Znów przerwa w nadawaniu, spowodowana nie jednym, a dwoma dniami transferowymi oraz zamierzonym zejściem z radaru w celu zaskoczenia rodzinki. Wczoraj, po trzeciej nocy pod rząd pod namiotem, pożegnałem się i z podweneckim polem namiotowym i Włochami w ogóle. Najpierw jednak raz jeszcze wskoczyłem na rower i zrobiłem ostatnią rundkę po okolicy, ostatni raz słuchając wszechobecnych cykad i podziwiając dziwne rozwiązania logistyczne dróg. Jeśli gdzieś idą tory kolejowe albo autostrada i koniecznie jest skrzyżowanie z jakąś dróżką lokalną, drogowcy koło Wenecji z uporem maniaka stosują podziemne tunele. I zazwyczaj wąskie na jedno auto z przejazdami sterowanymi światłami. Rowery i piesi zwykle dostają swój własny pas, ale dla aut jest to duże spowolnienie i spore wyzwanie – bo nie ma jak zobaczyć przed wjechaniem, czy jakiś niecierpliwy wariat z drugiej strony nie olał czerwonego światła. Po rowerku spakowałem namiot (wyrzucając kolejną szczypawkę) i zasiadłem nad książką. Wymeldować się miałem w teorii do godziny 11, ale na campingu panował taki chaos organizacyjny, że nawet jakbym został kilka dni dłużej, to chyba nikt by się nie zorientował, więc i przeganiać mnie nikt nawet nie próbował. Autobus miałem zaś dopiero po godzinie 20, nie spieszyło mi się więc, by opuszczać zacienione miejsce z kibelkiem i wifi.
W końcu jednak trzeba było się ruszyć i tak przemaszerowałem moje ostatnie 10 włoskich kilometrów. Decyzja o tym, dokąd jechać dalej, jak zwykle nie była łatwa i zmieniała się kilkakrotnie. W końcu jednak wybór padł na egzotyczny i dziki kraj zwący się Polską. Jednym z powodów była chęć odpoczęcia od upałów, ale tu chyba wiecie, że to mi się niekoniecznie udało 😜. Autobus miał jechać od godz. 20 do 11:30 dnia kolejnego – przez Austrię i Czechy, do Krakowa. Był na szczęście nowoczesny, wygodny i w połowie pusty, więc jako tako nocka minęła. Austrię przespałem, mimo że czaiłem się na odkrycie Dunaju podczas przejazdu przez Wiedeń – i nawet się na przystanku dworcowym obudziłem, ale na jakieś 5 sekund – od razu znów porwał mnie sen. Czechy też o poranku przedrzemałem, całkowicie dobudzając się dopiero koło Ostravy, czyli może 20 km od polskiej granicy. Czyli w teorii moja podróż przebiegała przez kolejne dwa kraje (nr 10 i 11), ale niewiele w nich widziałem, ba nawet z busa w nich nie wysiadałem.
Kraków przywitał mnie chmurkami, z których po jakimś czasie zaczął padać nawet deszczyk. Dało się przez to całkiem nieźle oddychać, był to mój pierwszy kontakt z deszczem od czasu Genewy. W Krakowie miałem kilka godzin czekania na następny autobus, które wykorzystałem na spotkanie z rodzinką – braćmi Miśki z którą widziałem się w Neapolu, czyli kolejnymi moimi kuzynami. Zjedliśmy uczciwą polską pizzę (a nie te włoskie podróbki, którymi tam się karmiłem), krakowskie obwarzanki, chwilę pospacerowałem po okolicach rynku i już była pora ruszać dalej.
Ostatni autobus tego dnia zabrał mnie kolejne 6 godzin na północny wschód – do rodzinnego Chełma i niespodziewających się mnie tak szybko rodziców. Dotarłem tam jednak już po północy i żeby nie robić zamieszania, rozbiłem namiot w ogrodzie – znajdą mnie tu zapewne rano – i miejmy nadzieję – ucieszą się 😜.
Dziś mija też równo 3 miesiące od kiedy wyruszyłem na wyprawę – i żeby była od razu jasność – to nadal nie jest jej koniec, nawet jeśli na tydzień/ dwa utknę w Lubelskiem. Muszę się doszczepić, doprać, wymienić część sprzętu (buty zostały we Włoszech, porwał mi się mały plecaczek, prawie rozpadły sandały, w krótkich spodenkach suwak w kieszeni też się rozwala), ostrzyc, odwiedzić dentystę, uporządkować finanse podróżne i do tego wszystkiego spróbować nie dać się mamie utuczyć 😜. Zresztą, tu też są fajne tereny i do pieszych i rowerowych wycieczek. Moja aplikacja mówi mi, że przez ostatnie trzy miesiące podróż wyniosła ponad 18.000 km, czyli prawie pół okrążenia Ziemi po równiku, ale ostatecznie znajduję się też zaledwie 800 km od punktu startu. W tym tempie świat okrążę za 20 lat 😜.
