Jeden z najtrudniejszych dni wyprawy już niemal za mną. Po pięciu godzinach doleciałem do Mediolanu i jak tylko otworzyły się drzwi samolotu, dostałem minusową temperaturą po twarzy. Biorąc pod uwagę, że w ciągu dnia miałem prawie +30, to różnica była kolosalna i zdecydowanie odczuwalna. Lot przebiegł za to w miarę spokojnie, było nas tylko 30 osób na pokładzie, można się było wykładać na siedzeniach, tyle że co chwilę były turbulencje i trzeba było siadać i się zapinać, więc nie pospałem. W Mediolanie na lotnisku też było bardzo zimno i też się spać nie dało. Znalazłem jakieś miejsce, gdzie przynajmniej mrozem nie wiało, ale ławki i tak były dziurawe, metalowe i zimne w dotyku, więc szybko robiło się nieprzyjemnie. Nie było wyboru, zamiast spać całą noc czytałem.

Kolejny lot z Mediolanu do Manchesteru był już niemal pełny, ale trwał tylko dwie godzinki. I tu już byłem tak padnięty, że połowę przespałem na siedząco. Do UK lecę spędzić Święta u kumpla – tyle że, gdy pisał mi adres kilka miesięcy temu, musiałem mieć akurat światłowstręt, bo zobaczyłem właśnie Manchester, a tak naprawdę mieszka w Winchester – pół wyspy na południe, prawie 500 km różnicy. I tam też kupiłem bilet, co zabolało, bo ten właściwy i to na ten sam dzień kosztowałby mnie 75 zł. I to bez przesiadki 😭. Ale nic to – Manchester i płynąca koło niego rzeka to odkrycia z UWO, więc też nie jest źle. Ale i tak pojawiły się kolejne problemy. Jest tylko jeden autobus dziennie między tymi dwoma miastami, ale był tak na styk zaraz po lądowaniu i najmniejsze spóźnienie albo gdybym poszedł na zły parking i by mi przepadł. Gdy tak się wahałem nad zakupem, cena biletu skoczyła dwukrotnie, a potem w ogóle zostały bilety wyprzedane. Kupiłem wobec tego na dzień kolejny.

Pociągi są tu strasznie drogie – i jakieś dziwne, bo kupuje się bilet na wszystko, nie można sobie wybrać małego odcinka, żeby wyszło taniej. I na dodatek na tydzień mojego przylotu zapowiedziane były strajki na kolei, więc może wcale by nie pojechał. A ceny noclegów to kolejne szaleństwo – prawdopodobnie z powodu słynnych na całe świat Manchesterskich Jarmarków Wigilijnych. Trochę się wobec tego wkopałem. Miałem jednak kilka dni na ogarnięcie tematu i zacząłem intensywną kampanię maltretowania couchsurfingowych gospodarzy o nocleg. Wysłałem ponad 30 zapytań, ale z zerowym odzewem, aż w końcu się udało – nocleg obiecała mi Polka. Tyle, że przez kilka zwlekała potem z podaniem adresu, a potem przestała odpisywać totalnie i do dziś nie wytłumaczyła swojego postępowania.
W ostatni dzień uratował mnie kolejny couchsurfer – Peter. Jedyny problem polegał na tym, że przyleciałem rano, koło godz. 11, a on wracał z pracy po 18, miałem więc do zagospodarowania cały dzień. Lotnisko było jakieś 20 km od samego miasta, zrobiłem więc jedyną sensowną rzecz, jaka mi przyszła do głowy – ruszyłem na piechotę 😂. I to bolało. Było zimno, gdzieniegdzie leżał jeszcze śnieg, ciemno, pochmurnie, a po jakiejś godzince zaczęło padać. Przemokłem okrutnie, a godziny czekania do wieczora wlokły się niemiłosiernie. W takich warunkach zwiedzanie miasta nie sprawiało frajdy, jarmarki były mało atrakcyjne, mimo kolędników, miliona stoisk i świateł, musiałem zamiast tego skupić się na przeżyciu. Ale udało się i jakimś cudem nie łapiąc przeziębienia, dotarłem do ciepłego mieszkanka Petera. Chwilę pogadaliśmy, ale jako że byłem po nieprzespanej nocy, dwóch 20+ km spacerach (po pustyni i po deszczu) i dwóch lotach, to szybko padłem.
Rano już nie kombinowałem, tylko tramwajem pomknąłem na lotnisko. O tej porze w środku było tylko kilku mocno pijanych imprezowiczów wracających z nocnych libacji. Za transport publiczny płaci się tu kartą kredytową/debetową – nie trzeba kupować biletów, tylko przy wsiadaniu i wysiadaniu odbija się na czytniku – nie mam pojęcia jak sprawdzają czy to zrobiłem, bo karty mi przecież nie zeskanują – ale grzecznie nie ryzykowałem, tylko zapłaciłem. Na lotnisku wskoczyłem w mój autobus i w strugach intensywnego deszczu ruszyłem w pięciogodzinną podróż na południe. Z krótkim postojem w kolejnym mieście – odkryciu UWO – Oxfordzie, ale lało tak okrutnie, że „zwiedzałem” je tylko przez okna autobusu.
