Najkrótsza noc w roku w moim odczuciu była najdłuższą nocą, jazda ciągnęła mi się i ciągnęła. Tyle co Sycylia w miarę sprawnie pyknęła, potem wieczorny rejs promem przez Cieśninę Messyńską i zaczęły się schody. Silnik mocno się rozgrzał, hałasował, resory na kołach mocno skakały, współpasażerowie byli z piekła rodem i puszczali swoją afrykańska muzykę na pełną parę, walcząc z kimś oglądającym hiszpańskie telenowele również na pełną parę. Spanie w takich warunkach było praktycznie niemożliwe, cierpiałem więc z godnością, przysypiając dopiero gdzieś przed świtem. Swoją drogą, to skandal, że już od dziś dni będą coraz krótsze, że już zaczynamy zjazd po linii pochyłej, prowadzący co momentu, gdy o 16 będzie już ciemno. Ja się nie zgadzam, ja protestuję i tym razem nie dopuszczę, żeby tak się stało!

Obudziłem się, gdy autobus wjeżdżał na rzymski rynek autobusowy. Bolała mnie głowa, byłem zmęczony i niewyspany, ale przynajmniej miałem świadomość, że z plecakiem muszę się użerać tylko pierwsze 3 godzinki. Wzięcie noclegu było genialnym zagraniem i był wart każdych pieniędzy, zwłaszcza gdy po tych kilku godzinach słońce zaczęło wysyłać mordercze promienie, szukając słabszych osobników do wyeliminowania. Z plecakiem pewnie bym się do nich zaliczył 😱. Ruszyłem na północne rubieże miasta, po drodze zbaczając do dwóch odkryć – jedno się powiodło – rozwalona świątynia Saturna w niewielkim parku – przed 7 rano spotkałem tam tylko biegaczy i wyprowadzających psy. Drugie odkrycie – nie zostało zaliczone. Katakumby obejrzałem sobie tylko z zewnątrz, a ich główna atrakcja polegała na łażeniu kilku kilometrów pod ziemią w stałej, całorocznej temperaturze 13 stopni. Ale wejście tylko z przewodnikiem i tylko 3 razy dziennie – szkoda mi było sterczeć tam 3 godziny czekając. Babka od airbnb wpuściła mnie do siebie (wynajmuje pokój z kibelkiem i prysznicem w swoim własnym mieszkaniu) punkt o 9 rano, droga do niej zajęła mi prawie 10 km. Z ulgą rzuciłem plecak i wskoczyłem do metro, którym podjechałem aż pod Watykan.

Watykan to już ósmy odwiedzony kraj podczas też podróży. Słońce już szalało, a ja stałem w kolejce do Bazyliki Św. Piotra chyba z godzinę, a tam z cieniem kiepska sprawa. Trzepanie przed kościołem jak na lotnisku, ale w sumie nie dziwota, potem wpakowałem się w kolejną kolejkę, która jak się okazało nie była właściwa – nie chciałem włazić 551 schodków na dach kościoła – nie dlatego, że była to atrakcja za 10 euro, ale dlatego, że jeszcze mi było życie miłe 🤪. W samej bazylice panował przyjemny chłodek, papież co prawda mnie olał i nie przyszedł (będzie jeszcze chciał, żebym mu życie w Candy Crush znów podesłał, a tyle teraz dostanie!), ale znalazłem kolejne odkrycie z UWO – Pietę Michała Anioła. Co prawda mocno ją schowali i można ją było podziwiać z bardzo daleka, ale dobre i to. Bazylika jakaś taka mocno bajerancka nie była, jak na główną świątynię katolicyzmu – już podczas tej wyprawy bardziej bogato udekorowane zwiedzałem.

W Watykanie chciałem też odwiedzić muzea (mają tam cuda, łącznie z kosmitami, kolejnymi niepublikowanymi dotąd tomami Biblii i maszynami teleportującymi, ale nie chcą ich pokazywać) i Kaplicę Sykstyńską, ale bilety były już wyprzedane. I te online i te w kasie. Bilety mieli za to koniki i naciągacze, ale oczywiście w cenie grubo powyżej mojego budżetu. Nagabywacze byli zresztą strasznie nachalni i była między nimi spora konkurencja – opadali stadami, przekrzykiwali się i robili niegrzeczni, gdy nie chciało się korzystać z ich usług. Niby stała jeszcze jedna kolejka i niby mogły się dla niej pojawić w oficjalnej kasie bilety, ale nie było to pewne, a kilku godzin w słońcu i pod obstrzałem naciągaczy, nie wytrwałbym. Kolejne kilka odkryć odpuściłem tym razem.

Ale – nie smućcie się! Dzień i tak zakończyłem z wynikiem przespacerowanych 35 km i z aż dwunastoma odkryciami! Rzym to miasto bogato reprezentowane w UWO. W moje łapki wpadła kolumna Trojana, Forum Romanum, Świątynia Kastora i Polluksa, wzgórze Palatynatu i Koloseum. Bez najmniejszych problemów, z marszu, bez kolejek wszedłem do płatnego Muzeum Kapitolskiego, a w nim, pośród różnych historycznych i artystycznych ciekawostek wpadły kolejne 2 odkrycia: słynna kapitolińska wilczyca, karmiąca bliźniaki oraz posąg umierającego żołnierza. W niepozornym kościółku, który na dodatek nie domagał się biletu, znów bez kolejek i bez tłumów, znalazłem wstydliwą rzeźbę, znów Michała Anioła – Mojżesza. Wstyd wynika z faktu, że przez wiele wieków Biblia była błędnie tłumaczona i wynikało z niej, że Mojżesz miał rogi – i tak też został przedstawiony przez Michaelangela – jak diabeł. I pozostaje mieć nadzieję, że więcej pomyłek tłumaczy nie ma w księdze, której każde słowo jest święte i niepodważalne dla milionów wiernych na całym świecie 😱.
W końcu, mimo że już byłem mocno wykończony, ruszyłem w najdalszy spacer na wschód miasta – do parku, w którym zachowała się stara rzymska droga. I wszystko byłoby super – piękne widoczki, zieleń, starożytne zabudowania, ale dlaczego ktoś na tym szlaku pielgrzymim (coś jak Camino), pomimo zakazów wjazdu i znaków, że droga tylko dla pieszych, jednak wpuścił auta?! Bo nie wierzę, że tak same z siebie setki pojazdów ignorowały dziś zakazy i łamały prawo – to musiała być jakaś zorganizowana akcja. Ale może to i dobrze, bo dzięki uciekaniu przed autami, droga mi się szybciej sprzykrzyła, bo tak była obawa, że wyciągnie mnie kolejne kilkanaście kilometrów za miasto 🤪.
Rzym to zdecydowanie miasto warte odwiedzenia – i jeden dzień to zdecydowanie za mało – tu by się przydał nawet i tydzień na smakowanie tych wszystkich zabytków – ale ze względu na to, że jest tu drogo, już jutro uciekam, dlatego dziś robiłem taką kumulację. I mimo zmęczenia i niewyspania – było warto!
