Łosie i jezioro łabędzi

W nocy trochę popadało, ale przewidująco naciągnąłem porządnie sznurki od tropiku i nic mi nie przemokło, drzewa nade mną też trochę kropel przejęły na siebie. Było też znów zimno, ale mata grzewcza raz jeszcze dowiodła, że warto ją ze sobą taszczyć – nic a nic nie zmarzłem. Mimo to spało się raczej kiepsko – co 15 minut się budziłem – zdaje się, że znów spałem na stoku i zjeżdżałem na bok. Mimo wszystko wstałem nawet wypoczęty, a na pewno pełen energii do kolejnego dnia marszu. Pogoda była ciut cieplejsza niż wczoraj, ale jeszcze nie aż tak, żeby marsz był mordęgą. I bardzo dobrze, że się na ten marsz zdecydowałem, bo w końcu spotkałem łosia – i to nie raz, a dwa razy!

Pierwszy z nich okazał się łosiątkiem, podrostkiem, który skakał sobie po głazach prawie jak kozica, drugi, którego spotkałem kilka godzin później, to już okazały, dorosły bydlak. Spłoszyłem go chyba, bo ruszył z kopyta w takie gęste krzaki, taranując je jak czołg – trzaski łamanych gałęzi jednoznacznie wskazywały, że to ja powinienem być spłoszony, bo gdyby ruszył na mnie, moje łamane kości wydawałyby identyko dźwięk 😱.

Dziś nadłożyłem trochę kilometrów, bo starałem się omijać drogi i kilka razy skręcałem do lasów albo nad brzeg morza – i bardzo dobrze, bo właśnie w takich miejscach dorwałem te łosie. Znalazłem też fajny szlak nad zatoką, w której w 1716 duńska flota spuściła łupnia szwedzkiej (na tablicy informacyjnej próbowali się tłumaczyć, że większość oficerów była pijana, bo świętowali wesele i stąd stracili wszystkie statki, a Duńczycy ani jednego). W wodzie aż roiło się od ptactwa – setki łabędzi, kaczek i gęsi, ładnie podzieliły sobie wody terytorialne i nie mieszały gatunków – sporo wśród nich było maluchów, choć łabędzie miały te pisklaki już tak ostro podrośnięte – ale nadal szare. Znalazłem też wiszący dłuuugi most prowadzący na wysepkę, ale nie dałem się skusić na jego forsowanie 😱.

Dzień kończę z wynikiem 36 km, do celu zostało mi na jutro już tylko jakieś 20 km. Ból jest tylko taki, że siły skończyły mi się dziś w dziczy, ostatni sklep był jakieś 15 km temu i stwierdziłem, że pewnie coś jeszcze będzie po drodze i nie będę się obciążał. A tu klops. No nic, jutro będzie motywacja do przejścia tych 20 km – nagrodą będzie zaległy posiłek z dziś i normalny z jutra 😜. Tymczasem miejsce, w którym się rozbiłem, genialne – mięciutki dywanik z mchu pod rozłożystymi sosnami, na płaskim, okazał się pułapką – cały ten teren to jedno wielkie mrowisko, z którego momentalnie wyskoczyło spod ziemi tysiące wielgachnych mrówek. Nie uśmiechało mi się składać namiotu, przeniosłem go więc kilkanaście metrów w mniej atrakcyjne miejsce i mam nadzieję, że tu mnie mrówki nie znajdą. Już kilka w środku ich ubiłem, ale optymistycznie zakładam, że nie przegryzły się gdzieś do środka, tylko wlazły wraz ze mną gdy wrzucałem rzeczy. Ich wielkie zęboczułki nie wyglądają zbyt przyjaźnie, obym nie pożałował decyzji spania tu…

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments