Przerwana Odyseja

Na noc znalazłem sobie genialną miejscówkę. Mało uczęszczana ścieżka prowadziła wzdłuż rozległych torfowisk, przez które się przedarłem, pokonując dwa zalane rowy melioracyjne i miałem super obronną pozycję plus widoki z namiotu na bezkresne równiny z gdzieś na horyzoncie majaczącymi lasami. Zero cywilizacji – coś pięknego. Noc była też bezchmurna i nastawiałem się, że zobaczę gwiazdy – i poniekąd się udało, bo było ich sporo, ale szału nie było – nie zobaczyłem Drogi Mlecznej 😭. I nie pomogło, że wokół nie było miast, które by psuły efekt, ale noc była po prostu za jasna – słońce się zbyt daleko za horyzont nie schowało i zamiast konkretnej ciemności panował tylko delikatny półmrok. No trudno.
O poranku, w suchym namiocie (w końcu!) mogłem ruszać dalej. Zapowiadało się niewesoło, bo była to niedziela i do najbliższego miasta z działającym sklepem miałem konkretny kawałek. A pić się chciało, bo słońce postanowiło dać tego dnia z siebie wszystko. Wędrowałem łąkami, lasami, coraz mniej zachwycając się otaczającą przyrodą, a coraz bardziej cierpiąc 🤪. W końcu doczłapałem się do cywilizacji i przez niemal całą resztę dnia szedłem już tylko mniejszymi lub większymi drogami. I tam pojawił się ratunek, zapewne wprost z nieba. Wyminął mnie motor z parą nastolatków i zaraz zatrzymał się. Musiałem wyglądać chyba naprawdę tragicznie, bo chłopak od razu zapytał, czy chciałbym pić, bo ma zimne piwo bezalkoholowe. Chciałem 😃. Pół litra puszki o smaku cytryny poszło od razu, a mocno zadowolona z siebie para na motorku zawróciła i odjechała. Widać mijali mnie wcześniej i specjalnie pojechali do sklepu, żeby coś mi kupić. Fakt, że na świecie są jeszcze tak dobrzy bezinteresowni ludzie, dodał mi sił na dotarcie do Urszulina, gdzie specjalnie na moje przyjście akurat na ten dzień zaplanowali otwarcie nowego sklepu Żabki. Miło z ich strony 😃. Opiłem się kolejnymi zimnymi litrami, dopakowałem plecak zbyt wieloma butelkami i ruszyłem dalej.
A dalej było Jezioro Sumin i kolejne kilometry ulicami, którymi z okazji gorącego weekendu jeździło zdecydowanie zbyt wielu zmotoryzowanych. Jakoś przeżyłem i dotarłem po raz pierwszy w życiu do Bogdanki, czyli jedynej kopalni węgla w tej części Polski. Tereny robią wrażenie, zwłaszcza że ulica i trasa rowerowa biegną samym środkiem kopalni. Po lewej mijałem ogromne hałdy (prawie 150 metrów wysokości) kopalniane, po prawej składy i inne budynki. A nad ulicą cały labirynt obudowanych linii transportowych. Wygląda to bardzo dziwnie, jak ul, który budowały pijane pszczoły – kolejne korytarze pod dziwnymi kątami, nadbudówki, przybudówki, krzyżujące się schody w górę i dół. Wszędzie zakazy fotografowania, więc na zdjęciach wam tego nie pokaże, musicie uwierzyć na słowo 😃. Za kopalnią kilka kilometrów terenów industrialnych (linie kolejowe, energetyczne, rury i takie tam), a zaraz potem wioski. I tak bogatych wsi to ja już dawno w Polsce nie widziałem. Wszystkie domy wybajerzone, piękne ogrody, czysto, zadbane – ewidentnie biznes węglowy kręci się dobrze. Problem w tym, że na odcinku 15 km nie było przez to gdzie się rozbić z namiotem. A tu już zaczynało się miasto – Łęczna. Google wcześniej poinformował mnie, że ma zaledwie kilkanaście tysięcy mieszkańców, więc zaskoczyło mnie to, co tam zastałem. 10-piętrowe wieżowce, też czysto i ładnie, mnóstwo zieleni, terenów spacerowych, ścieżek rowerowych, szedłem przez kilka kilometrów przez miasto i praktycznie cały czas przez jakiś park albo osiedlowymi dróżkami. Bardzo pozytywne zaskoczenie.
Tymczasem w nogach miałem już 40 km, a miejsca do spania nie było. Na dodatek telefon się niemal rozładował, a plecak podrapał mi jakimś kawałkiem metalowego stelaża plecy i to tak konkretnie, że skóry nie miałem i każdy dotyk bolał. Telefon okazał się najsłabszym ogniwem całej wyprawy. Nie brak kondycji, nie brak snu, picia, czy zmęczenie – ale ciągła konieczność doładowywania co kilka godzin z powerbanka, bo inaczej kaput. Wykańczało mnie to psychicznie i odbierało całą frajdę z maszerowania. Oszczędzanie energii w baterii poprzez unikanie robienia zdjęć albo sprawdzania mapy było zupełnie sprzeczne z całą ideą relacjonowania moich przygód 😭. Podjąłem decyzję, że trzeba wskoczyć w busa do Lublina i podładować się i przemyśleć sprawę u rodzinki, a wróci się na trasę kolejnego dnia. Na szczęście odcinek krótki, bus po 8 zł i jeździł aż do godz. 22, więc się na ostatni załapałem. A jak już byłem w Lublinie okazało się, że jeszcze zdążę na ostatni pociąg przed północą do Chełma do rodziców, co w obliczu konieczności kolejnych 5 km marszu do lubelskiego noclegu wydało się dobrym pomysłem. A tam zaraz znalazło się coś do roboty, potem wyskoczyły sprawy urzędowe, potem przez tydzień były burze i bez sensu było ruszać i tak oto dotarliśmy do dnia dzisiejszego – czyli dwa tygodnie później 🤪. Telefon nadal do bani, finansowych możliwości wymiany na razie nie ma, trzeba zadać sobie pytanie – co dalej?! O tym – w kolejnym odcinku…

Dziś: 38 km. W sumie: 155 km

Subskrybuj
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Lebowski

JRK rozwiń wątek w kolejnych wpisach, za co żyjesz. Super były te wpisy o totku i chyba w stoczni :p

GodOfWar

Co tam u Odyseusza JRKa?

sirpaul

a juz myslalem ze to była długa noc z 14 na 29 czerwca 🙂