Mario & Luigi: Bowser's Inside Story
Mario & Luigi RPG 3!!! (JAP)
Wydania
2009()
2009()
Ogólnie
Trzeci erpeg z braćmi hydraulikami w rolach głównych (tutaj plus Bowser), znów połączenie akcji i rpg, znów w pełni wykorzystuje właściwości konsoli - tym razem NDS.
Widok
izometr
Walka
fazówka

RECENZJA

Mario & Luigi (w Japonii z dopiskiem "RPG" w tytule) to poboczna seria gier z braćmi-hydraulikami, przy której spędziłem chyba więcej czasu, niż w przypadku gier należących do głównego nurtu platformówek z udziałem tychże bohaterów. Duchowi następcy Super Mario RPG oraz krewni Paper Mario są doskonałym przykładem na to, że erpegi nie muszą być poważne, szalenie rozbudowane czy strasznie nieliniowe, by przykuwać na długie godziny do ekranu. Czy raczej - w tym przypadku - do dwóch ekraników.

O tym, jak rozróba odbiła się czkawką
Fabuła Bowser's Inside Story do ambitnych nie należy. Z drugiej strony, nie można powiedzieć, że stanowi jedynie pretekst do toczenia kolejnych walk. Z góry założono, że ma być lekka, okraszona humorem i sporą dawką absurdu - i plan ten zrealizowano w 150%.
W dużym skrócie, źle się dzieje w państwie grzybnym. Tajemnicza zaraza zamienia kolejnych mieszkańców Królestwa w wielkie, napuchnięte, okrągłe "blorby". Wszelkie próby leczenia spełzają na niczym. Naprędce zwołana przez księżniczkę Peach narada również nie przynosi rozwiązania. Jej głównym efektem jest przyplątanie się Bowsera, który zresztą w krótkim tutorialu obrywa od Mariana wystarczająco mocno, by udać się na z góry upatrzone pozycje. I w tym momencie zaczyna być naprawdę ciekawie, bo oto przejmujemy kontrolę nad Bowserem we własnej rudogrzywej osobie. O niuansach rozgrywki opowiem dalej, tutaj poprzestanę na kwestiach fabularnych. Po krótkim przebijaniu się przez las, Bowser zwabiony podstępem (czy, trafniej to ujmując, przez własną głupotę) zjada podejrzanego czarnego grzyba, podsuniętego mu przez - fanfary - Fawfula!
"Przez kogo?!" - zakrzykną nowicjusze serii. "No patrzcie państwo!" - zauważą weterani. Ja zaś tym pierwszym pokrótce wyjaśnię, o co chodzi tym drugim. W pierwszej części M&L, wydanej jeszcze na GBA, bracia Mario udają się w pogoń za skradzionym głosem księżniczki Peach (sic!). Tym samym trafiają do fasolowego królestwa i wdają się w konflikt z wiedźmą Cacklettą. Jej wiernym przydu..., ekhm, pomocnikiem jest nie kto inny, jak konusowaty, kaleczący język angielski, posługujący się dziwacznymi porównaniami ("And this battle shall be the delicious mustard on that bread! The mustard of your doom!") Fawful. Ów jegomość zalicza później krótki występ w roli sklepikarza w Partners in Time, gdzie zapowiada swój tryumfalny powrót. Teraz, w BIS, nadchodzi czas jego zemsty. I panowania. I niestandardowych form gramatycznych. Tyle historii, wracamy do teraźniejszości.
Bowser wraca do zamku, wsysając wszystko, co stanie mu na drodze. W rezultacie Mario, Luigi, Peach i jakieś pół tuzina innych postaci ląduje we wnętrzu adwersarza. Tak jest: Bowser pożera naszych bohaterów. Na szczęście łączy się to ze zmniejszeniem ich rozmiarów, dzięki czemu pozostają żywi i gotowi do akcji. Gdzieś pomiędzy żołądkiem a jelitami.

Wewnętrzna robota
Większość gry spędzimy na naprzemiennym sterowaniu Bowserem i braćmi Mario. Rozgrywka w skórze tych ostatnich nie różni się zbytnio od tego, czego mogliśmy doświadczyć w dwóch poprzednich odsłonach M&L. Kierujemy nimi na dolnym ekranie konsolki; akcje Mario przypisane są pod przycisk A, Luigi'ego - pod B. Poruszanie się we wnętrzu Bowsera przypomina platformówkę, przerywaną walkami z wymyślnymi przeciwnikami (krwinki, wirusy, hemoglobina, taka sytuacja). Wówczas akcja przenosi się na osobny ekran, w którym kolejne postacie wykonują ruchy w zależności od swej szybkości. Podstawowy atak braci Mario to ich firmowy skok na głowę przeciwnika. Jeżeli naciśniemy guzik bohatera w odpowiednim momencie, wykona on drugi atak; kolejne dobre naciśnięcie i zadamy krytyczne obrażenia. Alternatywny atak polega na użyciu młotka - wówczas rzecz polega na naciśnięciu przycisku, gdy broń zaświeci się na ułamek sekundy. Poza tym, dostajemy ataki specjalne. Odblokowujemy je zbierając rozrzucone po lokacjach kawałki puzzli. Najprościej określić owe akcje jako rozmaite mini-gry; im lepiej je rozegramy, tym większe zadamy obrażenia. Oczywiście, w czasie walk można posiłkować się przedmiotami leczącymi itp.
Nie samymi atakami żyje jednak hydraulik. Niekiedy musi się też bronić - co może stanowić niezłą okazję do kontrataku. Każdy przeciwnik dysponuje dwoma-trzema atakami, przed którymi "sygnalizuje", którego z braci zaatakuje. Cały myk polega na odczytywaniu tych sygnałów i wyboru odpowiedniej metody obrony. Czasem poza uniknięciem obrażeń mamy okazję odpłacić się wrogom piękne za nadobne i przerwać ich atak, przy okazji samemu ich raniąc.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze dwa aspekty gry braćmi. W trakcie przygody zdobywają różne zdolności, których później używają do eksploracji lokacji. Drugą rzeczą są odznaki. Każda składa się z dwóch elementów, odpowiadających odpowiednio efekt i jego moc: leczenie, odnowienie punktów akcji specjalnych itp. Gdy w czasie walk poprawnie wykonujemy ataki, na dole ekranu ładuje się pasek odznak. Gdy się zapełni, możemy użyć go przed naszym ruchem, aktywując przygotowaną akcję. Mała rzecz, a cieszy.
Gra Bowserem to trochę inna bajka. Przede wszystkim podróżuje i walczy on samotnie. Zazwyczaj "przebywa" na górnym ekranie, w lokacjach przedstawionych w rzucie izometrycznym. Także on ma przypisane dwa przyciski: X to uderzenie pięścią, Y zaś odpowiada za zianie ogniem. Walki w jego wykonaniu przebiegają podobnie, jak opisane wcześniej, jednak ogólne "odczucia" są kompletnie odmienne. Bowser to prawdziwy pancerny czołg. Cechuje go brutalna siła i siermiężne rozwiązywanie problemów. Choć działa w pojedynkę i jest stosunkowo powolny, granie nim sprawia ogromną frajdę. W czasie walk może ponadto zasysać powietrze, co skutkuje niekiedy połknięciem wroga i "przeskoczeniem" w skórę hydraulików. Ponadto Bowser posiada unikalne ataki specjalne z wykorzystaniem swych minionów. Także są to mini-gry, ale rozgrywane z użyciem ekranu dotykowego. Kolejne grupy pomagierów napotykamy w czasie gry. Kapitalnie wygląda moment ich użycia: Bowser unosi nad głowę stłoczoną kulę minionów i miota nimi w przestrzeń; następnie podpala ich, wykorzystuje do rzucenia siebie na wrogów itp. Egoizm i ogólny charakter Bowsera został w BIS oddany z nawiązką.
Ale to jeszcze nic. W kilku momentach Bowser rośnie w oczach - dosłownie. Nabiera gigantycznych rozmiarów i stacza bitwy z przeciwnikami o równie monstrualnych wymiarach. Trzeba wówczas obrócić konsolkę pionowo; Bowser zajmuje pozycję na lewym, dotykowym ekranie. Choć uproszczone, starcia te są iście - używam tego słowa z całą świadomością, że się go zdecydowanie nadużywa - epickie.
Powyższe nakreślenie rozgrywki oczywiście jej nie wyczerpuje jej zróżnicowania. Nie licząc przedzierania się przez jedną lokację zamieszkałą przez dwa typy przeciwników na krzyż, gra ani na moment nie zbliża się do monotonii. Co, jak na ponad 20 godzin gry, jest wyzwaniem niemałym. Warto też dodać, że BIS nie frustruje, a zarazem nie jest zbyt prosty. Spora w tym zasługa specjalnych zegarów, umożliwiających powtórzenie dopiero co przegranej bitwy. Mamy ich jednak ograniczoną ilość, więc uważać tak czy siak trzeba.

Jak działa jamniczek, ekhm, smokożółw
Gdzie w tym wszystkim elementy RPG? Obecne są przede wszystkim w statystykach postaci: punktach życia, ilości punktów specjalnych, sile, obronie, szybkości oraz szczęściu (czy raczej: wąsach u Mariów oraz rogach w przypadku Bowsera). Statystyki te rosną automatycznie w czasie awansu na wyższy poziom, jednak mamy wtedy okazję losowo podnieść wybraną statystykę o jeszcze kilka punktów. Mamy także ekwipunek, początkowo dosyć biedny, bo ograniczony do jednego przedmiotu. W trakcie zdobywaniu poziomów ograniczenie to zmniejszy się do trzech przedmiotów, zarówno zwiększających statystyki, jak dających specjalne efekty. I... to tyle. Może wydawać się, że niewiele tego wszystkiego, jednak szybko okazuje się, że proporcje elementów zręcznościowych są dobrane idealnie, biorąc pod uwagę obraną konwencję. Gdyby były inne, całość po prostu by "nie zagrała" aż tak dobrze.

Oblicze dźwięków
Oprawa audiowizualna jest cudowna. Dwuwymiarowa grafika jest kolorowa, szczegółowa, wszystko działa superpłynnie. Jest to zdecydowanie jedna z najładniejszych gier, jakie wyszły na stareńkiego już DSa. Także dźwięki i muzyka należą do pierwszej ligi. Wracając charakterystyczne pseud-włoskie dialogi braci, które w połączeniu z ich kapitalną gestykulacją nieodmiennie wywoływały na mej twarzy szeroki uśmiech. Raz jeszcze pochwalę ścieżkę muzyczną; przede wszystkim przypadł mi do gusty świetny kawałek grany w trakcie niektórych mini-gier i podczas ćwiczenia ataków specjalnych. Jeśli ktoś ma ochotę go posłuchać, oto link do YT: http://www.youtube.com/watch?v=EF2hlzZhfEM. Polecam zresztą całość OST, bo jest tego warty.

Ideał?
Dla mnie - jeśli brać pod uwagę tego typu "lżejsze" RPGi - jak najbardziej. Owszem, można by to i owo doszlifować, wydłużyć rozgrywkę, jeszcze bardziej ją urozmaicić... Ale to tylko "gdybanie". A tak mogę przyczepić się co najwyżej do wspomnianego już momentu, gdy trzeba było co i rusz toczyć podobne walki, do tego z wyraźnie słabszymi przeciwnikami - lecz to wada wynikająca głównie z mojego stylu gry; wrogowie od początku widoczni są w lokacjach i jeśli ktoś chce, śmiało może ich omijać. Mógłbym też wytknąć grze brak opcji szybkiego zapisu, która moim zdaniem jest rzeczą musową w przypadku gier na przenośne konsole; tak możemy zapisywać grę tylko w wyznaczonych punktach. Ale raz, że nie zdarzyło się, bym musiał wyłączać konsolkę bez uprzedniego zachowaniu rozgrywki, a dwa - że przez grubą część gry Bowserem możemy w dowolnym momencie przełączyć się na braci i za ich pomocą pomknąć do save pointu, co jest pewną namiastką wytkniętego braku.
Summa summarum: brać i grać. Fani serii powinni być w pełni usatysfakcjonowani: dostaną to, co zawsze, ale odpowiednio rozbudowane i urozmaicone. Ci z kolei, którzy z Mario & Luigi nie mieli jeszcze do czynienia, dostają idealną okazję, by zaległości te nadrobić. Daję grze maksymalną notę: za całokształt, za frajdę i za Bowsera. Uczynienie z niego pełnoprawnego anty-bohatera było strzałem w dziesiątkę. A że i bracia niewiele mu ustępują, nuda w tej produkcji praktycznie jest niemożliwa.

Moja ocena: 6/6 i ani oczka mniej.


Autor: 5


Obrazki z gry:
Mario & Luigi: Bowser's Inside Story (Nintendo DS) Mario & Luigi: Bowser's Inside Story (Nintendo DS) Mario & Luigi: Bowser's Inside Story (Nintendo DS) Blorby - od tego się wszystko zaczyna/ Blorby - od tego się wszystko zaczyna/ Efektowane, acz niestosowne wykorzystywanie poddanych./ Efektowane, acz niestosowne wykorzystywanie poddanych./ I współczyniki, obrazki oczywiście kradzione, ale podpisy Zethrik. I współczyniki, obrazki oczywiście kradzione, ale podpisy Zethrik.

Dodane: 13.09.2013, zmiany: 21.11.2013



Dodaj komentarz:

Pytanie kontrolne: kto tu rządzi?




Aby być podpisanym wlasnym nickiem, zarejestruj i zaloguj się na forum.