Lecimy dalej z antyatrakcjami podróży. Na drugim miejscu wrzucam choroby. Chorowanie w domu jest do bani, ale chorowanie w obcym terenie, samemu, wśród ludzi którzy nie mówią w ludzkim języku i kto wie jakim poziomem medycyny się szczycącym, jest jeszcze mniej zabawne. Jak do tej pory udało mi się uniknąć hospitalizacji podczas moich pobytów za granicą, ale raz wracałem z Madrytu z okrutnym bólem zęba – zaczął mi się w drodze w na lotnisko i trwał kilkanaście godzin – przez całą drogę powrotną. Aż do tamtego dnia wychodziłem z założenia że środki przeciwbólowe są dla cieniasów i nie stosowałem ani nigdzie ze sobą nie zabierałem. Ale gdy po 10 godzinach cierpień ktoś już w ostatnim busie z lotniska do domu poratował mnie Ibupromem, ból przeszedł niemal od razu, to zmieniłem zdanie. Moje wcześniejsze antyprzeciwbólowe przekonania przydały się na tyle, że organizm nie miał okazji uodpornić się na leki, więc teraz działają jak marzenie. Od tamtej pory zawsze jakieś przeciwbólowe mam przy sobie, ale szczęśliwie już się więcej nie przydały.
Oczywiście, największym problemem są takie choroby i obrażenia, które wyłączyłyby mnie na dłużej z dalszej podróży, czy wręcz zmusiły do powrotu – czyli np. jakieś większe złamania – z nogą w gipsie raczej pod namiotem sobie w Peru sam nie poradzę 😀. Takich muszę unikać, ale w sumie nic nie poradzę, muszę się z nimi liczyć.
Tym, co mnie na bank czeka są problemy żołądkowe. Wszelkie zemsty faraona i inne „przyjemności” związane z testowaniem lokalnej żywności zawierającej inną florę bakteryjną. Bardzo lubię produkty mleczne, typu jogurty, deserki, mleka smakowe i zawsze próbuję lokalnych ich wersji, co niemal zawsze kończy się oczywiście rozstrojem żołądka i biegunką. Na cztery pobyty w Egipcie, zemsta faraona, czyli biegunka, dorwała mnie cztery razy, aczkolwiek za każdym razem nieco później, ostatnim razem już miałem nadzieję że się wręcz uodporniłem, ale poczułem znajome bulgotanie w brzuchu podczas odprawy do odlotu. Natychmiastowa ewakuacja do lotniskowego kibelka, gdzie ktoś oczywiście usiłował mnie oszukać kłamiąc, że jest płatny i na dodatek trzeba kupić od niego papier, ale nie byłem w nastroju do negocjacji, wyrwałem mu rolkę i wpakowałem się do środka. Tam otworzyły się wrota piekieł i moje kiszki próbowały się wykręcić na drugą stronę. Dodatkowego smaczku dodawał fakt, że chwilę to trwało i zaczęli moje nazwisko wywoływać przez megafony – samolot jednakże na mnie poczekał i nie utknąłem w obcym kraju bez powrotnego biletu 😀. Innym razem we Włoszech, podczas jazdy pociągiem z Neapolu na Wezuwiusza, musiałem się w trybie pilnym ewakuować na przypadkowej stacji, bo kibelka na pokładzie nie było, a lokalna wersja zemsty Cezara też zażądała ode mnie ofiary z wnętrzności.

No dobra, skoro już przy takich gó*nianych tematach jesteśmy ;D. Przez całe przedszkole, podstawówkę i liceum, czyli 16 lat edukacji nie odwiedzałem toalet w tychże placówkach naukowych. Miałem jakąś schizę i umiałem skorzystać tylko z domowego kibelka. Od najmłodszych lat życia trenowałem więc ciało i umysł tak, by sprawy fizjologiczne załatwiać wtedy kiedy ja sobie życzę, a nie kiszki. Na studiach, gdy wyjechałem z domu schiza mi przeszła, bo musiała, ale zdolności pozostały. Pokonać je mogą tylko naprawdę potężne klątwy, a i nawet wtedy mam dłuższe niż zwykły śmiertelnik okienko w którym mogę stawić opór nieuniknionemu. Stąd nigdy nie miałem potrzeby, by odpowiedzieć na zew natury w warunkach nie toaletowych, czyli na przykład na łonie przyrody. Tak, dotarliśmy do tematyki, której kilka dni temu domagaliście się w komentarzach, czyli kupy w lesie.
I smutna prawda jest taka, że nie umiem 😀. Nigdy nie było potrzeby się nauczyć – ale obawiam się, że w podróży taka zdolność jednak będzie mi potrzebna. I to nawet nie tylko w sytuacjach kryzysowych, ale nawet podczas biwakowania gdzieś w dziczy. Zbieram siły, by rozpocząć wkrótce testy w okolicznych lasach, ale nawet nie wiem jak zacząć. Link podrzucony przez kumpla opisuje tylko aspekty estetyczne – kopanie dołka i zakopywanie swego dzieła, nie wspomina jednak o technice. Obawiam się, że będę musiał poszukać instrukcji na youtube i już się cieszę na to, jak algorytm z reklamami zareaguje na fakt szukania przeze mnie sformułowania „jak kucać do kupy w lesie”. Ale lepsze to, niż zafajdać sobie spodnie i buty przez nieudane eksperymenty. Zdam oczywiście relację z postępów 😀.

