Londyn bez deszczu da się lubić

Po 12 godzinach spania w suchym i ciepłym miejscu obudziłem się w pełni zregenerowany, ale tym co naprawdę dodało mi sił był widok za oknem – przestało padać! I jak się okazało – nie padało aż do wieczora, więc drugi dzień w Londynie mogłem przeznaczyć na nie zmącone bólem mokrego istnienia zwiedzanie. Raźnym krokiem ruszyłem najpierw w kierunku dzielnicy Camden. Kiedyś była to najbardziej zbuntowana, anarchistyczna i punkowa część miasta, dziś niestety dała się pożreć komercji i sprzedała się ustrojowi. Nadal są tu oczywiście zakłady z tatuażami, fikuśną bielizną, czy ćwiekowanymi butami – ale zniknęły małe sklepiki z używanymi grami, księgarenki i takie, a w ich miejscu stoją Tesco i McDonald’sy – turyści wolą takie atrakcje i miasto im ich dostarcza. Przynajmniej trasę znalazłem sobie ciekawą – z dala od dużych ulic, wzdłuż ściany zoo i wzdłuż londyńskich kanałów, ze słonkiem od czasu do czasu nawet wychylajacym się zza chmur.

Głównym celem wyprawy było jednak kolejne muzeum – Muzeum Brytyjskie. Największa na świecie prezentacja łupów zdobytych na innych narodach. A że Brytyjczycy u szczytu potęgi byli prawie wszędzie – skarby też są z calutkiego świata. I naprawdę jest ich tyle, że można tu spokojnie zwiedzać i dwa dni. Wejście jest darmowe, aczkolwiek szatnia znów płatna – i tu liczą od wagi zostawianego bagażu – tym razem wyszło mi 5 funtów. Ale było warto. To nie muzeum obrazów, ale artefaktów – są tu greckie świątynie (tak, całe 😃), egipskie mumie, stroje samurajów, rzeźba z Wyspy Wielkanocnej (którą właściciele od lat próbują na drodze legalnej odzyskać – zresztą, procesy i dyskusje toczą się na temat sporej części zbiorów), tablice z pismem klinowym z Babilonu, chińska ceramika, perskie płaskorzeźby, hełmy wikingów, kilkunastometrowe totemy indian kanadyjskich i niemal wszystko co przychodzi do głowy, gdy myśli się „skarb”. Jeśli było to mniej więcej nadające się do załadowania na statek, Anglicy to pakowali i wieźli do domu. Piramidy na ten przykład były za duże 😃.

Odkładając na bok temat legalności pozyskania eksponatów (uczciwie ukradzione uczciwie napadniętym i podbitym prymitywniejszym cywilizacjom), trzeba przyznać, że kolekcja robi niesamowite wrażenie. Miałem tu do zgarnięcia 11 odkryć z UWO, udało się zdobyć 10 – Kamień z Rosetty był akurat na innej tymczasowej wystawie. Na plus muzeum jest to, że przedmioty są z całego świata – jeśli znudzi wam się grecka wystawa w Grecji – masz pecha 😜, tu idziesz na inne piętro i jesteś wśród zabytków z Indii, Australii albo z Chin. A wszystko pierwsza klasa. W Turcji zwiedzałem ruiny Halikarnasu – tam były tylko fundamenty i trochę gruzu. Rzeźby i płaskorzeźby, z genialnym wielkim koniem ze szczytu tamtego mauzoleum – zobaczyłem dopiero w Londynie. W Atenach w Parteonie brakuje rzeźb i płaskorzeźb, bo są wystawione tu – i nawet zainscenizowane w formie całej ściany świątyni. To samo z Doliną Królów w Egipcie – a to tylko z miejsc, które odwiedziłem 😃. Sporą frajdę sprawiły mi też skarby lokalne – angielskie – z czasów Rzymu, Celtów, Wikingów, Normanów i Saksonów – stara historia wysp jest całkiem fascynująca. Na równi z tym wciągnęły mnie zbiory z Babilonu – najstarsze tabliczki z tekstem pisanym, mapy świata i gwiazd, traktaty matematyczne, gra planszowa z Ur sprzed 4500, to której zachowała się nawet instrukcja. Tabliczki z opisem wielkiej powodzi, która zalała świat, z której uratował się tylko gostek któremu bóg kazał zbudować arkę i zabrać na pokład po parze zwierząt. I tu znów robi się trochę mało sympatycznie dla naszego kręgu religijnego, bo okazuje się, że starotestamentowa wersja Arki Noego jest plagiatem wcześniejszej babilońskiej wersji – aż do poziomu rozmiarów statku – gdyby to była praca magisterska – nie zostałaby uznana jako zbyt bezczelna zżynka i to bez podania źródła – ups.

Po prawie 4 godzinach w muzeum, trochę już pod koniec goniąc po ostatnich salach, w końcu znów wyszedłem na światło dzienne. Ale jako że już go za dużo nie było (kto to widział żeby dzień kończył się o 16, niech te dni wydłużają się szybciej!), niemal biegiem ruszyłem na wschód. Zdążyłem zobaczyć twierdzę Tower, Bazylikę św. Piotra, most Tower, London Bridge, ale pod Oko Londynu i parlament z wieżą Big Bena dotarłem już po zachodzie. Jeszcze trochę się pokręciłem, ale robiło się ciut zimnawo. Lot do Polski miałem dopiero rano, ale pojechałem na lotnisko Luton koło godziny 20. Byłem jedynym pasażerem autobusu i chyba się w nim jakąś godzinkę zdrzemnąłem. Potem była jeszcze cała noc czekania i o 6 rano siedziałem już na pokładzie.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne