Spanie w łóżku to luksus, którego normalnie nie doceniamy 😅. Wczoraj usnąłem pół sekundy po tym, jak przyłożyłem głowę do poduszki i przespałem bite 10 godzin. Potem trzeba jeszcze było tylko odpokutować zjedzonego wieczór wcześniej kebaba i tak wymarsz przeciągnął się prawie do godz. 11. Ale – jak już ustaliliśmy, nigdzie mi się nie spieszy i staram się zmienić swoje mentalne nastawienie podróżnika „zasuwam pełną parą bez odpoczynków aż skończą się albo promienie słoneczne albo moje siły”. Zmuszam się do częstszych i dłuższych postojów, czytam wszystkie mijane tablice informacyjne itd. Więc i opóźnione wyjście wpisuje się w tą nową strategię 😅.
Dziś w końcu przestałem się od docelowego Santiago w Hiszpanii oddalać i obrałem właściwy kierunek – południowy zachód, którego mam nadzieję odtąd się kurczowo trzymać. Pierwszy punkt kontrolny na trasie, z kolejnym noclegiem pod dachem u rodzinki to Lublin – oddalony o 105-125 km (w zależności którędy pójdę). Czyli przede mną 2-4 noce pod namiotem.
Start trochę mi nie wyszedł, bo chciałem być sprytny i zaopatrzyć się w napoje dopiero w ostatnim sklepie w Okunince – na wylocie z wioski są dwa, więc wydawało się, że nie ryzykowałem. A tymczasem jeden w remoncie, a drugi inwentaryzacja i musiałem wracać z powrotem na mój brzeg 😭. A żeby nie dublować, wybrałem drugą trasę i tak udało mi się bonusowo okrążyć całe jeziorko (rundka ma jakieś 4 km). Trasę dookoła niego pokonywałem przez lata już pewnie z setkę razy i ją lubię, więc mocno nie cierpiałem. Na dodatek na wyjeździe z Okuninki wpadłem na ciekawy widoczek – dwójka pograniczników obserwowała dojazdową trasę lornetkami, a obwieszeni byli długą bronią. Mimo że przechodziłem koło nich, to mnie zignorowali – poczułem się trochę jak w Egipcie, gdzie wczasowiczów chroni specjalna uzbrojona nawet w ciężkie karabiny maszynowe policja turystyczna.
Zaraz za wyjazdem miał zaczynać się szlak przez las w kierunku na Lutę. I fakt, że był totalnie zarośnięty, a znaki na drzewach niemal wytarte zupełnie mnie nie zaskoczył. Słowem – już go nie było. Trochę kiepsko, bo musiałem iść wobec tego szosą włodawską, ale na szczęście ktoś na odcinku kilku kilometrów zbudował tam nową ścieżkę rowerową. I zdaje się z tej okazji zmodyfikował mój szlak, bo pół godziny później znów mi się objawił, zachęcając do odbicia w las w innym miejscu. I tak sobie wędrowałem – przez lasy, łąki, torfowiska, większe i mniejsze wioski, o których świat zapomniał – w jednej z nich (Luta) odkryłem ciekawą tablicę z dość szczegółowym opisem potyczki z Powstania Listopadowego, w innej (Krychów) rząd rozpadających się kilku długich baraków, które okazały się być pozostałością po obozie pracy (ale niespodzianka – z 1935, więc zaczynał jako polska jednostka dla więźniów, dopiero w 1939 przejęli ją Niemcy, a w 1945 znów nasi przerobili na PGR). Któraś z mijanych wsi miała też tylko jedną drogę asfaltową – i to nie przelotową, w niej kończyła się utwardzana nawierzchnia, z drugiej strony była tylko ścieżka na podmokłe tereny.
Wschodnia ściana Polski ma zdecydowanie sporo do zaoferowania miłośnikom nieskażonej cywilizacją przyrody, ciekawostek historycznych i kulturowych. Póki co nic a nic mi się nie nudzi 😃.
Dziś: 32,86 km. W sumie: 117.63 km.

Już po wyprawie ? :p
No będzie coś jeszcze czy nie?