Jezioro Białe

Moje prognozy łatwego snu niestety nie spełniły się. Organizm widać potrzebuje więcej czasu, by pogodzić się z faktem, że koniec z wygodami, trzeba spać w takich warunkach, jakie się trafią i nie narzekać ani protestować. Nie pomógł fakt, że byłem bardzo zmęczony – a być może zadziałał na niekorzyść – z tego zmęczenia też nie mogłem zasnąć. Długo nasłuchiwałem, na każdy większy powiew wiatru albo trzaśnięcie gałązki nerwowo reagowałem, w głowie cały czas wizualizowałem sobie scenariusz wywlekania mnie przez pograniczników z namiotu w samych gaciach 😱. Ale miejsce miałem bardzo dobrze ukryte, sam bym tu siebie nie znalazł 😜. Dodatkowo namiot od środka bardzo szybko stał się mokry – znak że ma fatalną wentylację i mój oddech raz dwa skrapla się na wewnętrznych ściankach, a potem kapie mi na nos i wszystkie rzeczy. Mocno słabo, być może rozwiązaniem będzie spanie bez zamykania zewnętrznych drzwiczek, z samą moskitierą – będzie mnie widać, ale będzie lepszy przewiew. Ale to dopiero jak noce będą cieplejsze. Dziś było zimno. Śpiwór na szczęście sprawdził się znakomicie, grzał jak piecyk, tyle że góra jest bardzo szeroka i kilkanaście razy się odkrywałem i mnie zimno budziło. Dopiero nad ranem odkryłem sznurek, którym mogłem sobie to wejście bardziej zaciągnąć – będę testował przy najbliższej okazji. Mimo wszystko – wyspałem się i odrobinę zregenerowałem nadwątlone siły.

Dziś do przejścia było tylko nieco poniżej 20 km – i tam czekał na mnie nocleg pod dachem w domku letniskowym Ciotki z Camino. Pogoda rano nie rozpieszczała – ciemno, pochmurno i marne +10 stopni – a to już prawie połowa czerwca, skandal! Namiot złożyłem sprawnie – ulżyło mi, bo bałem się, że to będzie problem i ruszyłem. Pierwsze kilka kilometrów szedłem torami – jak w amerykańskich filmach sprzed 100 lat. Tory lecą tu przez lasy, kilometrami omijając drogi i ludzkie osady (dlatego tak dobrze udało się ukryć namiot – najbliższa droga dojazdowa kilka km stamtąd), ale pociąg, a w zasadzie tramwaj, jeździ tylko w sezonie wakacyjnym, więc nie musiałem się nerwowo oglądać co krok. Na boki też się patrzeć nie dało, bo trzeba się było skupiać na tym, gdzie się stawia stopę – podkłady przegniłe, zasypane kamieniami i zarośnięte krzaczorami – jeden zły krok i noga skręcona, a wyprawa zakończona. Spacer umilały mi sarny wyskakujące kilka razy na tory i zdziwione moim widokiem wyskakujące w nie w popłochu z powrotem, widziałem też wiewiórki, zająca, mnóstwo skrzeczących ptaków łownych, przepiórki. I bociany – są tu niemal na każdym słupie wzdłuż trasy nadburzańskiej.

W którymś momencie trasa zaproponowała mi ciekawy skrót, ale pomny na wczorajszy zdradziecki mostek, zapytałem o to, czy aby na pewno tamtędy przejdę, jakiejś staruszki w jej ogródku. Babcia zbyt długo jak na mój gust się namyśliła, a potem tak bez przekonania wydała z siebie przeciągłe taaaak. Mimo wszystko zaryzykowałem. I kilka km było ok, ale potem trzeba się było przez jakieś 200 m przedzierać przez krzaki, a na ich końcu czekała sterta obornika. Czyli z oporami, ale dało się przejść. Jej odpowiedź była więc jak najbardziej precyzyjna, ale wolałbym mieć te informacje zanim tam się wpakowałem 😅.

Moja trasa prowadziła też przez Sobibór i obok muzeum tamtejszego. W obozie zagłady zginęło tu 180 000 ludzi, obóz był też miejscem jedynej udanej zbiorowej ucieczki podczas wojny. Kilkudziesięciu jeńców doczekało w pobliskich lasach do końca wojny, ostatni z ocalałych zmarł w 2019. Jest na ten temat amerykański film, całość jest dość brutalna, mimo że muzeum jest darmowe, nic a nic mnie nie kusiło, by tam zajrzeć i się podołować.

Okuninka nad Jeziorem Białym, mimo iż była dziś miejscem noclegu, nie była ostatnim etapem wędrówki. Zostawiłem ciężki plecak i na pusto poszedłem dalej na północ – do Włodawy. To niewielkie (13.000), ale jednak miasto było przed wojną tyglem wielu kultur – i nadal ma kilka zabytków, które mogą to potwierdzić. Mają też granicę na Bugu z Białorusią, nieczynny obecnie most na drugą stronę i zupełnie nowe fortyfikacje wzdłuż rzeki. Ale nie po to tu doczłapałem – potrzebowałem uzupełnić ekwipunek – z powerbankiem na czele, jako że mój poprzedni zakończył życie (zdaje się wykończył go filipiński piasek). Oby nowy służył mi równie długo i miał równie wiele przygód co ten poprzedni! Dzień miał być spokojny, a tu jednak wyszło mi spacerowania na ponad 30 km! Ale nic to, dziś czeka mnie prysznic i miękkie łóżko, więc nie narzekam!

Dziś: 35,04 km. W sumie: 82,57 km.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne