Upiory kurhanów nie poradziły sobie z moim zmęczeniem – spałem jak (nomen omen) zabity (chyba że to one zesłały mi sny o czaszkach z rogami 😜). Nowy sposób opatulenia się matą też zdał egzamin i było mi przez całą noc cieplutko. Kilka razy się budziłem, bo trochę po tym skosie zjeżdżałem (chyba że to upiory próbowały mnie wywlec?, hmm), ale i tak była to spokojna noc. Poranek znów był słoneczny i ciepły, mogłem ruszać w dalszą drogę w sandałkach. A droga prowadziła do czternastej stolicy podczas tej wyprawy – Sztokholmu.
Przyjechałem trochę za wcześnie, bo hostel wpuszczał dopiero od godz. 15. Doczekałem się w końcu i czystej pościeli i gorącego prysznica – po prawie tygodniu bez mycia, a przy codziennych bardzo wyczerpujących spacerach, było co z siebie zmywać 😜. Czysty i w nowej koszuli, zostawiając bagaż w hostelu, ruszyłem na podbój miasta.

Sztokholm – tu was pewnie zaskoczę – bardzo mi się spodobał. Być może to zasługa pory roku, ładnej pogody, a może faktycznie coś tu jest. Kto zgadnie na ilu wyspach leży to miasto? Są dwie poprawne odpowiedzi – jest 14 głównych wysp, połączonych 53 mostami – stąd natychmiastowe skojarzenie z Wenecją. Ale tak naprawdę w obrębie administracyjnym miasta wysp jest więcej – uwaga – 24.000. Nie pomyliły mi się zera, naprawdę ponad dwadzieścia tysięcy. Oczywiście małych i bardzo małych i w większości niezamieszkałych, choć całkiem sporo z nich ma właściciela i jakiś domek albo barak na łódkę. Centrum Sztokholmu jest też monumentalne – wszystko tutaj jest ogromne – budynki mieszkalne, kościoły, zamek, ratusz, opera itd. Widać, że Szwecja była kiedyś europejską superpotegą, która rozdawała przez ileś tam czasu karty w naszej połowie świata – z tej perspektywy fakt, że kiedyś i nas zalali potopem przestaje być taki abstrakcyjny.
Spacer po mieście znów dołożył mi do rachunku kolejnych 20+ km, a za najładniejszy odcinek uznaję dłuuugi fragment wzdłuż brzegu jednej z rzek (albo zakola morza, ciężko tu ocenić co jest co) – wierzby chyliły się ku wodzie, po niej pływały kaczki, obok opalali się i kąpali szaleni tubylcy. Na przystani stało mnóstwo historycznych łodzi – każda z tabliczką opisującą jej historię i statystyki. Byłem też pod budynkiem, gdzie rozdają Noble, ale nie wchodziłem, jak przyjadę odbierać swojego, to pozwiedzam.
