Wracamy wspomnieniami te trzy tygodnie wstecz – ku przypomnieniu – ostatnio widzieliśmy się na londyńskim lotnisku i zaczynało się całonocne czuwanie przed porannym lotem. Nocka była (nie)zaskakująco zimnawa – znalazłem sobie tą samą ławeczkę, co w zeszłym roku (tyle, że rozmontowali gniazdko ze ściany, którym wtedy się wspomagałem) (w sumie bez różnicy, tym razem nie miałem ze sobą przełączki na angielskie zasilanie i tak). Grubo przed wschodem słońca zgarnąłem moje majdany i ruszyłem w stronę bramki odlotowej. I bardzo dobrze, że zrobiłem to jak tylko ją otworzyli, bo nie obyło się bez problemów. Podróżowałem z dwoma nadawalnymi bagażami do 15 kg – plecak i komputer. Bilety kupowałem jak zwykle przez Kiwi – i po raz pierwszy od kilkudziesięciu kupowanych u nich lotów – zaliczyli skuchę. Na bilecie zamiast kupionych przeze mnie dwóch bagaży był jeden – 30 kg. Babka na bramce nie chciała negocjować i odesłała mnie do punktu obsługi, który szczęśliwie mimo chorej godziny (jakoś 3 albo 4 w nocy?) był już czynny. Kolejna babka w okienku też nie chciała negocjować i stwierdziła, że jedyne rozwiązanie to dokupić drugi bagaż, który za 1,5 godziny lotu kosztował -bagatelka- 110 funtów, czyli jakieś 570 zł. Za tyle to można na drugi kontynent polecieć, ale cóż było robić – zabuliłem. Poprosiłem tylko o wysłanie mi faktury na maila i coś mnie tu tknęło i poprosiłem, żeby mi przeczytała jakie ma moje dane w systemie – oczywiście mail był tam nie mój. Podyktowałem jej właściwy i wróciłem do bramki. Zrobiła się tu tymczasem ogromniasta kolejka, ale jako że czasu było już nie tak dużo, olałem ją i omijając wszystkich podszedłem do babki, która obsługiwała mnie wcześniej. I nie był to koniec atrakcji 🙂. Babka zapytała, co mam w pudle, na co odparłem – komputer. Na co ona poprosiła, żebym go wypakował. Byłem już tak zmęczony i przytłoczony problemami, że nawet mnie to mocno nie ruszyło 🙂. Mówię jej, że nie da rady, bo cała paczka to komputer. Nie potrafiła tego przyswoić, aż w końcu coś jej w głowie zaskoczyło i mówi – ale jak, to nie laptop, tylko ten wielki stacjonarny komputer? Ja mówię – no tak. A ona – ale my chyba nie możemy czegoś takiego transportować. Ja mówię, że mam za sobą dwa loty z tym komputerem, w tym jeden kilka godzin wcześniej. Babka na to, że w takim razie muszę wymontować baterię. Przez moment nawet rozważałem wymontowanie zasilacza, ale nie miałbym tego potem jak ponownie ostreczować i zabezpieczyć, a już na pewno nie miałem na to czasu i sił przed zbliżającym się odlotem. Babka poszła gdzieś na zaplecze szukać szefostwa. Wróciła kilka minut później dokształcona i mówi, że faktycznie można wozić komputery, nie można tylko sprzętu z bateriami – zasilacz działa tylko podczepiony do prądu, więc do tej kategorii się nie zalicza. Uff. Ale żeby nie było za łatwo, kazała mi i kompa i plecak dotargać do okienka sprzętów niewymiarowych, które jak się okazało, było chyba z pół kilometra dalej. Tyle mojego, że przynajmniej mnie to wszystko rozgrzało 😀.
Fakt, że moje miejsce w samolocie miało jako jedyne nalepkę „DO NOT USE” nawet mnie już mocno nie zaskoczył 😀. Pierwszy raz coś takiego widziałem, ale stopień pogodzenia z rzeczywistością miałem już na tym poziomie, że tylko mnie to rozbawiło. Aczkolwiek w sumie wyszło mi to na dobre, bo gdy oprotestowałem u obsługi, zostałem zaprowadzony do rzędu przy środkowych drzwiach i tam usadzony. I tak w pełnym zatłoczonym samolocie, miałem trzy siedzenia tylko dla siebie, dodatkowo z miejscem na nogi tyle, że mógłbym się tam położyć. Pierwszy raz po ponad stu lotach siedziałem na drzwiach – i po raz pierwszy obsługa robiła mi przed startem szkolenie z ich otwierania. Podobno zawsze ten, kto tam siedzi, ma takie szkolenie – w przypadku usłyszenia hasła przez głośniki albo od obsługi (chyba w tym przypadku było to trzy razy pod rząd powtórzone ’emergency’😉 miałem drzwi otworzyć i ewakuować się jako pierwszy. W przypadku, gdyby obsługa i pilot zginęli przede mną, miałem decyzję o ich otworzeniu podjąć samemu. Spora odpowiedzialność i podszedłem do tematu tak poważnie, że całą drogę nie spałem 😀. Szkolenie nie przydało się i dolecieliśmy bez problemów. Już nad wschodnią Polską przez okno zobaczyłem biało-bure kolory – pola skute lodem i szare miasta z dymami z kominów. W Lublinie też zalegało sporo śniegu – byłem oficjalnie z powrotem w zimnych krajach. Potem już tylko dwa pociągi i dojechałem do rodzinnego Chełma. Przez ostatnie tygodnie roku 2023 chorowałem (w sumie tak, żeby mi nic nie dolegało i nic nie bolało to wczoraj był taki pierwszy dzień). Odwiedziłem okulistę – ku memu zaskoczeniu nie muszę zmieniać szkieł w okularach – myślałem, że mi się wzrok popsuł, a fakt, że co jakiś czas wizja mi zachodzi mgłą, spowodowany jest faktem, że oczy reagują na zmiany ciśnienia atmosferycznego w ten sposób. Czyli po kilkugodzinnym śnie i resecie ustawień systemowych wzrok wraca do normy. Lekarz rodzinny stwierdził zwykłą infekcję, osłuchał i mimo że przez prawie miesiąc codziennie wypluwałem płuca, nic specjalnego tam nie znalazł – naszprycował mnie tylko lekami, które w sumie i tak nic nie dały. Poza tym normalka – Święta, Nowy Rok, zimno, tuczenie, choinka, kupno kolejnych (czterech) lotów na 15 stycznia – normalka. A tak, już za niecałe dwa tygodnie porzucam zimno i uciekam do ciepłych krajów – na razie mam plan spędzić przynajmniej miesiąc na pewnej ciepłej wyspie, a potem się zobaczy. Póki co, żeby się tam dostać muszę skorzystać z komunikacji naziemnej, morskiej i lotniczej, więc sama podróż będzie już przygodą 😀. A po miesiącu albo posiedzę tam dłużej, albo poszwendam się po okolicy. Póki w okolicy Polski zimno – raczej nie wrócę. Tak czy siak – znów tu powinno się coś zacząć dziać relacjonatorsko. Czego i sobie i wam życzę 😀. Ale póki co – dwa najbliższe tygodnie to nadal obijanie się, więc do czytania nie będzie nic.

Nic ciekawego się nie dzieje to i w komentarzach pustka 😛
Co to? Urlop od niusów? Do roboty! Pisać, pisać, relacjonować…
Proszę bardzo 😃
na bogato tych leków zakupiłes, akurat na miesiąc moze wystarczy 😀