Lenistwo na tropikalnej wyspie

Jak coś, to nadal żyję, tyle że wylądowałem na wakacyjnej filipińskiej wyspie i zacząłem wypoczynek pełną gębą – roboty, znaczy się nieróbstwa tyle, że nie ma czasu na bloga 😅. No, ale dobra, skoro już tyle osób wyraziło zaniepokojenie brakiem wpisów, to nadrabiam, cofnijmy się o te kilka dni wstecz, do ostatniego dnia w Seulu.

Z hostelu zostałem wykopany o 11 rano, a lot miałem dopiero o 21, więc przez lepszą połowę dnia pałętałem się po stolicy. Znalazłem w końcu sklep z używanymi gierkami – mają głównie japońskie, ale i koreańskie wersje – ceny ciut wyższe niż na Tajwanie, ale wybór lepszy. Nie ma niestety nic naprawdę starego, PC, PC-98 itd. – to chyba tylko w Japonii już można znaleźć, ale sporo gierek na PS2 i PS1 mieli jak najbardziej. I standardowo – sklepy z figurkami i wszystkim, co związane z anime. Ale ciekawostka – w przeciwieństwie do Japonii, tutaj wszystko ugrzecznione, zdaje się, że mają dość surowe przepisy w tym względzie, więc hentajowego nic się nie uświadczy.

Trzema pociągami dojechałem z przesiadkami na lotnisko (miałem czas, więc wybrałem wariant budżetowy) i zgodnie z rozkładem zapakowałem się do samolotu. Przede mną były cztery godziny lotu – jak się okazało, jednego z gorszych w życiu. Niemal co chwilę turbulencje, przez cały lot ani razu nie zgasły światełka „zapnij pasy”, do kibelka też nie pozwalali chodzić. Telepało porządnie, często i brutalnie. Miałem tego już poważnie dość – choć pocieszałem się, że na promie w Tajwanie było dużo gorzej, w samolocie nikt nie wymiotował, cierpieliśmy w ciszy i z godnością, krzyków też nie było. Mapka pogodowa przed wylotem mówiła, że na docelowym lotnisku w Cebu czekała będzie na mnie burza z piorunami, ale ktoś tam na górze uznał, że wycierpiałem się przez drogę wystarczająco i zesłał cud – chmury się rozeszły i samo lądowanie obyło się bez turbulencji. Tyle co do ostatniego momentu ostro machaliśmy skrzydłami na boki i nie byłem pewien czy w ostatniej chwili nie poderwiemy się znów do lotu i przedłużania katorgi. Ale nie, lądowanie było z przytupem, aż przydały się pasy, ale bez przechyłu. Byłem znów w Filipinach!

A nie, jeszcze jednak nie, nie mogłem się jednak jeszcze nacieszyć świeżym powietrzem, bo trzeba było odstać ponad godzinę do odprawy paszportowej – lubią tutaj biurokrację – aczkolwiek moja odprawa, jak już się jej doczekałem, poszła sprawnie. Mimo że musiałem ostro kłamać – pierwszy raz kupiłem coś, co się nazywa fachowo dummy ticket – przy wlocie na teren Filipin trzeba zaprezentować bilet na wylot, z datą nie późniejszą niż miesiąc od dziś. I złośliwie nawet najtańsze bilety w tym terminie były nieprzyzwoicie drogie (poprzednim razem znalazłem tani do Hong Kongu), zaryzykowałem więc i skorzystałem z usług stronki sprzedającej pół-fałszywki. Wybiera się dzień i trasę, wpłaca 30+ zł i po kilku godzinach na poczcie ląduje potwierdzenie zakupu biletu. Które aktualne pozostaje przez 24 godziny i podobno sprawdzanie w bazie przewoźnika potwierdza zakup. Potem pośrednik lot anuluje, z jakiegoś powodu (podejrzewam zmowę z liniami, którym odpala jakiś procent) nie tracąc na tym. Mój dummy ticket okazał się ciut inny niż planowałem – na dwa loty, z przesiadką na Tajwanie i docelowo do Hong Kongu. W sumie to i lepiej, bo kiedy oszukiwałem kolejne służby celne, miałem dłuższą historię do opowiedzenia z tymi przesiadkami, a przy blefowaniu, jak się nauczyłem od Sheldona Coopera, ważne są wtrącane szczegóły 😃. W każdym razie – bilet został sprawdzony w systemie dwa razy, nie zostałem deportowany ani aresztowany, więc było to opłacalne ryzyko. Byłem znów na Filipinach!

Zaraz po wyjściu z lotniska, a było już po 2 w nocy dostałem w twarz gorącym podmuchem powietrza. Po miesiącu w Australii, Tajwanie i Korei zapomniałem jak się poci w tropikach. A poci się całym ciałem – koszulka jest mokra nie tylko pod pachami, ale caluteńka. A nie był to bynajmniej koniec podróży. Jako że autobusy nie jechały aż do rana, a taksiarze ocenili mnie na milionera i domagali się za kurs tyle, co dałem za lot z Seulu, ruszyłem w noc pieszo. Gdzieś w dali cały czas tłukły pioruny, parówa niesamowita, trochę ciemno – ahoj przygodo! Z wyspy lotniska do głównego lądu przeszedłem długim mostem, potem kręciłem się trochę podejrzanymi zaułkami, zaatakowany zostałem przez grupki psów tylko trzy razy i dwa razy obeszło się na odpędzeniu ich krzykiem, tylko raz doszło do rękoczynów (ale na luzie, miałem kijaszek i raz musiałem go użyć), więc ogólnie spacer bardzo przyjemny. W połowie drogi do dworca, po jakichś 6 km, dotarłem do głównej trasy i tam zauważyłem stojący akurat na czerwonym świetle rozklekotany busik. Rzut okiem na napis – tam, gdzie chciałem jechać! Zapakowałem się do środka – mają tu system, że kierowca jest od kierowania, a bilety sprzedaje drugi typ – kupiłem od niego mocno tani bilet i ruszyliśmy w noc. Autobus bardzo ciasny, malutki, niewygodny i zapchany. To była osobówka jadąca przez całą wyspę (ponad 3 godzimy) i podrzucająca zatrzymujących ją ludzi do następnego miasteczka albo wioski. Spać się nie dało, ale chociaż przewiew był, bo okna pootwierane. Koło 4 rano na ulicach był już szalony ruch – chyba większy niż za dnia – a wschód nastąpił dopiero gdzieś koło 6. Mocno już padnięty wysiadłem w porcie i poszczęściło mi się, bo następny prom był za 15 minut (pływają co 2-3 godziny). Na promie ledwie kilka osób, płynie się godzinę, nic a nic nie bujało – morze gładkie jak nigdy. Potem już tylko spacer do domku kumpla i mogłem rozpocząć słodkie nieróbstwo. Ale o tym opowiem w następnym odcinku, pewnie za jakiś tydzień 😅.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne
sirPaul

w wolnym tłumaczeniu: Głodówka skończona, pieniądze na żarcie się znalazły 😛

Gagarin

Co to, nie można tyle leżeć, bo odleżyny 😛 do roboty do pisania 😛

GodOfWar

Dawno narzekane nie było, że brak wpisów. Bo wpisy regularne były. A teraz nie ma…