Znowu uciekł mi tydzień – spędziłem go w tym samym miejscu, co poprzedni, w Winchester w południowej Anglii. Osiadły tryb życia zasuwa jak oszalały, podobne do siebie dni zlewają się w jedno mgliste wspomnienie i jest zupełnie inaczej niż podczas moich poprzednich kilku miesięcy, gdy każdy niemal dzień przynosił inne wrażenia, widoki i emocje. I to na swój sposób też jest fajne 😅. Każdy dzień zaczynam od dłuższego spacerku z psem – bestia była rozleniwiona, więc zaczynaliśmy od kilometrowych odcinków, każdego dnia zwiększając dystans. Dziś wbiliśmy już 9 km i musiałem łajzę nieść przez jakieś 15 minut. Ale jak się okazało po powrocie, gdy magicznie wróciły mu siły i jak szaleniec ganiał po schodach w górę i w dół – symulował. W nagrodę jutro dostanie odcinek 10 kilometrowy 😜.
Pogoda tu nie rozpieszcza – pada prawie codziennie, z krótkimi okienkami na mniejszy dreszczyk albo wyjątkowo czyste niebo. Któregoś z poprzednich dni trafił się też prawdziwie słoneczny poranek i wybrałem się wtedy z psem na moczary. Droga była genialna, prowadziła wzdłuż niesamowicie czystego strumyka, wśród pól, łąk i lasów, wokół mnóstwo ptactwa – białe czaple, strzyżyki (po angielsku zwane wren – malutkie, szybkie, z ogonkami postawionymi pionowo do góry), kosy i sroki. I wąska, błotnista ścieżka wijąca się wzdłuż wody. Gdzieś trzeba było przejść przez bramkę czyjegoś pola, gdzieś tunelem pod autostradą – zupełnie jak na hiszpańskim Camino! Na końcu trasy wyszliśmy na przykościelnym cmentarzu z zabytkowymi nagrobkami i stroikami świątecznymi na tych nowszych. Chwilę odsapnęliśmy i postanowiłem wracać tą samą trasą, jako że tak mi się spodobała. Cofnąłem się do bramki cmentarza, a tam… caminowa strzałka i napis Camino Inglese – ha, okazało się, że jak zwykle przypadkiem trafiłem na kolejny odcinek mojej trasy – nie można się przed nią ukryć najwidoczniej nigdzie. Albo przyzywa mnie i jakoś zawsze na nią trafiam 😜. Zacząłem się baczniej przyglądać w Winchester i faktycznie – trasa prowadzi koło tamtejszego kościoła – czyli chodziłem nią już tu wcześniej kilka razy, nie zauważając strzałek 😀.
Dobra wiadomość jest taka, że zostaję w UK już tylko niecały tydzień, zła taka, że lecę do Chełma – czyli nadal nie będę miał nic ciekawego do pisania na blogu. Ale druga dobra wiadomość jest taka, że to nie jest jeszcze koniec tej podróży – po kilku dniach w Polsce (tydzień – dwa) ruszam na ostatni etap i może znów będzie o czym tu poczytać 😀.
