Śpię oczywiście nadal przy otwartym oknie, bo nadal jest dość ciepło nawet w nocy i dziś zostałem za to ukarany – pogryzły mnie komary. Na szczęście długo po ich dziabnięciach nie swędzi, ale i tak budziłem się w nocy dobrych kilka razy. Mój autobus wyruszał o 8:45, miałem jakieś 20 minut drogi na dworzec (dworzec, haha, kawałek parkingu pod głównym mostem na Nilu, do którego dostęp jest tylko przez kilka bardzo ruchliwych skrzyżowań), ale wyszedłem godzinę wcześniej, bo już wiem, że przechodzenie przez ulice wydłuża mi czas transportu pieszego dwukrotnie 😝.
Dziś w planie był długi przejazd – według rozkładu 8-godzinny i jak nigdy dotąd – trwało dokładnie tyle, ile zapowiadali. Cel – najbardziej turystyczne miasto Egiptu – Sharm el Sheik na południowym cyplu Półwyspu Synajskiego, nad Morzem Czerwonym. A co, na koniec pobytu tu należy mi się trochę luksusu 😝. Geograficznie Synaj to już Azja, a konkretnie Bliski Wschód, a to oznacza, że dziś pożegnałem się z Afryką. Mimo iż Synaj należy do Egiptu, to wjazd na niego spełnia wszystkie kryteria przekraczania granicy kraju. Było sprawdzanie dokumentów, wysiadanie z busa, wykładanie bagaży na ladę, żołnierz sprawdzał zawartość i uczciwie przeszukiwał. Trwało to wieki, mimo że było nas tylko kilkanaście osób. Turyści byli obsługiwani ekspresowo, moje dokumenty i bagaże zajęły jakieś 5 minut. Skupiali się na swoich obywatelach – oni byli trzepani przez 20 minut. Wynika to zdaje się stąd, że północny Synaj nie do końca jest kontrolowany przez państwo – to bardzo niedostępny górzysty i pustynny labirynt opanowany przez terrorystów.
W końcu ruszyliśmy. Jeden typ z busa, taki z najdłuższą brodą, z nami dalej nie pojechał – został zapakowany do wojskowego wozu i nawet mocno z tego powodu nie protestował.
W końcu ruszyliśmy i z niecierpliwością czekałem, by rzucić okiem na Kanał Sueski, mieliśmy być też w zasięgu wzroku kolejnego odkrycia – Wielkiego Jeziora Słonego, gdzie nie tak dawno utknął kontenerowiec na kilka tygodni blokując całą trasę. A tu wtopa – wzdłuż kanału wysoki, 3- metrowy nasyp z dodatkowym murkiem na nim, a droga prowadziła tunelem pod spodem. Buuu. Dopiero, gdy odjechaliśmy jakieś 5 km, można było zobaczyć w oddali jakby cienką rzeczkę. Mówi się trudno. 20 km dalej – kolejna granica – tym razem z Gubernią Południowego Synaju. I znów wojskowi i znów celnicy – ale tym razem bagaży się nie czepiali, tylko sprawdzali dokumenty – i znów turyści sprawdzani w środku busa, niektórzy Egipcjanie wyprowadzani na zewnątrz. Ale i tak poszło sprawniej i mogliśmy wznowić drogę – a ta prowadziła 300 km na południe.

Mijaliśmy jeszcze kilka punktów kontrolnych, wszystkie wyglądały tak samo – baraki, punkt ambulatoryjne, meczet, stacja paliw, dookoła fort i wieżyczki ze stanowiskami broni maszynowej, ale tylko w jednym z nich komuś się chciało raz jeszcze sprawdzać paszporty. A potem przez samym Sharmem znów pełna kontrola z wysiadaniem i trzepaniem bagaży i dokumentów. Mocno się tu z tym bezpieczeństwem szczypią. Synaj zrobił na mnie dobre wrażenie – porządna pustynia z ładnym kolorem piachu, dużo gór, przez które nie widać było dróg na przełaj, gdzieś tam w tle majaczący największy masyw góry Synaj. I czasem po prawej stronie podjeżdżaliśmy do brzegu Morza Czerwonego – totalnie tu niezagospodarowanego, pusta plaża przez setki kilometrów. W którymś momencie pojawiło się tylko jedno miasteczko – chyba górników, bo obok na pustyni było aż gęsto od takich młotków pompujących – chyba tu wydobywają ropę?
W Sharm musiałem się opędzić od taksiarzy, nie chcieli uwierzyć, że mam zamiar przejść te 5 km do hoteli. Jeden był tak namolny, że jechał obok mnie przez jakiś kilometr aż dostał zjebkę, bo inaczej nie udało się go przepędzić. Wisienką na torcie dnia było spotkanie po drodze małego lisa – ale uciekł zanim mogłem zrobić mu zdjęcie 😭.
