Cud, który przetrwał

Bałem się tego Kairu. A w zasadzie obawiałem. Tego, że będzie to taka zwielokrotniona wersja Luksoru i Aswanu, już nie z setkami zaczepiających mnie osób, a tysiącami albo i milionami. A tymczasem miło się rozczarowałem, w zasadzie nikt mnie nie zaczepia, jestem ignorowany, mogę zwiedzać, błąkać się uliczkami i ulicami i jedyne, co mnie spotyka, to czasem zaciekawione albo nieprzyjazne spojrzenie – poza tym tłum daje pełną anonimowość. W związku z tym Kair bardzo mi się spodobał. Mogłem skupić się na zwiedzaniu, nie przejmując się natrętami.

A było co zwiedzać – dziś moim celem były budowle najbardziej się z Egiptem kojarzące – piramidy. Któryś z komików miał kiedyś występ, w którym udowadniał, że w Polsce lekcje historii są sponsorowane przez Egipskie Ministerstwo Turystyki – od piramid zaczynamy naukę w podstawówce, potem w gimnazjum/liceum, czy czymś tam znów od piramid, a jak pójdziemy na studia specjalistyczne znów zaczniemy od piramid. Nic dziwnego, że to chyba jedyne, co nam się z historii utrwala i zostaje w głowach 😜.

Ale żeby nie było za łatwo, postanowiłem do piramid z mojego hostelu dojść na piechotkę – i wyszło to jakieś 20 km. Cały czas przez miasto. Największe w całej Afryce, w Europie też nic większego nie znajdziecie. I jest to też chyba najgłośniejsze miasto na świecie. I z szalonym ruchem ulicznym, chaotycznym, pozbawionym zasad i litości. Nikt tu nie myśli o innych. Jeśli chcesz przeżyć, zwłaszcza jako pieszy, musisz być szybki, przebiegły i bezwzględny. Przebieganie przez pięciopasmową ulicę to największy hardkor, jaki dotąd uskuteczniałem, zwłaszcza po zmroku, gdy połowa aut jedzie z oślepiającymi światłami, a połowa zupełnie bez. Stałem zwykle na krawężniku, a setki pieszych Egipcjan mijały mnie i przebiegały, zanim ja sam zdecydowałem się na krok. Każdy kierowca praktycznie leży też cały czas na klaksonie, a te mają podkręcone głośność na maksa – całą dobę na okrągło słychać to niemiłosiernie wycie na każdej ulicy. Ogólnie wrażenia niesamowite, podobało mi się to ogromnie, ale jako gościowi. Gdybym miał tu żyć, to byłbym wielce nieszczęśliwy.

W połowie drogi opuściłem wielkie ulice i wbiłem się w osiedla wielkich bloków. I to też było niesamowite. Osiedla ciągnęły się kilometrami, a między blokami tylko bardzo wąskie uliczki, jak w wioskach w postaci klepisk z kałużami, dziurami, syfem i śmieciami. I milionem pieszych, sklepikami, targami, przepychającymi się tam motorami i tuk-tukami, przed którymi sprzedawcy muszą przesuwać swoje stragany, by dało się przejechać. Fantastyczne jak im się udało zamienić nowoczesne miasto w coś, co wygląda jak wioska sprzed kilkuset lat. Gdyby nie to, że po spojrzeniu się w górę widzi się dziesięciopiętrowe bloki aż po horyzont (niknący w smogu nie tak znowu daleko), równie dobrze mógłbym być w małej osadzie w Abu Simbel. I nikt się ze mną nawet nie przywitał moim znienawidzonym „welcome do Egipt” ani nikt przez calutki dzień nie domagał się bakszyszu (jałmużny). Lubię taki Kair!

W końcu, po kilku godzinach marszu za najbliższym blokiem pojawił się znajomy trójkątny kształt – piramida! Piramidy stoją na takim niewielkim wzniesieniu, pozostawionym kawałku pustyni, ale z każdej strony otoczonym blokowiskami. Czyli w sumie tak, piramidy leżą w mieście, ale w takim jakby pustynnym parku i jak się dobrze ustawić, to da się porobić im zdjęcia bez bloków w tle. Ale Nil jest stąd ładnych kilkanaście kilometrów – choć możliwe, że te kilka tysięcy lat temu płynął bliżej albo robili kanały i obrazy łódek na wodzie z piramidy w tle wtedy nie kłamały.

