco zmarginalizowane, służy właściwie tylko do poruszania się pomiędzy pobliskimi miastami czy lokacjami,przynajmniej dopóki nie zdobędziemy własnego środka transportu (statek a nawet maszyna latająca). Scenariusz ogólnie rozwija się jak po sznurku, lecz dla urozmaicenia zaimplementowano pewną ilość zadań pobocznych.

Nie ma to jak zarżnąć dobrze zapowiadający się produkt paroma w sumie szczegółami. Gdyby nie problemy z potyczkami na dodatek stosunkowo długo się ładującymi oraz ograniczoną ilością savepointów w lochach. Nie wspominam już o wysokim poziomie trudności, bo to zawsze sprawa dyskusyjna. Zamiast dawać satysfakcję gra wraz z upływem czasu zniechęca. Dobrze chociaż, iż możliwe jest sterowanie jej wszystkimi aspektami za pomocą stylusa, inaczej byłoby tragicznie. Całą sytuację szczęśliwie ratuje znakomicie napisany scenariusz i to dzięki niemu jestem stanie wystawić w miarę wysoką ocenę a mianowicie +6/10. Jednakże zalecałbym zainteresowaniem się Black Sigil dopiero wtedy, gdy już żywcem nie macie w co grać na waszych handheldach bądź potrzebujecie szybko nabawić się nerwicy.

* Fikcyjna kraina, w której toczy się akcja cyklu powieści fantasy autorstwa Piersa Anthony'ego. Charakterystyczną rzeczą dla tej krainy jest fakt, że każdy jej mieszkaniec posiada unikalny talent magiczny. Osoby, u których talent ten jest szczególnie silny otrzymują miano Maga i tylko one mogą zostać królami tej krainy. Źródłem wszechobecnej magii jest demon X/A/N/Th, którego potężna moc wycieka do krainy dzięki magicznemu pyłowi rozpraszanemu po całej okolicy. Kraina Xanth jest półwyspem przez środek którego przebiega Rozpadlina - olbrzymie pęknięcie w ziemi strzeżone przez smoka i zaklęcie zapomnienia. Ta magiczna kraina sąsiaduje z normalnym światem, zwanym w Xanth "Mundanią".

(źródło: Wikipedia)


Autor: 3


Obrazki z gry:
Black Sigil: Blade of The Exiled (Nintendo DS) Black Sigil: Blade of The Exiled (Nintendo DS) Graficznie faktycznie chronotriggerowato. Graficznie faktycznie chronotriggerowato. Sprytna mapka na górnym ekraniku. Sprytna mapka na górnym ekraniku. Walki. Przynajmniej kolorowe. Walki. Przynajmniej kolorowe. Ekwipunek i współczynniki. Ekwipunek i współczynniki.

Dodane: 03.12.2009, zmiany: 21.11.2013



Dodaj komentarz:

Pytanie kontrolne: kto tu rządzi?




Aby być podpisanym wlasnym nickiem, zarejestruj i zaloguj się na forum.