Cud na Istrii

Noc minęła bez złych atrakcji, które przewidywałem – nie zostałem ani napadnięty, ani nie przebiłem materaca. Dopadło mnie jednak gorsze nieszczęście, którego się nie spodziewałem – znowu odezwało się oko. Nad ranem obudziłem się zapłakany i już wiedziałem, że nie będzie wesoło. I faktycznie, rano lewe oko mimo że nie bolało, to do niczego się nie nadawało – było we mgle, ciągle łzawiło i co gorsze razem z prawym dostało światłowstrętu. Dobrze, że rano były chmurki, ale i tak musiałem przeprosić się z ciemnymi okularami. Wyjścia jednak nie było, trzeba było iść dalej, oko nawala czy nie. Ambitny plan na dziś zakładał przejście z Triestu do Słowenii, a potem przejście całego kraju do granicy z Chorwacją. Litościwe założyłem nawet, że być może w 1 dzień mi się to nie uda, bo to jednak wyprawa na ponad 40 km i z dużą ilością podejść. Sytuacja wzrokowa jednak spowolniła mnie dodatkowo. Musiałem iść ostrożniej i baczniej wpatrywać się w otoczenie – co w sumie też miało swoje plusy, bo dostrzegałem więcej detali, które zwykle człowiekowi umykają – a to jakiś wzór na mijanej bramie, a to cień rzucany przez drzewo, a to śmieszny szyld reklamowy.

A jakby mało mi było kłopotów, zaczęło mi się coś dziać w żołądku i stwierdziłem, że przydałby mi się kibelek. A tu jak na złość niedziela, na dodatek wcześnie rano i wszystko pozamykane, a ja w sercu wielkiego miasta. Przejście przez Triest wymęczyło mnie koszmarnie (przy okazji, słowo koszmar wbrew pozorom nie pochodzi z Węgier, a z Francji – tego też dowiedziałem się podczas tej podróży 😜). I wczorajsza decyzja o szukaniu noclegu w górach okazała się jednak nie taka głupia – droga na południe ciągnęła się przez cztery godziny i cały czas było miasto, miasto i miasto, nijak rozbić namiotu ani pójść za krzaczek. W którymś momencie podjąłem też ryzyko i ruszyłem skrótem przez dzielnicę portową. Przez doki, po linach cumujących statków, magazyny, opuszczone budki strażnicze i nieużywane tory, w każdej chwili spodziewając się, że trafię na ślepy zaułek albo drut kolczasty i trzeba będzie zawracać – ale przedarłem się. Zapewne pomógł fakt, że była niedziela i dzielnica była niemal wymarła. I tak, po 15 km w nogach przed moimi oczami pojawił się piękny widok – wielki moloch handlowy na obrzeżach miasta – i dzięki niech będą włoskiemu rządowi – nie zamknięty z powodu zakazu handlu w niedzielę! Dopadłem kibelka ostatkiem sił, wymyłem się w toalecie, wypiłem kupiony jogurt i przytuliłem ze wzruszenia nie widzianą od dwóch miesięcy Pepsi twist. I nawet znalazłem sklep z gierkami! Życie znów zaczynało nabierać barw.

Problem z przejściem Słowenii polegał na tym, że po pierwsze Istria (czyli jedyny nadmorski półwysep tego kraju) jest bardzo pofałdowana – górka, dół, górka, dół itd.; a po drugie – najkrótsza trasa prowadzi autostradą. Postanowiłem się tym jednak na zapas nie martwić i ogarnąć sytuację, gdy tam dotrę. Zaraz za wyjściem ze sklepu zauważyłem na ziemi żółte strzałki – zupełnie takie same jak na Camino. I nawet prowadziły w dobrym kierunku, a przynajmniej mniej więcej, ale jako że odciągały mnie od marszu poboczami głównej szosy, skusiłem się nimi pójść. Gdy zaczęły wspinać się na pobliską górkę, trochę zwątpiłem, ale coś mi jednak kazało tam wejść. Na górze okazało się, że to nie było szaleństwo ani udar słoneczny (a tak, u mnie upały, już tęsknię za skandynawskim chłodkiem – komu to przeszkadzało?!😜), bowiem natknąłem się na… caminową muszelkę i podpis „słoweńska droga św. Jakuba”. Tuż obok była tablica informacyjna – kilka lat temu stara austro-węgierska linia kolejowa została zamieniona na szlak pieszo-rowerowy, który z Triestu leci do Chorwacji – 123 km oznakowanej trasy. Oczywiście omijając autostrady, trochę naokoło, bo częściowo wzdłuż wybrzeża.

Odkrycie #121

Przesądny nie jestem, do cudów podchodzę bardzo sceptycznie, ale kiedy w jednym z gorszych dni na trasie, gdy jestem w dołku fizycznym i psychicznym i na dodatek nie mam pomysłu na trasę, nagle pod moimi nogami pojawia się jak na zawołanie szlak Camino, to nawet ja muszę przyznać, że coś mi tu pachnie podejrzanie świętojakubowo. I nie miałem wyjścia, nie mogłem takiego daru porzucić, nastąpiła zmiana planu i ruszyłem drogą okrężną. Oko przestało przeszkadzać, brzuch przestał boleć, na ustach pojawiły się pieśni (na szczęście nie aż tak, że Barka czy coś 😆) i wzmocniony psychicznie wkroczyłem na Słowenię. A droga zaiste była piękna – szedłem lasami, łąkami, czasem poboczami miast i wiosek, kilka razy przez czyjeś podwórka, z rzadka kawałek jakąś ulicą, przez winnice, kilka górek, kilka kilometrów tuż na skraju Adriatyku (tu fakt, że oko jednak szwankuje i nie mam zasięgu trochę martwił, gdy mijało się plaże z toplesami, ale uznałem, że taka cena za pomoc świętego jest w sumie nawet na miejscu), przez gaje oliwne i sady.

Pod koniec dnia skusiłem się też na lokalną pizzę (Istriana, z dużą ilością oliwek), a do rozkładania namiotu musiałem się niemal zmuszać, bo ciągnęło mnie w dalszą trasę. Rozbiłem się w czyimś nieogrodzonym sadzie, a kiedy spojrzałem na liczniczek, okazało się, że pobiłem dziś rekord – 45 km z pełnym obciążeniem i w słońcu. I po górkach. Z dnia, który wydawał się być spisany na straty, do rekordu. Albo cud albo ten jogurcik i Pepsi mają cudowną moc – wybierajcie 😜.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Magda

Kwitnące krzaki na tle morza to oleandry, nie róże….