Wejście na teren parku kosztowało 240 funtów. Wejście do wnętrza piramidy Cheopsa (którego w Egipcie nazywają Khufu – skąd my tego Cheopsa wytrzasnęliśmy, nie wiem) dodatkowo 440. Nie skusiłem się – ludzi bardzo dużo, korytarze wąskie, zdjęć robić nie wolno, ochrona pogania i mówi, że 10 minut w środku to i tak za dużo czasu. Stwierdziłem, że dusić się w środku w tłoku i pod presją czasu za taką kasę nie będę i zamiast tego połaziłem sobie namiętnie dookoła wszystkich piramid, robiąc im zdjęcia z każdej możliwej strony i pod każdym kątem 😜. Byłem też straszony, że pod piramidami odchodzą największe przekręty i naciągacze – ale poza tym, że jeden typ podając się za ochronę zabrał mi bilet i zaczął gdzieś prowadzić (chyba był przewodnikiem i próbował naciągnąć na oprowadzanie), drugi na wielbłądzie domagał się kasy za zrobienie mi zdjęcia (powiedziałem, że robiłem sobie selfie i żeby spadał), a trzeci pokazał mi skąd zrobić zdjęcie, żeby ładnie wyszło i też chciał za to kasę (o nic go nie pytałem), to było znośnie. Całe stada gości oferujących przejażdżki wielbłądami, konno, czy w bryczkach też oferowały mi usługi, ale odczepiali się po jednym „nie”, więc też bez tragedii. Ogólnie przez cały spacer przez miasto nie widziałem białych ludzi. Pod piramidami też była ich garstka – za to tysiące arabskich/egipskich turystów – podobno grudzień to jest ich ulubiona pora roku na zwiedzanie – a jako że mają ceny biletów 1/10 tego, co obcokrajowcy, stąd tłumy chętnych do wejścia do piramidy. Ale za to byli też chętni na przejażdżki, więc naciągacze nie tracili na mnie czasu, tylko lecieli do kolejnych chętnych.

Odkrycia #172 – #173

Piramidy podobały mi się, mimo że to tak naprawdę tylko trójkątne kupy kamieni. Ale jest tych kamieni naprawdę dużo, no i to jedyny antyczny cud świata, który do dziś przetrwał. Na powrót złapałem mini-busa. To ulubiona forma transportu Egipcjan. Jeździ ich tu milion albo dwa, nie mają rozkładu, ani opisu, ani przystanków. Machasz na takiego i jak się zatrzyma, pytasz kierowcę dokąd jedzie. I płacisz mu grosze – w moim przypadku 4 funty za pół godziny jazdy. I jeśli jako pieszy ledwo sobie radziłem, tak jako kierowca zginąłbym w pięć minut. Tyle zresztą ujechaliśmy zanim nasz bus zderzył się z innym. Dostaliśmy czyimś zderzakiem w bok centralnie w miejscu, gdzie ja siedziałem przy szybce. Nawet nie zdążyłem się przestraszyć i już było po wszystkim. Kierowca od razu wysiadł, ignorując fakt, że blokujemy ruch i zaczął się wykłócać ze sprawcą. Skończyło się na krzyku, dużej ilości machania rąk, ale widać obrażenia nie były aż tak duże, by robić z tego oficjalną sprawę, ruszyliśmy dalej. Tu zresztą wszystkie auta są otłuczone, porysowane i powgniatane, inaczej się tu nie da. Ekipa w aucie zmieniała się co kilka minut, chyba tylko ja jechałem taką długą trasę – i w sumie tylko na takiej zasadzie coś takiego kierowcy mogło się to opłacać. 90 groszy za taki kurs to trochę za mało 😂.

Ostatnie 200 metrów było najgorsze – utknęliśmy w giga korku. Kierowca próbował jechać pod prąd i nawet trochę mu się udało, ale potem inny busik się wkurzył, otworzył drzwiczki, byśmy się nie zmieścili i utknęliśmy na złym pasie bez możliwości wbicia się na właściwy, bo wszyscy wyprzedzeni teraz z zemsty jechali na zderzak. W teorii gdybym wysiadł i poszedł, byłbym na miejscu w pięć minut, ale zafascynowany siedziałem w środku i przez pół godziny obserwowałem ten chaos. A potem w końcu przesiadłem się do metra i za 5 funtów przejechałem pozostałe 10 km w przyzwoitym czasie. Tym samym metro na trzecim kontynencie też zaliczone. Z ciekawostek – z 10 wagoników metra 2 były przeznaczone tylko dla kobiet – ale mogą też jeździć w pozostałych z facetami.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Magda

Faraon z IV dynastii Starego Państwa, przez Greków zwany był Cheopsem. Egipska forma jego imienia to Chu-fu, skrót od” Chnum mnie chroni”. A Chnum był egipskim bogiem zachodzącego słońca, przedstawiany z głową barana.