Giro d’Italia

Zastanawiałem się, jak można w jakiś nowy sposób masochistycznie się nad sobą poznęcać i mój camping dostarczył mi ku temu odpowiednie narzędzia – odkryłem, że na stanie mają cały park rowerowy – znaczy można wziąć sobie rower i jeździć do woli. Rowerów dużo, ale ich stan bardzo różny 😜. W każdym znalazłem jakiś feler i musiałem wybrać taki, który najmniej mi przeszkadzał – czy ten z odpadającym pedałem, ten tak niski, że szuram butami po ziemi, ten z ruchomym siodełkiem albo ten trzeszczący i wyjący jak umęczona dusza w piekle. W końcu zdecydowałem się na ten z niedziałającymi hamulcami.

Pierwsze próby wykonałem już wczoraj wieczorem, ruszając w nieznane wraz z zachodzącym słońcem. Adrenalinka miło buzowała w żyłach, gdy jechałem ciemnymi ścieżkami przez nieznany mi teren, płosząc zające i czaple. Kiedy w końcu wróciłem, nie byłem pewien czy trafiłem na właściwy camping – nagle było na nim milion ludzi, rozdawali drinki i kanapki, a przy basenie grała jakaś orkiestra – mieli nawet cały zestaw do perkusji! Rozłożyłem się wygodnie na leżaku i miło spędziłem czas do późnej nocy.

Rano wyrzuciłem z namiotu kilka szczypawek (tylko one z robaków pokonują moskitierę – powstrzymuje komary, mrówki, a szczypawki jakoś włażą i tak, huh) i ponownie wskoczyłem na rower. Jazda w świetle dnia nie dawała już takich emocji, ale i tak była równie zabójcza przez słońce. A że zrobiłem w sumie 55 km, to troszkę pozwoliłem mu na mnie poświecić 😜. I w sumie to było chyba moje otwarcie sezonu rowerowego w tym roku – więc jak na pierwszy raz całkiem niezły wynik. W poprzednim roku pierwsza jazda była dookoła goleniowskiego cmentarza i po 3 km trzeba mnie było prawie reanimować, więc postęp w kondycji chyba jakiś tam jest 😜.

Widoczki rowerowe koło Wenecji całkiem zacne, aczkolwiek na nic egzotycznego nie było co tu liczyć – bardzo zbliżone do Polski – pola, łąki, malutko lasów, jeziora, wioski, miasteczka. Normalka. Aczkolwiek infrastruktura rowerowa bardzo zacna. Niemal wszędzie ścieżki rowerowe, jeśli prowadzące ulicą, to ogrodzone małym murkiem albo czymś podobnym od reszty drogi. Ok, czasem ścieżki są zastawione śmietnikami, jakimiś słupkami i innymi utrudnieniami, ale to w sumie oznacza, że auta na pewno tam nie wjadą. Czułem się naprawdę bezpiecznie. I jako że to była niedziela, na jezdniach nie było ciężarówek, zresztą zwykłych aut też niewiele – być może jeździłem jakimiś mocno bocznymi trasami i tak mi się udało – ale bynajmniej nie narzekam.

 

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne