Słowa te przechodzą mi z trudem przez gardło i w tym przypadku przez klawiaturę telefonu – to już dwa ostatnie dni wygrzewania się w ciepłych promieniach słonecznych, pora wracać do zimnej, śnieżnej i deszczowej Europy 😭. Wolałbym zostać w Egipcie i nadal cieszyć się temperaturami powyżej 25 stopni na plusie, ale niestety – raz, że wykorzystałem 3 tygodnie pobytu z 4, na które pozwalała mi wiza, a dwa – na okres świąteczny ceny hoteli idą tu gwałtownie do góry. Nie było wyjścia, wycisnąłem z tych dwóch ostatnich dni tu tyle, ile się dało – czyli wczoraj przeszedłem 20, a dziś 25 km 🤪. Dziś na dodatek w pełnym ekwipunku, bo z całym bagażem wybrałem się na lotnisko. O tym ile tysięcy taksiarzy usiłowało mnie po drodze zgarnąć nawet nie będę wspominał, ale o minach ochrony lotniska na widok szaleńca, który pieszo przyszedł od strony pustyni napomknę 🤪. Przeszukali mnie, ściągnęli nawet psa, który obwąchiwał moje rzeczy – a tym czasie na lotnisko wjeżdżał autokar pełen turystów, którzy takich atrakcji nie musieli przechodzić, tylko z zaciekawieniem obserwowali mnie przez okno.
Aha, a wczoraj moim celem były góry, ale kiedy dotarłem do nich, okazało się, że przejścia brak – u ich stóp leży lokalna wioska i została odgrodzona takim konkretnym murem, bez przejść ani przejazdów, za to z kamerami i żołnierzami z karabinami.
Mój lot miał być dopiero o godz. 22, z hotelu trzeba się było wymeldować w południe. Stąd spacer był dobrym pomysłem na zabicie czasu. Na lotnisku przed bramkami tylko jeden sklep z napojami – typ życzył sobie 100 funtów za coś, co zwykle kosztuje 10. To tak, żeby goście nie zapomnieli o złodziejskiej naturze Egipcjan i żeby ostatnim wspomnieniem z tego kraju było bycie okradanym w biały dzień. A nie, nie ostatnie, bo jeszcze przecież w kiblu nie było papieru toaletowego, bo sprzątacz go ukradł z każdego podajnika i usiłował sprzedawać potrzebującym. Ech, słońca mi będzie brakowało, mieszkających tu ludzi nic a nic. Ale jako że czasu miałem sporo, a na dodatek przyszedł właśnie sms, że lot opóźniony i tak o godzinę – to zrobiłem sobie wycieczkę na najbliższą stację benzynową – wyszło ponad 5 km w obie strony, ale ta sama woda kosztowała tam 16 funtów.
Siedzę teraz z powrotem na lotnisku i czekam na mój lot. Lecę do Mediolanu, zajmie to jakieś 5 godzin i będę gdzieś przed 3 rano. I czeka mnie noc na lotnisku, bo kolejny lot – do UK mam koło godz. 9. Zapowiada się więc męcząca noc z niewielką ilością spania i całkiem możliwe, że te 25 km za dnia nie były najlepszym pomysłem. Ale co tam 🤪.

Haaalo – tu się jakaś duża luka zrobiła od ostatniego wpisu!