Sevilla

Na początek obiecane trzy słowa o przylocie. Sevilla przywitała delikatnym dreszczykiem, ale jazda zaczęła się w budynku przylotów. Okazało się, że żeby wpuścili cię do kraju, musisz mieć kod wygenerowany przez ichnią zdrowotną aplikację. Jak nie masz, brali cię na badania i przesłuchania medyczne, z groźbą kwarantanny włącznie. Ale jeśli założyliście, że byłem jak zwykle nieogarnięty, to tym razem was zaskoczę – dzień wcześniej użerałem się z apką i kod miałem. Ale poziom jej badziewności prawie mnie pokonał. Po wypełnieniu 5 stron formularzy, wyskoczył błąd, że na stronie 2 brak numeru fotelu z samolotu (serio serio), no dobra, cofnęło mnie tam i uzupełniłem, ale ruch ten skasował wszystkie inne wpisane dane, argh. Znów dobrnąłem do końca – error – nie podałeś kodu pocztowego Sevilli, mimo że wybierałem miasto z listy. Arghh, znów skasowało inne dane. Trzecia próba – oops znów skasowało nr fotela i go nie podałeś, w nagrodę kasuję ci wszystkie dane. Jakimś cudem jednak się udało. A potem na lotnisku apka i tak nie chciała działać bez internetu, więc trzeba było odpalać roaming, czekać aż zaskoczy i w końcu się udało, uffff. Kolejna medyczna apka covidowa która trafia na moją czarną listę.

Mój pierwszy nocleg w łóżku poza domem

Potem jeszcze tylko znaleźć autobus na lotnisko, ocenić czy jedzie gdzie mi potrzeba, ocenić gdzie wysiąść – i jakimś cudem mimo 50 godzin bez snu tu nic nie skopałem. Potem już tylko 1.5 km wędrówki przez ciemne miasto do hostelu, budzenie obsługi, wdrapywanie się na drugie piętro, szukanie w ciemnym pokoju z 8-oma już śpiącymi ludźmi swojego łóżka piętrowego (miejsce na górze), staranie się ich nie budzić, więc nawet w plecaku nie grzebałem za rzeczami na zmianę, poza gaciami do spania (było tak ciepło mimo otwartego okna, że gacie styknęły, a przykryłem się dopiero nad ranem), wyprawa pod prysznic, gdzie już o tej porze nie działały światła, więc przy latarce z telefonu obmycie się (woda na szczęście gorąca, choć długo się nagrzewała i już straciłem nadzieję i się myłem w zimnej), powrót do łóżka, powrót do prysznica (inne piętro budynku) po skarpetki i majtki które zdałem sobie sprawę tam zostawiłem i już wybiła godzina druga w nocy i można było zasypiać. Ale zmęczenie i chrapanie innych nie dało mi spać aż do trzeciej rano, potem padłem. Pobudka o 6, o 7, o 8 i trochę pomiędzy tymi godzinami, gdy budzili się i ubierali/pakowali inni. Ale w sumie jakieś 5 godzin snu się uzbierało.

O takom bezdomność walczyłem!

Dzień 3 Sevilla

Śladu po deszczu już nie było, po śniadanku (wliczone w cenę, robiło się samemu – płatki na mleku, tosty, słodkie bułeczki, takie tam) ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Pogoda z godziny na godzinę się poprawiała, dobijając ostatecznie do 23 stopni, ale chmurki były i jak zawiało, robiło się chłodno. Hiszpanie też nie wiedzieli jak się ubrać – część już krótki rękawek i spodenki, część futra i zimowe kurtki (serio serio). I gdy nastała siesta (koło godz. 13) masowo wylegli do knajp i restauracji, pijąc, jedząc i głośno rozmawiając. Brakowało mi takiego klimatu, łaziło się wśród takich atrakcji znakomicie. Ciotka zażyczyła sobie wizyty w katedrze, gdzie sam z siebie nigdy bym nie poszedł. W środku niesamowity przepych i bogactwo, mnóstwo 500-letnich dzieł sztuki, wszystko ze złota zrabowanego Inkom i Aztekom.

Grób Kolumba

Najbardziej wypasiony był grobowiec Kolumba, który im niejako drogę do tych bogactw otworzył. Największą atrakcją było jednak wspięcie się na 800-letnią i ponad 100-metrową wieżę (wpisana na listę UNESCO) z genialnym widokiem na – jak się okazało – głównie białą i szarą Sewillę. Potem jeszcze trochę spacerku, zachwycanie się latającymi nad ulicami zielonymi papużkami, palmami, słońcem, ciepłem, pomarańczami rosnącymi na drzewach i ogólnie wiosenno-letnim klimatem, którego już tak dawno nie zaznałem. Wyszło ponad 14 km, jutro czeka trochę więcej, ale już z plecakami, więc tak przyjemnie nie będzie!

A teraz garść zdjęć z dziś. Dodaje się te wpisy z telefonu nie do końca komfortowo, największe zamieszanie ze zdjęciami, a dziś mi sporo fajnych wyszło, więc jest jak jest 😆

Słoneczna Sevilla daje radę
W gablocie klucz z 12 wieku, w garści z 21
Całkiem toto spore, chyba druga największa katedra świata.
Miasto szaro-białe gdy patrzy się z góry

 

Lokalna filia Hogwartu

 

I takie widoki to ja rozumiem
Pomarańcze rosną sobie przy ulicach

 

Ostatni i przestaję spamować, od jutra obrazki krzaczków i kamyków z drogi!
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments