Sharm El Sheik to miasteczko turystyczne na samym południu Synaju. Są tu tylko hotele, knajpy, sklepy i takie tam. Tubylcy też tu mieszkają, ale wszyscy pracują przy turystach – nie ma typowych lokalsów. Wszystko jest piękne, chodniki szerokie, ścieżki rowerowe, trawniki, palmy, drzewka i krzaczki, nie ma śmieci, gruzu i syfu. Nawet Egipcjanie mieszkają w ładnych osiedlach identycznych domków. Czyli taki na maksa oszukany i wyidealizowany Egipt – coś jakby jego disneyowska wersja. Ale, po tych dwóch tygodniach babrania się w brudzie „prawdziwego” Egiptu, jest to dla mnie miła odmiana, tego mi było trzeba. I oczywiście tu też oszukują, kantują i naciągają na maksa – i to na bezczelnego – dziś typ w sklepie zamiast 50 funtów usiłował mi wydać 50 groszy (tak, grosze mają też papierowe) – a kiedy mu to wytknąłem, udawał, że się pomylił. Sami złodzieje i szubrawcy i trzeba na nich uważać na każdym kroku.
Hotel mam tak jakby luksusowy, z basenem, saunami, spa i jacuzzi, a także prywatną plażą, do której dowozi z hotelu busik (teraz jest ok, ale w lecie nie da się tu przejść nawet 100 metrów – słońce usmaży, a wiatr z pustyni to jak suszarka ustawiona na maks gorąca dmuchająca w twarz). Co więc wybrałem? Oczywiście, że ponad 30 km spacer po okolicy 😝. Plaża bardzo spoko – na samym końcu miasteczka, zaraz przy parku narodowym i rafa jest tu piękna i jeszcze nie zadeptana. Przy brzegu znaczy jest całkiem martwa, bo tam za dużo ludzi przez lata chodziło, ale kawałek dalej (idzie się nad nią pomostem) jest już cała. A potem gwałtownie się urywa i zaczyna się kilkudziesięciometrowa głębia – z pionową ścianą rafy znikającą gdzieś hen w głębinach. I nie dlatego, że woda brudna – wręcz przeciwnie – bardzo czysta, przejrzysta i widać bardzo głęboko – nurków w pełnym sprzęcie hen hen gdzieś tam na dole jak widzianych z dachu wieżowca. I rybki. Tysiące kolorowych rybek wszędzie dookoła. Temperatura powietrza dziś 25 stopni, woda niewiele zimniejsza – nawet dla mnie w sam raz. Ale co z tego, skoro nurkować ani snurkować nie mogę – okulista zdecydowanie odradzał, strasząc obcą florą bakteryjną, z którą moje osłabione oczy mogłyby mieć spore problemy. Cierpienie moje z powodu tych wszystkich rybek, które oglądać mogę tylko przez szybkę – w tym przypadku przez taflę wody – było ogromne. Ale skoro w morzu w połowie grudnia byłem, to morsowanie mam chyba zaliczone? 😝
Zamiast torturować się patrzeniem na nieosiągalny podmorski świat ruszyłem więc na obchód miejscowości. I tak jak wcześniej pisałem – prawdziwe piękno tego kawałka świata tkwi pod wodą – tam toczy się życie, tam schowały się wszystkie kolory. Na powierzchni króluje piach, łyse góry w oddali, a jedyne fragmenty zieleni to miejsca, gdzie człowiek sztucznie użera się z całorocznym nawadnianiem. Czyli akurat w przypadku Sharmu jest takich miejsc bardzo dużo, ale gdy tylko kończy się miasteczko, zaczyna się pustynia.

Na siódmym zdjęciu są kwitnące azalie, a a ósmym – jukka.