Norweskie wakacje

Znów zrobiłem sobie kilka dni wakacji od pisania, ale już nadrabiam. Ku przypomnieniu – w ostatnim odcinku zostawiliśmy naszego bohatera, gdy po całym dniu intensywnego łażenia po Sztokholmie, szykował się na noc w środkach transportu, opuszczając zbyt drogą Szwecję i udając się w niesprecyzowanym kierunku…

Cztery dni temu wsiadłem o godz. 22 w autobus na zachód – przez cztery godziny jechałem w naprawdę komfortowych warunkach w prawie pustym autobusie i chyba się nawet w nim coś tam zdrzemnąłem. Niestety, tuż po godz. 2 w nocy nastąpiła brutalna pobudka i zostałem wysadzony w mieście Karlstadt. Kolejny autobus miałem dopiero o 8 rano – 5,5 godziny przerwy to za mało na szukanie miejsca pod namiot, rozbijanie się, usypianie, potem składanie i powrót na dworzec, zwłaszcza że było naprawdę zimno. Zamiast tego wybrałem się na spacerek po ciemnym mieście, kierując się ku podobno otwartemu całą dobę McDonaldsowi. Ale jak się okazało – kłamali, bo nad ranem jednak zamykali. Nic to, wyprawa tam i z powrotem zabiła mi przynajmniej trochę czasu. O godz. 5:20 otworzyli za to poczekalnię na dworcu kolejowym i tam też się przed zimnem schowałem.

Drugi z zaplanowanych trzech przejazdów zabrał mnie jeszcze dalej na zachód – do siedemnastego kraju i piętnastej stolicy na trasie – Oslo, Norwegia. I tak, uciekanie przed szwedzką drożyzną akurat do Norwegii było głupim pomysłem – tu jest jeszcze drożej – chleb po 22 zł, coca cola 1.5 litra po 23 zł – horror totalny i bankructwo po kilku dniach murowane. W Oslo spędziłem jednak tylko kilka godzin, wykonując szybki spacer po najważniejszych zabytkach. Ale niekoniecznie mi się to udało – chciałem wejść na dach opery i na zamek – w operze akurat coś się działo i policja blokowała wejścia, a zamek okazał się być na sporej górze, która w moim obecnym niewyspano-wymęczonym stanie była nie do zdobycia. Wróciłem więc na dworzec i poczekałem na trzeci i ostatni autobus. Ostatnia część wycieczki to przejazd godzinkę na południe – i serce okrutnie bolało, gdy za te kilkadziesiąt kilometrów trzeba było zapłacić ponad 100 zł. Po drodze porządnie się rozpadało i mój poziom zmęczenia i senności podskoczył jeszcze bardziej, co troszeczkę mi ukoiło skołatane nerwy – zdecydowanie nie była to pogoda na stopa.

Odkrycie #98

We Fredrikstadt, bo tam dotarłem, czekał na mnie kumpel, którego wcześniej nigdy na oczy nie widziałem – grisnir. Znamy się kilkanaście lat, od czasów, gdy kilka razy starliśmy się na allegro licytując te same gry. Potem napisał kilka recenzji na moją stronkę, potem skupił się za bardzo na karierze zawodowej i życiu rodzinnym i gry zaniedbał, ale kontakt pozostał. I dzięki temu mam tutaj kawałek dachu nad głową. Długo się co prawda nie nagadaliśmy, bo grisnir musiał w trybie pilnym wyjechać tego samego dnia do Polski, ale zostawił mi klucze do mieszkania i cały dobytek. A ja zamiast splądrować co się da padłem spać.

I spałem ponad 13 godzin. Jak się okazuje – 2 nieprzespane noce w ciągu 5 dni to jednak za dużo nawet dla takiego wyczynowca jak ja. Mocno mnie to wykończyło, ale ostateczny cios zadało mi spanie w luksusach – obudziłem się z okrutnym bólem szyi – nie mogłem nią ruszać, nie mogłem nawet bez pomocy rąk podnieść głowy z poduszki. Dwa ostatnie dni spędziłem głównie w łóżku, odsypiając, przechorowując (osłabienie wykorzystało też oko, które po 2 miesiącach spokoju znów się odezwało) i wyżerając grisnirowi zapasy z lodówki. Dodatkowo za oknem przez te dwa dni ulewa goniła ulewę, więc nie było motywacji do życia.

Dziś jednak obudziło mnie słoneczko. Udało mi się podnieść głowę samodzielnie (nadal za bardzo szyją nie pokręcę, ale to i tak spory postęp) i stwierdziłem, że dość leżenia, pora zwiedzić okolicę. Zrobiłem sobie 15 km spacerek. Grisnir mieszka na wyspie, która jest połączona z chyba kolejnymi pięcioma wyspami mostami. Wyspa jest mocno kamienista i porośnięta lasem, każdy domek stoi na innej wysokości, prawie każdy jest też drewniany. Znalazłem fajny szlak przez lasy, ale tak poplątany i prowadzący przez kamienie i nieoczywiste skróty, że gdyby nie oznaczenia co 1 metr niemal na każdym drzewie, to zgubiłbym się sto razy. Dotarłem też nad wybrzeże – to kolejne morze, w którym moczę stopy – Morze Północne – co prawda fiordów w tej części Norwegii nie uświadczysz, ale takie mini-skałki były i też wyglądało to fantastycznie. Spacer zrewitalizował mnie i wrócił mi siły do życia i podróży – wdrapywanie się na głazy i podziwianie ptaków nurkujących w falach oraz latających nad głową zielonych dzięciołów to było to, czego było mi potrzeba. Jeśli jutro rano się obudzę jako tako bez bólu, ruszam w dalszą drogę – w najgorszym razie odsapnę jeszcze jeden dzień.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments