Alexandria

Zdaje się, że się trochę rozleniwiłem pisarsko, przedwczoraj marny wpis, wczoraj wcale. Dziś wypadałoby więc nadrobić. Alexandria miała być postojem wypoczynkowym – miałem własny pokój, w którym mogłem uczciwie wypocząć i wyspać się – i w sumie ta część się udała. Ale nie udało się wczoraj spokojnie usiedzieć, bo poniosło mnie w miasto i znów nastukałem ponad 20km.

Alexandria na pierwszy rzut oka wydała mi się najbardziej europejskim ze wszystkich miast Egiptu, jakie dotąd widziałem. I pewnie tak jest, bo to miasto głównie uniwersyteckie, więc pełne studentów. Główny deptak nadmorski był po prostu nimi wypełniony. Sporo randek, romantycznych spacerów i siedzenia na nadmorskim murku i patrzenia w morze. A to oznacza, że lokalni naciągacze byli nastawieni na takich klientów – sprzedawali róże (pierwszy raz w Egipcie widziałem sprzedawców kwiatów!) i takie tam, a ja byłem totalnie ignorowany. Coś pięknego. Przez cały dzień nie zaczepiła mnie ani jedna taksówka, ani tuk-tuk. I nawet – również pierwszy raz w Egipcie – widziałem osoby uprawiające jogging! Co zabawne, studentki starają się łączyć stroje arabskie z zachodnimi – na głowie obowiązkowo chusta, ale na niej czapka z daszkiem, czapka kapitańska, francuski beret, a nawet kocie uszka – wyglądało to pociesznie 🤣.

Ale cały czar europejskości prysł, gdy odbiłem od morza i wszedłem w uboższe dzielnice. Moim celem było cmentarzysko – z częścią rzymską – według najnowszych teorii to tu został pochowany Aleksander Wielki – wolę nie myśleć jak przetransportowali jego ciało z oddalonej o kilka miesięcy azjatyckiej pustyni, gdzie dokonał żywota i ile z tego ciała po tej podróży zostało. Karta odkrycia UWO mówi o sarkofagu władcy i tego w sumie ani mi, ani archeologom nie udało się znaleźć, ale przyjmijmy, że jednak dotarłem tak blisko jak się dało i odkrycie sobie zaliczam.

Obok cmentarza rzymskiego rozciągał się ten nowszy islamski i znów była to najuboższa dzielnica miasta, z ludźmi mieszkającymi na grobach. I bieda tu była tak ogromna, że aż piszczała. A ludzie byli bardzo agresywni, domagali się ode mnie jałmużny i wsparcia – i to nie tylko umorusane dzieci, ale i kobiety – te dotąd mnie tu nie zaczepiały, widać aleksandryjskie były bardzo zdesperowane. Co ciekawe, cmentarz i pobliskie ulice był też miejscem gdzie pasło się kilka setek owiec, baranów i kóz. I to naprawdę setek. Żarły śmieci z usypanych ich stert, waliły kupska i szczały w takich ilościach, że ulice było całe jak w zaniedbanej oborze. Myślałem, że się już uodporniłem na widok biedy i nędzy, ale jednak nadal mnie to mocno przytłacza i przygnębia. Fakt, że ci ludzie są tak agresywni i nieprzyjemni trochę pomaga, bo dzięki temu aż tak nie jest ci żal tego wygłodzonego dzieciaka żebrzącego o kasę i możesz być na niego wkurzony zamiast zdołowany i przygnieciony poczuciem winy, że masz w życiu lepiej, a nie pomagasz. Tja.

Z gorszym już nastrojem wróciłem nad morze, szukać kolejnego oszukanego odkrycia – latarni morskiej, która kiedyś była dumą tego wybrzeża. I jak to zwykle bywa, została zniszczona przez trzęsienie ziemi. Od tamtej pory minęło kilka tysięcy lat, zmieniła się linia brzegowa, powstało trochę sztucznych falochronów i nikt nie ma pojęcia gdzie stała tamta starożytna. Ale jako że przeszedłem większy kawałek nadmorską promenadą, szansa, że byłem w pobliżu tamtego miejsca jest spora – i tym sposobem drugie oszukane odkrycie tego dnia zostaje mi zaliczone. A, znalazłem też odbudowaną Bibliotekę Aleksandryjską – w kształcie łączącym nowoczesność z przeszłością – taka futurystyczna wersja architektoniczna, ale z piramidami i arabskimi łukami. Nawet spoko.

Odkrycia #177 – #178

Z Alexandrii planowałem udać się dziś na Synaj, ale połączenie autobusowe było raczej kiepskie (wyjazd dopiero o 11 wieczorem i 10 godzin jazdy do rana), zmieniłem więc plan i wróciłem do Kairu na ostatnią afrykańską noc. I to była słuszna decyzja, bo autobus miał 2 godziny opóźnienia, utknęliśmy w Kairze w gigantycznym korku – przez godzinę dzięki temu podziwiałem widok na zachodzące nad piramidami słońce, na dachy dzielnic wyglądających jak po zbombardowaniu, tyle gruzu, syfu i sypiących się na dachach dziwnych dobudówek (pokłosie starego prawa podatkowego – za dom trzeba było płacić kiedy był skończony, więc nigdy nie kończyli budów, wiecznie coś na dachu stawiali i burzyli). Najgorsze było, jak utknęliśmy przy jednej ulicy ze 20 minut jadąc tempem ślimaka. Przez okno mogłem obserwować staruszkę bez nóg leżącą na ulicy twarzą do dołu i żebrzącą. Ktoś dał jej pieniążek, ktoś kawałek bułki. A jak zrobiło się ciemniej, przeczołgała się na chodnik na swoje legowisko – zapewne, by spędzić tam noc. Kalecy mają tu mocno przekichane. No, ale nic dziwnego, w kraju, w którym ponad połowa mieszkańców żyje poniżej poziomu ubóstwa, nie można liczyć na dobry socjal.

 

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne