W teorii miał być to kolejny dzień transferowy, podczas którego nic się miało nie dziać. Ale wyszło jak zwykle – podsumowanie dnia to 25 km w nogach w czterech różnych włoskich miastach 😱.
Zaczęło się niewinnie i przyjemnie – od obfitego śniadanka – i z uznaniem, choć i ociupinką żalu, bo chciałem tartę pistacjową jak wczoraj, zauważyłem, że codziennie zmieniają zestaw ciast – dziś było sześć zupełnie innych. Trochę te pistacje odkupili na szczęście sernikiem. Potem już tak wesoło nie było, bo aż do zachodu temperatura nie spadła poniżej 30 stopni, a momentami przekraczała 35.

Pierwszy pociąg zabrał mnie do Bolonii – duże i podobno ładne miasto uniwersyteckie na przecięciu szlaków komunikacyjnych Włoch, ale miałem tu zbyt mało czasu, by to ocenić – najbliższe okolice dworca mocno industrialne i nie zachęcały do zwiedzania. Drugi pociąg zabrał mnie do Padwy. Zamość jest nazywany Padwą Północy, więc posiłkując się logiką wychodzi, że Padwa jest Zamościem Południa. Tu miałem więcej czasu, bo wybrałem się do serca miasta w poszukiwaniu kolejnego odkrycia z UWO – pomnika autorstwa żółwia Donatello. Padwa na podstawie tych dwóch spędzonych w niej godzin spodobała mi się – ogromna starówka, dużo deptaków, nowoczesne tramwaje, czysto, schludnie, mnóstwo ryneczków, wąskich uliczek, kamieniczek i nawet rzymskie pozostałości. Nawet nowoczesne bloki fajnie skomponowane z zielenią na dachach i półpiętrach – aż będę sobie musiał polski Zamość odświeżyć, bo jeśli faktycznie wygląda jak dzisiejsza Padwa, to będę musiał odszczekać wszystkie złe rzeczy, jakie jako chełmianin mam moralny obowiązek o nim rozpowiadać 😜.
Ostatni pociąg zabrał mnie do Mestre, czyli lądowej dzielnicy Wenecji. Ale umawiamy się – prawdziwa Wenecja to ta na wyspach i fakt, że administracyjnie część lądowa jest z dziesięć razy większa, to żaden turysta tam nawet nie zagląda 😜. Mój nocleg na kolejne dwie noce to nowość na trasie tej wyprawy – pod namiotem, ale na zorganizowanym campingu. Czyli z dostępem do prądu, kuchni, kibelka, prysznica, a nawet ku memu zaskoczeniu – dużego basenem i jacuzzi! Camping co prawda trochę za miastem (tu wpadło kolejne 7 km), ale dobrze skomunikowany i jutro na wyspy pojadę już sobie autobusikiem. Oczywiście, jakąś godzinę po tym jak rozstawiłem namiot, znikąd nadeszły czarne chmury i nawet dwa razy zagrzmiało i już się szykowałem psychicznie na pierwszą burzę pod namiotem. I tak czekając, ruszyłem na spacer po okolicy – i było super, bo to już pola, łąki i lasy – spłoszyłem kuropatwę, widziałem zająca, mnóstwo cykad, przedzierałem się przez pajęczyny wąskimi polnymi ścieżkami – tego mi po tych wszystkich miastach trzeba było! Pogoda też się ulitowała i po moim powrocie chmury były już w odwrocie (zarymowałem!) i wykorzystałem to, pierwszy raz używając kąpielówek do wskoczenia do basenu. Oj, jak mi tego jeszcze bardziej trzeba było! Woda chłodniejsza niż w morzu ostatnimi dniami, ale nic to, po takim gorącym i parnym dniu, była po prostu genialna.
I tak spokojny w zamierzeniach dzień zamienił się w maraton pieszych spacerów, pierwszy camping, pierwszą kąpiel i kolejne odkrycie. I bardzo dobrze 😜.
