Dragon Quest V: Hand of The Heavenly Bride
Dragon Quest: The Hand of The Heavenly Bride (EU)
Dragon Quest V: Tenkuu no Hanayome (JAP)
Wydania
2008()
2009()
Ogólnie
Konwersja gry ze SNESa, ciekawa odsłona serii, w której naszego bohatera prowadzimy przez całe życie - od momentu narodzin, przez dzieciństwo, po wiek dojrzały. A skoro to Dragon Quest, to jest to bardzo klasyczny jrpg.
Widok
izometr
Walka
turówka

RECENZJA

Square-Enix ponownie atakuje DS kolejną odświeżoną wersją swojego klasycznego tytułu ze SNESa. Mowa o Dragon Quest V: Hand of The Heavenly Bride, który to po Chapters of The Chosen jest drugim "oryginalnym" DQ na tej konsolce. "Czwórka" była tytułem jak najbardziej udanym, niepozbawionym jednak wad i pełnym kontrowersyjnych (moim zdaniem) rozwiązań jak chociażby dość dziwny system ekwipunku. Jak sprawa ma się z jej następcą?

Fabularnie gra rozpoczyna się naprawdę ciekawie i oryginalnie, bowiem poznajemy naszą postać... przy jej narodzinach (wtedy to nadajemy jej imię). A przynajmniej tak nam się wydaje, gdyż po chwili budzimy się na statku i zdajemy sobie sprawę, że fakt, iż urodziliśmy się w rodzinie królewskiej to tylko głupi sen... Ale czy na pewno ? Cóż, z tym pytaniem będziemy borykać się przez sporą część rozgrywki. Wróćmy jednak do naszej historii - silny i sławny na kontynencie wojownik imieniem Pankraz wraca z podróży do swojej wioski, w towarzystwie kilkuletniego syna (ciebie). Co ciekawe, tuż po przybyciu na ląd nie będzie nam dane jeszcze pokierować losami naszego bohatera, po mapie świata poruszamy się automatycznie podążając za tatusiem - logiczne i fajne, przy okazji zwiedzimy bezpiecznie okolicę i poznamy podstawy, można powiedzieć, że to taki swoisty tutorial w wersji "bardzo lekkiej". Już od samego początku zabawy poznamy masę ciekawych postaci, część z nich przyłączy się do nas (mały spoiler z początku gry: podczas odwiedzin w sąsiednim mieście w nocy nasz bohater wymknie się ze swoją nowo poznaną przyjaciółką do "rzekomo nawiedzonego" domu - dlaczego i po co to już nie zdradzę), niektórych spotkamy również później po latach. Trzeba przyznać, że ogólny zarys fabuły (oczywiście nie będziemy cały czas grać dzieckiem, a przejdziemy również przez inne etapy jego życia), postacie, dialogi oraz same questy są bardzo ciekawe i naprawdę dobrze zaprojektowane, całość jest zdecydowanie bardziej wciągająca niż w poprzedniczce. Skoro poruszyłem temat dialogów - ci, którzy grali w poprzednią część wiedzą czego się spodziewać po piątce: są napisane z lekkim jajem i trzeba naprawdę znać dobrze język angielski nie tylko po to, by wyłapać wszystkie dwuznaczności, ale i żeby w ogóle zrozumieć o co chodzi, jako że wiele postaci porozumiewa się slangiem. Warto dodać, że zapożyczeń z innych języków (jak chociażby z języka hiszpańskiego) również jest całkiem sporo. Taki zabieg najprawdopodobniej nie przeszedłby w większości innych gier RPG osadzonych w świecie fantasy (wyobrażacie sobie chociażby Sarevoka nawijającego jak "nigga" ze slumsów?), tutaj jednak sprawdza się wyśmienicie - mimo dość poważnej fabuły całość Dragon Questa jest wyraźnie lekka i prześmiewcza.

Rozgrywka pozostała niezmieniona w stosunku do oryginału czy chociażby części poprzedniej - znów mamy do czynienia z klasycznym jRPG z turowymi walkami i łażeniem po mapie świata. Co ciekawe nie będziemy po tym świecie chodzić samemu - towarzyszyć nam będą wszelkie postacie niezależne, ale i... potwory! O ile zaopatrzymy się w odpowiedni wóz, będziemy mogli zacząć nasze zbieranie wesołej kompani. Po każdej walce istnieje (niewielkie, ale jednak) prawdopodobieństwo, że pokonane przez nas monstrum zechce się do nas przyłączyć. Przyznam, że gdy przydarzyło mi się to po raz pierwszy to padłem - do drużyny dołączyła zjawa (taka z rozdziawioną gębą i uniesionymi w górę łapkami - wygląda to po prostu rewelacyjnie/komicznie, zwłaszcza podczas spacerków po mieście) niewiadomej płci o imieniu... Preston. I jak tu się nie uśmiechnąć? Potworki możemy zbierać i układać z nich naszą drużynę (do 4 postaci), oczywiście levelują one razem z nami i nabywają nowe umiejętności. Mała rzecz a jak cieszy. Jedynym problemem jest fakt, że zazwyczaj są one dużo słabsze od naszego bohatera i trzeba poświęcić im sporo czasu, by nie były kompanami "na dwa ciosy". Ale akurat warto, a fani gier pokomenopodobnych powinni być zachwyceni.

Oprócz typowej dla jRPG rozgrywki oraz zbierania i trenowania potworków twórcy gry zadbali również o inne atrakcje. I tak np. zmęczeni ciągłymi walkami możemy udać się do kasyna i przegrać masę pieniędzy (ale warto spróbować szczęścia, gdyż nagrody są ciekawe) na chociażby jednorękim bandycie. Nie podoba się? A co powiecie na zagranie w grę planszową, w której to pionkiem będziemy właśnie my? Przyznam, że to ostatnie bardzo mi się spodobało, żal tylko, że twórcy nie poszli o krok dalej i nie stworzyli jeszcze większej planszy (tak, mi zawsze mało). Ale mimo to zabawa jest przednia.

Wspominałem o tym, że Dragon Quest V jest grą lekko (a nawet bardzo) prześmiewczą - pokazuje to również dzięki różnym nawiązaniom m.in. do klasyków literatury. Służący Pankraza (Pankracego? ;p) to zaciągający po hiszpańsku grubasek o imieniu Sancho (nawiązanie do giermka Don Kichota), a w kasynie na scenie można podejrzeć sparodiowaną wersję "Romea i Julii". Takich smaczków jest więcej i tylko podnoszą ogólną grywalność tytułu.

Oprawa graficzna pozostała niezmieniona w stosunku do poprzedniej części wydanej na DSie - znów mamy do czynienia z trójwymiarowymi mapami, które możemy swobodnie (no, prawie, w niektórych lokacjach jest to trochę ograniczone) obracać oraz dwuwymiarowymi spite-ami postaci (trochę to też przypomina siódmą część z psx). Efekt jest dość kontrowersyjny i posiada tylu samo zwolenników co przeciwników, ja jednak należę do tego pierwszego obozu i mi oprawa wizualna bardzo przypadła do gustu (chociaż i tak najwygodniej gra się na domyślnym ustawieniu kamery to nie raz i nie dwa bawiłem się w obracanie lokacji tylko po to, aby je sobie dokładniej pooglądać. Zresztą dzięki możliwości obracania kamery twórcy mogli zagospodarować również "tylne" partie budynków co sprawdza się znakomicie). A absolutnym majstersztykiem jest wygląd przeciwników - ci również to dwuwymiarowe sprite-y, ale narysowane tak ładnie i tak fantastycznie zaanimowane, że nie mogą się nie podobać. Kontrowersyjny może być tylko ich wygląd, gracze czysto PCtowi wymagający od gier przede wszystkim powagi nie mają czego tu szukać. Ale dla całej reszty będzie to prawdziwa uczta dla oczu. Muzyka i dźwięk na "pierwszy rzut ucha" pozostały bez zmian w stosunku do poprzedniej części, ale to akurat nie jest wadą.

