Intensywny start

Z emocji nie mogłem długo zasnąć, zmógł mnie dopiero deszcz, który rozpadał się grubo po północy. Pół godziny później znów nie spałem, bo swój poranny koncert rozpoczęły ptaki. Zamknąłem okno i zdałem sobie sprawę, że pod namiotem takiej opcji wygłuszania mieć nie będę 😃. Rano obudziło mnie całkowicie błękitne niebo i nie miałem już wymówek – dopakowałem plecak, pożegnałem rodzinkę i ruszyłem w świat.

Słoneczko przyświecało, ale temperatura była tylko w granicach kilkunastu stopni, potrzebna więc była bluza. I bardzo dobrze, bo taka pogoda jest wymarzona do marszu. Dodatkowo bluza chroniła biedne ramiona, bo plecak mam rekordowo ciężki – z wodą i prowiantem prawie 14 kg. Tak brutalnie siebie dotąd nie traktowałem, zobaczymy czy da się czegoś pozbyć, bo w tej chwili po całym dniu siedzę straszliwie obolały, nigdy aż tak nie miałem 😱.

Moim pierwszym punktem kontrolnym jest Okuninka nad Jeziorem Białym. Najkrótsza droga prowadzi trasą włodawską, ale to wąska, intensywnie użytkowana droga bez pobocza dla pieszych – czyli w zasadzie samobójstwo. Droga okrężna prowadzi nad Bugiem, wydłuża się do prawie 70 km – ale tej chciałem uniknąć – Bug to rzeka graniczna, gdzie zbyt wiele się teraz dzieje – obdartus z plecakiem za bardzo budziłby tam sensację. Znalazłem na mapie trasę środkową, na jakieś 50 km – przez w większości niezamieszkałe lasy i bagna, z których słynie Polesie. Po wielodniowych ulewach co prawda sporo było tam błota i całkowicie zalanych ścieżek, ale z trojga złego, to było najbardziej akceptowalne. I pierwsze 20 km bardzo mi się podobało, mimo ciężaru i niewyspania szło mi się wyśmienicie, kilka razy musiałem zmieniać plany i obchodzić rozlewiska albo wycinki, ale nie były to jakieś straszne straty. W którymś momencie jednak mój żółty szlak odbił od głównej trasy i wszedł centralnie w krzaki. Niechętnie doczepiłem nogawki do krótkich spodenek i zacząłem się przedzierać. Jeden, drugi, trzeci kilometr przez coraz wyższe pokrzywy i kłujące jeżyny, ogromne kałuże i zwalone w poprzek symbolicznej ścieżki konary. Ale na drzewach wciąż kierowały mnie znaki, więc brnąłem dalej. Aż dotarłem do rzeki, gdzie czekać miał na mnie most. Ale mostu już nie było, zostały jego smutne resztki. Strome, zarośnięte zbocza nie zachęcały do schodzenia do rzeczki, mętna woda, w której nie było widać dna, tylko szybki nurt i mnóstwo zielstwa niemal gwarantowały wywrotkę i zamoczenie po głowę z całym dobytkiem przy próbie forsowania. Nie było wyjścia, trzeba było zarządzić odwrót. Pocieszyłem się tylko tym, że nawet gdyby mostek był cały, to prawdopodobnie składał się z jednej zbutwiałej, wąskiej deski, więc mój błędnik i tak nie pozwoliłby mi na niego wejść i by mnie pokonał. A tak mogłem zawrócić z dumnie podniesioną głową – siła wyższa 😃.

Po konsultacji z mapą sytuacja okazała się mocno niewesoła – musiałem wybrać jedną z dwóch pozostałych tras i pogodzić się z faktem zmarnowania kilku godzin. Na całe szczęście nie biorę udziału w wyścigu ani dajmy na to operacji wojskowej przewidzianej na trzy dni, więc w sumie nic się nie stało. Wybór między pewną śmiercią pod kołami pędzących ciężarówek a podejrzliwymi spojrzeniami tubylców był też w sumie łatwy – skręciłem ku granicy.

Po jakimś czasie wynurzyłem się z lasów i wzdłuż Bugu ruszyłem na północ. Tereny te są bardzo ciekawe historycznie – mijane wioski mają tysiącletnie historie – taki Uhrusk był stolicą rosyjskiego księstwa Daniela Romanowicza 800 lat temu, a inny Bytyń zamieszkany był już od 2300 lat, od epoki brązu. Bug zawsze był niezłą strategicznie przeszkodą – zwłaszcza na tym odcinku, bo ma tu spore skarpy, stąd tyle historii. Dziś też jest częścią tworzącej się historii, bo jakieś 20 km stąd zaczyna się granica z Białorusią, która jest obecnie gorącym punktem zapalnym. Ale mogę was zapewnić, że możemy spać spokojnie, bo nasze służby pilnie jej pilnują. Byłem zatrzymywany trzykrotnie przez trzy różne grupy mundurowe, przesłuchiwany, legitymowany, sprawdzali też w komputerze pokładowym moje zeznania – włącznie z zadeklarowanym moim adresem zamieszkania. Zwykle zaczynało się dość ostro, ale na dźwięk mojego polskiego łagodnieli, a na informację, że jestem lokalsem z Chełma, płynnie przechodzili do żartów i plotkowania 😃. Trzecie spotkanie było najśmieszniejsze, byłem już wyluzowany, bo już wiedziałem o co chodzi i o co będę pytać, więc jak koło mnie zatrzymało się auto, od razu zacząłem nawijać odpowiedziami. Jeden z nich (ci chyba byli akurat wojskowymi, wcześniej byli jacyś leśni ludzie i pogranicznicy) z taką wątpliwością w głosie zapytał „jesteś Polakiem? Z takim kolorem nóg?”, drugi, widać bardziej wyczulony na poprawność polityczną, od razu na niego warknął 😃, ale za to nie chciał już oglądać mojego dowodu.

Dzień kończę z wynikiem 47 km, gdzieś w lasach, jeszcze 25 km od celu. Gdyby mostek mnie nie oszukał, z takim wynikiem pewnie doczłapałbym do jeziora, no ale cóż. Plus jest taki, że jestem tak padnięty, że nie powinienem mieć najmniejszych problemów z zaśnięciem w namiocie i pewnie nawet poranne ptaki mnie nie obudzą. Przede mną ciekawa noc – test i nowego namiotu, i śpiwora. I oczywiście w momencie, gdy chciałem się rozbić, rozpadało się i to dość ostro. Ale na szczęście na krótko, bo jakieś 15 minut i było po wszystkim, a na to przeczekałem, w sumie nie moknąc, w gęstym zagajniku. Tyle że rozbijać się musiałem na mokrym. Ale poszło mi dość sprawnie – namiot stał już po 12 minutach. Nieźle jak na drugie jego rozbicie.

Dziś: 47,5 km. W sumie: 47,5km

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne