Dziewięćdziesiąt dni w podróży, kiedy to zleciało? 😱 Dla uczczenia tej rocznicy miałem w planie zdobyć cztery odkrycia i dobić i w nich do liczby 90, ale oczywiście złośliwy los rzucił kłody pod nogi i nic z tego nie wyszło.
Noc na campingu minęła bardzo przyjemnie, spało się wybornie, było cicho, a fakt, że wokół są inne namioty działał uspokajająco – nie musiałem nasłuchiwać czy nie idzie mnie coś zjeść albo zamordować – komfort psychiczny przełożył się zapewne na dobry sen. Budzik zadzwonił o 8 rano, wysyłając mnie na wyprawę do Wenecji. Nastawiałem się na jakąś dłuższą podróż, ale autobus dojechał tam już po ciut ponad 20 minutach. I zaczęły się męki 😜. Słońce po raz kolejny podjęło próbę zamordowania mnie – jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy dają radę mieszkać tu latami. Co ciekawe, turystów nie było aż takich dzikich hord jak zwykle – niektóre ulice i wysepki Wenecji były wręcz ich zupełnie pozbawione, czasami wędrowałem zupełnie sam. A nawet na głównych promenadach można było biegać, a na upartego przejechać rowerem – zazwyczaj zaś idzie się gęsiego i łokciami walczy o przestrzeń życiową. Nie wiem skąd takie pustki – bo chyba tego obowiązkowego biletu do miasta nadal nie wprowadzili? Po mieście zrobiłem w sumie 17 km, a i tak nie wszędzie dotarłem – tu jest naprawdę co oglądać i gdzie połazić.

Pierwsze rozczarowanie czekało mnie w jednym z kościołów, w którym miałem zobaczyć ołtarz będący odkryciem z UWO – ale niestety, okazało się, że jest w konserwacji. Na jego miejsce wstawiono replikę 1:1 i pobierano opłatę w wysokości 5 euro za obejrzenie jej (tyle samo co za oryginał) i gdybym nie doczytał małej karteczki przed wejściem, to nawet bym się nie gapnął – a tak, niestety odkrycie niezaliczone – a podróbę obejrzałem sobie tylko z daleka. Druga wtopa była w muzeum- tu miałem dwa odkrycia – jeden obraz znalazłem bez trudu, drugi – bardziej słynny, bo to Vinci, taki ludzik, którego na pewno kojarzycie, machający łapkami – też okazało się, że jest w konserwacji – i tu nawet podróby już nie dali. To trzeba mieć pecha, żeby w jednym mieście w dwóch miejscach trafić na dwie operacje konserwatorskie – chyba, że to był spisek skierowany przeciwko mnie osobiście, hmm.
Wenecja, mimo tych wtop, mimo upałów i mimo tego, że byłem tu już po raz któryś tam, i tak mi się podobała. Ma zdecydowanie swój unikalny klimat, kanały, gondole, setki mostów, kościoły, wystawne kamienice, to tworzy niepowtarzalną mieszankę. I mimo upału aż tak to nie śmierdzi – obawiam się, że momentami to ja byłem źródłem gorszego zapaszku niż woda, do której już przecież nikt ścieków nie wpuszcza – tyle co glony i temperatura robią swoje. Woda jest zielona i można zapomnieć o delfinach z pierwszych dni izolacji pandemicznej – one już tu nieprędko wrócą, ale ryby i to całkiem wielgachne przemykające pod łódkami – a i owszem, widziałem. A fakt, że po tych wszystkich wysiłkach czekał już na mnie basen z przyjemną wodą, był balsamem na moją zbolałą przegapionymi odkryciami duszę i nie mam już żalu, że 90/90 się nie udało.