Pochwalić należy design poziomów, szczególnie miast, które są dość rozbudowane (czego nie można powiedzieć o tych z FF IV) i nie ograniczają się tylko do sklepów i karczm.

Niestety nic nie jest doskonałe i Dragon Quest również taki nie jest. Osobiście z początku bardzo denerwował mnie fakt, że nawet u postaci nieporuszających się wyświetlana jest animacja chodu (później już nie zwracałem na to uwagi), ogromna ilość losowych walk również potrafi czasami doprowadzić człowieka do szału, chociaż na szczęście same starcia przebiegają już dość szybko i sprawnie. Dziwny i dość nierówny jest także poziom trudności - generalnie gra do najprostszych nie należy, ale też nie powinna sprawiać większego problemu zwykłym graczom. Wyjątkiem są tylko niektórzy bossowie, wyraźnie mocniejsi od swych przydupasów, przez co pierwsze starcia z nimi często kończą się porażką (specjalnie nie piszę "śmiercią", gdyż po przegranej walce nasza postać odradza się w najbliższym kościele - w nich dokonujemy również zapisu gry - ze sporo lżejszą sakiewką. Wskrzeszać dodatkowo tylko trzeba członków drużyny, inaczej podróżować będą za nami w postaci... trumien). Na szczęście jednak (w moim odczuciu) jest jednak sporo lepiej niż w "czwórce" gdzie levelować musiałem zdecydowanie dłużej i częściej. Niestety bez zmian pozostał system ekwipunku - dla mnie mało przejrzysty i najnormalniej niewygodny. Przedmioty nie są tu wrzucane do jednego wora, a rozdzielane pomiędzy nasze postacie oraz "torbę ogólną". Sam ekran ekwipunku osobiście mi się nie podoba, wolę jak wszystko jest podzielone na pancerz i broń, nie mówię już o tym, że system ubierania ludzików byłby najciekawszy (ale to ma się pojawić w XI). Hmm...c oś jeszcze ? A właśnie - dłużyzny. Gdy przyłączy się do nas jakaś nowa postać odgrywana zostaje melodyjka, której nie możemy przewinąć tylko musimy czekać aż łaskawie się skończy i dopiero wtedy będziemy mogli grać dalej. Mała, a irytująca rzecz. To wszystko jeśli chodzi o elementy, które nie przypadły mi do gustu.

Podsumujmy: jeśli nie przeszkadza ci duża ilość walk i odpowiada styl graficzny - musisz w Hand of The Heavenly Bride zagrać jako, że to jeden z lepszych tytułów na kieszonkonsolkę Nintendo. Ja, mimo kilku gorszych momentów, bawiłem się wyśmienicie.

Plusy:
+ fabuła, postacie, dialogi
+ jajcarski klimat
+ oprawa wizualna, szczególnie wygląd przeciwników
+ dodatkowe "smaczki" jak np. kasyno.
+ zbieranie potworków

Minusy:
- duża ilość walk i nierówny poziom trudności
- mało intuicyjny system ekwipunku

Ocena końcowa: 4/5


Autor: 4


Obrazki z gry:
Graficznie jest naprawdę przyzwoicie. Graficznie jest naprawdę przyzwoicie. Jeszcze w lokacji i już na mapie świata. Jeszcze w lokacji i już na mapie świata. Starcie z niezbyt poważnymi przeciwnikami. Starcie z niezbyt poważnymi przeciwnikami. Przegląd współczynników i ekwipunku, a w tle zabawy z obracaniem mapy. Przegląd współczynników i ekwipunku, a w tle zabawy z obracaniem mapy.

Dodane: 15.08.2009, zmiany: 07.12.2013



Dodaj komentarz:

Pytanie kontrolne: kto tu rządzi?




Aby być podpisanym wlasnym nickiem, zarejestruj i zaloguj się na forum.