Znacie już chyba procedurę? Kiedy podróżuję, kiedy coś się dzieje, to nawet po całym dniu intensywnego wysiłku, półprzytomny, ale potrafię znaleźć godzinkę na przygotowanie relacji i wrzucenie jej na blog. Jak tylko atrakcje się kończą i zaczyna się szara rzeczywistość – wpada przygnębienie i depresja, i zapał twórczy odpływa w zapomnienie. Ta sama historia przytrafiła się i tym razem, i dlatego relacja z ostatniego dnia pokazywania Eryce Polski wpada z miesięcznym opóźnieniem. Gdzie to ja skończyłem? Ach tak, pierwsze dni września, jesteśmy w Trójmieście.
Poranną porą Morrak zawozi nas do centrum Gdańska, gdzie znów się z Eryką rozdzielamy – ona wsiada w tramwaj jadący na południe i spędza przyjemny dzień na zwiedzaniu muzeów (w tym bursztynów), ja wskakuję w podmiejski pociąg jadący w przeciwnym kierunku. W środku oczywiście przysiada się do mnie 95-letni dziadek, który zaczyna mi opowiadać historię swojego życia i pokazywać przez okno ciekawe miejsca (o tu, jeszcze 50 lat temu były tylko pola kartofli, o tu na tym moście do mnie w stanie wojennym strzelali), aż przykro mi wysiadać, tak się w te historie wciągam (dziadek jedzie sobie rekreacyjnie na Hel, też mam nadzieję, że w jego wieku będę w stanie się tak jeszcze wozić). Wysiadam w Gdyni – w dzielnicy portowej, bardzo industrialnej, mało sympatycznej do życia – dużo torowisk, nadbrzeży, mostów i innej paskudnej infrastruktury. Uciekam stamtąd jak najszybciej i przez centrum już normalnego miasta docieram nad morze. A tam – zupełnie inne klimaty. W te wakacje podobno były może ze trzy naprawdę ładne dni, a ja trafiam na ten czwarty – słońce grzeje jak na Kanarach, promienie odbijają się w wodzie, na piasku wygrzewają się powakacyjne niedobitki. Tego mi naprawdę w tym roku brakowało. Lato nas nie rozpieszczało, więc miło, że choć na koniec zafundowało mi taki sympatyczny akcent. Z północnych rubieży Gdyni ruszam więc sobie wesołym krokiem w kierunku południowym. I wędruję tak przez cały dzień, nabijając finalnie 30 km. W okolicy Orłowa nachodzi mnie fanaberia, żeby wspiąć się na zalesione klify. I mało co nie wypluwam przy tym płuc – nie spodziewałem się aż tak stromych podejść, dobrze chociaż, że drzewa dają tu sporo cienia, bo w pełnym słońcu pewnie by mnie to psychicznie złamało 😀. Była to moja pierwsza wizyta w tym miejscu, ale że dalsza droga wzywała, to nie obejrzałem wszystkich zachowanych tu fortów; pokręciłem się tylko dość chaotycznie i z westchnieniem ulgi znów zszedłem na poziom morza, by pomoczyć w nim nogi.
Potem było już po płaskim, ale też nie za łatwo – piasek tuż przy linii brzegowej (z obu stron, i w wodzie, i na plaży) bardzo się zapadał i trzeba było o każdy krok walczyć. Ale nie poddawałem się, cała atrakcja polegała przecież na tym, że się idzie wodą, a nie jakąś betonową trasą obok niej. Minąłem ostatnie wysokie klify, które wyglądały, jakby się miały za moment zawalić, i moim oczom za zakrętem ukazało się orłowskie molo. Ale mój wzrok przykuł mały tłumek kucający tuż przy wodzie. Podszedłem bliżej i na mojej twarzy zagościł banan – na plaży leżakowała bowiem sobie foka (konkretnie szarytka morska). Ktoś obok postawił dwa słupki z taśmą między nimi, żeby ogrodzić ją od spacerujących, i dołożył tabliczkę z prośbą o nienapastowanie – czyli znaczy, że to chyba jej ulubione miejsce, w którym często bywa. Foka nic sobie z ludzi nie robiła, można było podejść naprawdę blisko – wręcz na widok aparatów pozowała, układała się bokiem i podpierała płetwą – jak tresowana. Napstrykałem jej milion zdjęć i wciąż z bananem ruszyłem dalej. A dalej był już Sopot, gdzie miałem się spotkać z resztą ekipy – Morrak i Eryka trochę się spóźnili, więc pozwiedzałem na własną rękę – Sopot jest pełen starych drewnianych willi i ma zupełnie inny styl niż Gdańsk i Gdynia, czuć tu zdecydowanie kasę 😀. Kiedy spóźnialscy dojechali, poszliśmy już wszyscy na obowiązkowy punkt programu wizyt w Trójmieście – na molo. Akurat przypływał wycieczkowy statek piracki, dookoła kręciło się mnóstwo ptactwa i małych żaglówek, więc na widoki nie można było narzekać. Spacer wzdłuż Bałtyku uznaję za bardzo udany.
Kolejnego dnia zostawiłem Erykę pod opieką Morraka – mieli w planie wizytę roboczą na uniwersytecie – Eryka chciała zobaczyć, jak u nas wygląda to, co ona robi u siebie (jest wykładowcą), a potem wsiadła w samolot i poleciała na dalsze kręcenie się po Europie – głównie po Francji. A mnie czekała podróż powrotna na zachód wzdłuż wybrzeża – też ciekawa, bo przez rozkopane tory musiałem w sumie korzystać z pięciu środków transportu, podstawili zastępcze autobusy itd. I tak zakończyła się ta wędrówka po Polsce, gdzie zjechałem ją z zachodniej granicy na wschodnią, potem na południe, na północ i znów na zachód. I więcej nie ma o czym pisać 😀. No dobra, może jeszcze w przeciągu tygodnia zrobię rowerowe podsumowania wakacji i nic więcej ze mnie się nie wyciśnie, więc nie będzie można się nade mną pastwić w komentarzach 😀.

A to rowerowe to kiedy się można spodziewać?
Jee brawo JRK 🙂 To ja w nagrodę na miesiąc odpuszczam napastowanie w komentarzach (Teraz będę napastować na stronce w komentarzach :P)
No i znowu nic nowego na JacekFlixie 🙁