Czas powrotu do Seulu. A to oznacza godzinny spacerek na dworzec, godzinę czekania na autobus, trzy godziny jazdy przez naprawdę fajne góry, godzinę jazdy metrem i kolejną godzinę spacerek + czekanie na zameldowanie i już byłem na miejscu. Pikuś! Do Seulu pożegnać mnie wpadł mój kumpel Kim i ruszyliśmy na podbój miasta. Znów było sporo luksusowego żarcia – obowiązkowe koreańskie grillowanie – świniak, pędy fasoli, kapusta, wodorosty, popijane równie obowiązkowym soju. Potem jeszcze jakieś dojadanie na stoiskach street foodu, wieczorem znów grill – tym razem z kurczakiem. Po drodze załapaliśmy się też na festyn nad rzeką. Most został zamknięty dla ruchu, tysiące ludzi na brzegach i na moście, pokazy łodzi, skuterów, występy gwiazd k-pop, jakieś konkursy, wzdłuż mostu zamontowane karabinki wodne lały wodę jak największa fontanna świata, sztuczne ognie. W którymś momencie wszyscy usłyszeli dźwięk telefonów i tysiąc ludzi zgodnie sięgnęło do kieszeni. Dostaliśmy kolejny alert – Północna Korea znów wysłała balony z kupskiem i śmieciami – i były widziane nad terenem festiwalu. Alert zachęcał do pozostania w domach, ale nie zauważyłem, by ktokolwiek z uczestników festiwalu spakował się i wyszedł, więc i ja zignorowałem. Nalot Północnej Korei to już i dla mnie chleb powszedni, trzeci czy czwarty raz w ciągu tygodnia i zaczyna się nudzić 😝. Ale tym razem mam screenshota! Kim pojechał w końcu do domu, a ja doczłapałem do schroniska i po atrakcjach dnia usnąłem niemal natychmiast, więc wpis wyjątkowo skromny, wybaczcie 😅.

Obieżyświecie żyjesz? Już kilka dni bez wpisu 🙂
skoro ostatnie żarcie to pewnie jakiś post ma albo się głodzi