29.03.2022
To był wyjątkowo intensywny dzionek, zdecydowanie przeczący tytułowi bloga 😁. Po spakowaniu się na wariata i wyrzuceniu reszty rzeczy na strych, jeszcze wczoraj opuściłem mój domek, według planu przynajmniej na rok. Chyba wtedy dotarło do mnie, że to się naprawdę dzieje. Pierwszy pociąg zabrał mnie z Goleniowa do Poznania, dojechałem tam po 4 godzinach około 3 rano i miałem 2.5 godziny czekania na przesiadkę. Byłem tak nabuzowany, że nie zwracając uwagi na zmęczenie i fakt, że jestem na nogach już dobre i intensywne 20 godzin, ruszyłem z pełnym obciążeniem na w niecałą godzinę ponad 5 km, ale szyja, plecy, ramiona i nawet nogi protestowały odnośnie obciążenia plecaka.

Na dworcu, mimo późnej pory działał punkt pomocy dla Ukraińców – na dworze dwa wozy strażackie, kilka namiotów, mnóstwo toi toików, stoiska z żarciem i masą czegoś co na oko wyglądało jak śmietnik – sterty ubrań, wózki, zabawki, takie tam. Obok budka z kantorem i tłumaczami, część pomagających spała, część się ogrzewała, osób do pomocy o takiej porze mieli tylko kilka – z tego co podsłuchałem prosili o pomoc z przesiadką. Obok na dworcu koczowali nasi lokalni bezdomni – też jakieś 20-30 osób, kiedy sobie przysiadłem odpocząć podeszła jakąś zawodząca babka pochwalić mi się swoim krwawiącym okiem. Ale po jakiejś minucie bacznie mi się w końcu przyjrzała i mówi 'o, to nie ty’ i poszła sobie.

Drugi pociąg przez 5 godzin wiózł mnie z Poznania do Krakowa. Trochę drzemałem, ale budziłem się po kilku minutach, więc jako uczciwie przespanej nocy nie można tego uznać, uzbierała się może jakaś godzinka snu. W Krakowie, którego nie poznałem (studiowałem tu jakieś 20 lat temu i takiej galerii na dworcu nie było!) odebrał mnie chrześniak Maciek (z którym Camino robiliśmy 6 lat temu). Wizytę zaczęliśmy od nostalgicznego spacerku po Rynku, Sukiennicach, Wawelu i przypadkowo wpakowaliśmy się na procesję pogrzebową Pendereckiego. Zmarło mu się dwa lata temu, ale czekali z honorowym pochowaniem go na mój przyjazd i koniec pandemii. Pewnie byłem w którejś telewizji, bo sporo ich tam kręciło, a ja się z tym plecakiem wyróżniałem. Patrzyłem potem w necie, że sporo szych w tym brało udział z Kwaśniewskim z żoną na czele, ale przegapiłem, bo wedle słów Maćka jak nas mijali, to akurat grzebałem w plecaku przerzucając majtki i szukając żelu do oka, który od razu zaaplikowałem. Mam nadzieję że w relacji to litościwe wycięli, bo stałem w pierwszym rzędzie zaraz przy karawanie.

Kolejne trzy zdobyte kwadraty i kolejne kilometry w nogach przekonały mnie, że z ciężarem plecaka żartów nie ma. Dotarłem do kwatery Maćka i rozpocząłem wywalanie. Poleciały drugie spodnie, koszula, ze 2 t-shirty, gacie, 2 pary skarpetek, nożyki i pianka do golenia, krem Nivea, patyczki do uszu, wykałaczki, zeszyt do notatek, długopis, mazak, garść drobniaków w funtach, scyzoryk, słuchawki, pendrive, szampon, nóż, papier toaletowy, gumę do żucia, mokre chusteczki, suche chusteczki i pewnie coś jeszcze co mi teraz z głowy wyleciało. Rzeczy do odzyskania odbiorę przy kolejnej wizycie, reszta stanowi czysty zysk Maćka. Wydaje się że to wszystko takie nic nie ważące duperele, ale ubyło prawie 2 kg. A to już spora różnica.

Dojechała też z rodzinnego Chełma ciotka, ale jakoś krzywo jej przyjazd wyliczyłem – spodziewałem się jej 2 godziny później i z dworca nie zgarnąłem. Przegoniłem ją za to testowo (ale już bez plecaków) po osiedlu Maćka, wpadły mi kolejne 4 kwadraty (czyli z 6-oma z Poznania i 7 z Krakowa dzienny bilans to +13), kupiliśmy też bilety na pociąg na lotnisko. Jak się później okazało, też źle wyliczyłem czas i ważność biletów skończyła się 7 minut przed naszym odjazdem i trzeba było kupować kolejne. 14 zł to taka uczciwa cena za gapiostwo (albo niewyspanie) i nauczy mnie żeby bardziej się wszystkim takim akcjom przyglądać – i jak za taką lekcję to wręcz niska cena – dobrze że na jakichś biletach za 140 euro takiego numeru nie odstawiłem.

Mój pierwszy od trzech lat lot przebiegł spokojnie (kilka minut turbulencji nad Mediolanem to pikuś), mimo że siedziałem obok drącego japę i kopiącego mnie bobasa. Ale przez połowę podróży był karmiony cycem i wtedy na jakiś czas usypiał i był spokój. I nie był to pierwszy raz w mojej karierze latacza, gdy totalna nieznajoma siedząca ze mną ramię w ramię wyciąga na wierzch pierś. Huh. To co bolało to fakt, że cztery godziny lotu trzeba się było męczyć w maseczce (chyba że się kupiło żarcie, wtedy można było zdjąć), ale i tak nie narzekam, bo w pociągach już nie musiałem, w dzień mojego wyjazdu, specjalnie dla mnie ten obowiązek znieśli.

A po wylądowaniu…, ale o tym już może w następnym odcinku.


Polecam przyjmować Tych Państwa na kwaterę. Zostawiają całkiem wartościowe rzeczy, które niekoniecznie chce im się dźwigać łącznie z garścią monet w różnej walucie – czysty zysk!