Jakieś dwa tygodnie temu temperatura na Kanarach spadła w końcu poniżej 20 stopni (w nocy i wyniosła masakryczne +19). Mój organizm stwierdził, że w takich warunkach on nie umie funkcjonować i czas umierać. I zafundował mi jakieś paskudne choróbsko. Na dobry początek na dwie doby zmogła mnie porządna gorączka, z klasycznymi u mnie na tą okoliczność majakami – aczkolwiek tym razem nie męczyły mnie zwyczajowe liczby i literki, ale kamienie. Majaki u mnie polegają na niesamowicie męczących przez swoją nudę snach – czy to upiorne dodawanie liczb, czy jak w tym przypadku chodzenie po kamieniu. W kółko po tym samym, przez wiele godzin i z pełnym zapamiętywaniem snu – słowem tortura na całego. Nie miałem sił wstać, wybudzałem się co 10 minut i telepałem z zimna. Apetytu było zero, a próby wmuszenia w siebie czegokolwiek pokazały, że poza apetytem straciłem też zmysł smaku. Trzeciego dnia majaki się skończyły, a zaczęły się bardzo realistyczne sny o topieniu – bo akurat wtedy zacząłem faktycznie mieć problemy z oddychaniem. Ataki kaszlu były tak intensywne i długie, że z braku tlenu robiło mi się ciemno przed oczami. Trzymało mnie to draństwo ponad tydzień, nadal zresztą kaszlę, ale już tak bardziej sporadycznie. Do tego totalne osłabienie, wyprawa zakupowa z górki i powrót na nią zajmowała mi trzy razy więcej czasu niż do tej pory i każdą taką „wyprawę” musiałem odespać. Nie było więc mowy o zwiedzaniu wyspy, tyle że załapałem się w Las Palmas na protesty uliczne – kilkaset osób maszerowało wspólnie w różnych intencjach – główną siłę stanowiły kobiety protestujące przeciwko „violante machismo”, czyli hiszpańskiemu typowi mężczyzn macho tłukących nagminnie swoje kobiety. Były też flagi antyrządowe (socjaliści zostali przy władzy dogadując się z separatystami katalońskimi), LGBT i palestyńskie.
W środku mojej choroby właścicielka mieszkania rozpoczęła kolejną fazę wywierania na mnie presji i stwierdziłem, że dojrzałem już do decyzji, żeby tą współpracę zakończyć. Dziś w południe zdałem mieszkanie i w promieniach słońca (+26 stopnie) ruszyłem z moim dobytkiem w kierunku lotniska. Nadal sponiewierany chorobą, więc już samo zejście z górki z 30 kg ładunku było jednym z większych logistycznych wyzwań jakie sobie dotąd zafundowałem 😃. W zimie nie ma z Gran Canaria bezpośrednich lotów do Polski, musiałem więc podróż rozłożyć na raty. Piszę te słowa z lotniska Londyn Luton, jest północ, a lot do Polski mam o 6 rano. Bolesne było już samo wyjście z samolotu – z moich ust po raz pierwszy od wielu miesięcy wydostała się para wodna – zimno! Długie spodnie strasznie mnie denerwują, skarpetki na nogach ograniczają, zamknięte buty nie dają przewiewu, trzy warstwy ubrania to jakiś horror – po tylu miesiącach codziennego życia w lecie, pogodzenie się z istnieniem innych pór roku nie przyjdzie mi łatwo. Z ciekawostek – właśnie sobie zdałem sprawę, że i w zeszłym grudniu pożegnanie z tropikami i pierwszy kontakt z zimą miałem w UK – wtedy to był lot z Egiptu do Manchester i tam zalegał śnieg – więc w sumie w tamtym roku szok termiczny był większy. No nic, teraz jakoś przetrwać te kilka godzin nocy na lotnisku i w dalszą trasę!

Witamy w Polsce 😛
A co teraz się dzieje?
wokół domu sobie postaw płot z kaktusów :P, Wesołych świąt !
Ehe, ehę. Czas na nowy wpis…
Może będzie na sylwestra, – Tomb Raider – ? 😛
ja grałem w inną grę 😛
A w jaką? 🙂 Ja grałem w chlanie, ale kulturalne :p
juz nie pamiętam, albo LOTRO albo STO 🙂