Przez ziemię, powietrze i wodę – Rankin w USA część 3

Dnia 11 września (znamienna data), wczesnym rankiem, zapakowaliśmy się do samochodu. Po śniadaniu w lokalnej cukierniokawiarni byliśmy gotowi do wyruszenia w drogę. Plan był prosty: wjechać do parku narodowego Yellowstone i zadekować się w uprzednio wynajętym hotelu. Komplikacje? Pomijając fakt, że hotel był po drugiej stronie parku – musieliśmy przebyć wszystkie pory roku.

Kawiarnia również sprzedawała pikowane kołdry z jakiegoś powodu

Jesień

Poranek zapowiadał się w miarę dobrze. Trochę chłodnawo, trochę wilgotno, ale bez przesady. Robiło się słonecznie, w sam raz na podróż. Tylko ta droga… zaczęło się robić coraz bardziej nierówno, góry, które towarzyszyły nam od wczoraj, zaczęły się roić dookoła, a nie tylko od przodu… w pewnym momencie zorientowaliśmy się że jesteśmy już nie w dolinie – ta dolina jest, cóż, na dole gdzieś, tamtejsza droga coraz mniejsza i mniejsza. I nagle – serpentyna. Skręcamy w lewo i pod górkę. Okazało się, że tam, zaraz obok, gdzie z dołu nie było widać nic, jest droga, przylegająca do miejscami praktycznie pionowej ściany, nawet zabezpieczanej siatką. I zaraz zawrót w prawo i dalej pod górkę. I znowu, i znowu… W pewnym momencie uszy dały o sobie znać – ciśnienie atmosferyczne zmieniło się dostatecznie szybko, aby można było czuć charakterystyczny ucisk i częściową utratę słuchu (tego dnia skutecznie opracowałem skutecznie manewr odtykania – zacisnąć nos palcami i dmuchać do oporu), ale nie uszy były nam wtedy na głowach. Widoki na tereny poniżej były po prostu zapierające dech w piersiach i regularne ostrzeżenia o skalnych lawinach oraz praktycznie cały czas pogięte i zdezelowane barierki energochłonne nie mogły stłumić mojego entuzjazmu. Ze dwa razy w drodze na górę był punkt, w którym można było zaparkować na chwilę i porobić zdjęcia, ale większość czasu trzepałem fotki przez okno auta (większość była do wyrzucenia, no cóż).

Trochę po lewej od centrum jest wysunięty punkt widokowy, znany również jako „co mnie podkusiło”

Tak nas powitała trasa na Beartooth Pass, przejazd przez pasmo górskie (a może raczej krawędź superwulkanu?) okalające Yellowstone. Trasa ta, surowa w swoim pięknie, jest na parę miesięcy w roku zwyczajnie zamykana, do odwilży, i, mając ją za sobą, wcale się nie dziwię, zimą potrafi tu leżeć ładne kilka metrów śniegu i próby przecierania trasy i usuwania lawin w takich warunkach byłyby zwyczajnym samobójstwem. Po niecałej godzinie jazdy pod górkę teren zaczął się nieco wypłaszczać – zrobiliśmy około 1500 metrów w górę, szczyty gór przestały być „tam” a zaczęły być „tu”. Dotąd zieloną, choć coraz bardziej rzadką, roślinność zastąpiły rudawe i rdzawe porosty, mchy i inne karłowate kępki traw, wegetujące wśród kamiennych pól. W końcu znak szumnie ogłosił – „BEARTOOTH PASS SUMMIT”. Wysokość – 10 947 stóp npm. Po naszemu 3336 metrów powyżej poziomu morza, oraz 1630 metrów powyżej Red Lodge, gdzie byliśmy 2 godziny wcześniej.

Na szczycie przesmyku, w tle spoilery

Dalej już było z górki. Tyle, że…

Zima

Nikogo nie zaskoczę chyba mówiąc, że im wyżej – tym zimniej. Znaczy w troposferze, najniższej części atmosfery, bo potem to różnie bywa. Na szczycie przesmyku Beartooth już było konkretnie zimno, na tyle, że koło 9 rano miejscami nadal utrzymywała się zamarznięta skorupa śniegu czy lodu, zresztą na wyższych okolicznych górach widać było lodowce. Przynajmniej było sucho i jeśli nie komfortowo, to można było trochę mrozu znieść, tym bardziej że byliśmy gotowi i ciepło ubrani.

Kto zamawiał kruszony lód?

Problemy zaczęły się dalej. Bliżej szczytu od razu zauważyliśmy, że po drugiej stronie było mroczno i gęste pasma chmur kłębiące się przy samej ziemi. Wkrótce widoczność potężnie spadła, zaczęła się marznąca mżawka. Jakiś czas później mżawka przerodziła się w gęsty, mokry deszcz ze śniegiem, miejscami nawet sam śnieg. Widoczność w aucie bardzo niska, nawierzchnia bardzo śliska, a my jechaliśmy w dół serpentynami, od czasu do czasu mijając innego delikwenta (niektórzy jeszcze próbowali jechać w takich warunkach pod górę, świeć Panie nad ich duszami). Po bardzo stresującej godzinie, gdzie wcale nie pomagał fakt, że to był obszar wolnego wypasu krów i parę razy trzeba było ostrożnie wymijać befsztyk stojący sobie pośrodku drogi, stanęliśmy na stacji benzynowej z parkingiem i obowiązkowym sklepem. Podczas, gdy parzyliśmy sobie gorące kawy, kasjer nonszalancko stwierdził że to w ogóle był pierwszy śnieg w tym sezonie. Uroczo. Niedługo potem oficjalnie wjechaliśmy do Parku Yellowstone.

„Population: 100 nuts and a squirrel”

Wiosna

Niedługo po wyjechaniu ze strefy deszczu-śniegu-znowu deszczu wypogodziło się i ociepliło. Widoczność wróciła do normy i można było (d)ocenić radykalną zmianę terenu – owszem, jeszcze trochę górzysty, ale już nie tak wrogi, bardziej… pagórkowaty, z ładgodnymi, zaokrąglonymi stokami i w ogóle równinami na zachód i południe. Były to pierwsze widoki na krater superwulkanu Yellowstone; cały ten teren kiedyś był równie ostrymi górami co Beartooth Pass, aż pewnego pięknego dnia 630 000 lat temu superwulkan pier… znaczy wybuchł, zmiótł sporo gór z powierzchni ziemi (część znalazła się, cóż, wszędzie dookoła, część zatonęła w magmie), a to co zostało, gdy lawa zastygła, było już znacznie bardziej równe. Wydarzenie było dość, hm, apokaliptyczne, a na poprawę humoru mogę powiedzieć, że… może się jeszcze raz wydarzyć w dowolnym momencie? Yyyyyy nieważne, oto foto strumyka!

chlupu chlup

Niecki wulkaniczne, jeśli nie są kompletnie wypalone z życia, są z reguły dość żyzne i tak było i tutaj, a spore ilości roślin stanowiły dobry posiłek dla bizonów, których niejedno stado napotkaliśmy po drodze, niektóre nawet dość blisko drogi. Nawet nie trzeba było zbyt mocno szukać bo z reguły już przy dobrych punktach obserwacyjnych robiły się korki gdzie każdy kierowca z osobna zwalniał i/lub zatrzymywał się zobaczyć na co wszyscy tutaj stają.

Żubr występuje w… trawie?

Lato

Dwie godziny po wjechaniu do Yellowstone znaleźliśmy się na jego północno-zachodnim krańcu, w miejscowości Mammoth, znanej ze swoich gorących źródeł (za gorących do kąpieli, przynajmniej jeśli chodzi o te publicznie dostępne). Było już nawet nie ciepło, a gorąco, słonecznie i prawie bezwietrznie. Pozdejmowaliśmy kurtki i bluzy, zwiedziliśmy lokalne welcome center i cyk na ścieżkę, zgarniając po drodze lody w kubku (znowu olbrzymie porcje, wew).

ACHTUNG WNIMANIE

Pierwsze co się rzuciło w oczy to kładki i wszechobecne ostrzeżenia żeby z kładek nie schodzić – „Niebezpieczna ziemia termiczna”, głosiły plakietki; otóż tereny te są niczym skorupki nad bardzo gorącym i bardzo żrącym jajkiem, nigdy nie wiesz, gdzie ziemi jest metr, a gdzie 20 centymetrów, a pomyłka może być bardzo bolesna, jeśli nie kalecząca na całe życie. W źródłach Mammoth może nie było jeszcze czuć bardzo siarkowego zapachu, ale bulgotanie i parowanie już owszem, było wszędzie, w połączeniu z dość unikatowymi, wielopiętrowymi tarasami jeziorek pełnych gorącej, bardzo chemicznej wody (i kolonii bakterii żywiących się tą zupką).

Jeziorka jezioreczka jezioraki

Schodzimy sobie zatem po bożemu, obejrzawszy co było do obejrzenia, gdy nagle, prawie z gołego nieba, lunęło. I to nie jakiś tam deszcz, a bona fide grad. Do samochodu było coś 20 minut pieszo, schronienia brak (jesteśmy na kładkach między jeziorkami prawie-wrzącej wody), więc po chwili nawet się przestaliśmy śpieszyć, tylko, osłaniając uszy czym kto miał, szliśmy miarowym tempem przez coraz zimniejsze okolice. Zanim dotarliśmy do auta zresztą przestało padać, zostawiając nas zmarzniętymi i przemoczonymi gamoniami (a kurtki i bluzy przecież mieliśmy, tylko właśnie na tym parkingu zdjęliśmy…).

Minuty poźniej śladu po tym cholerstwie nie było

Przy parkingu jeszcze był jeden problem, bo w międzyczasie na trawę, którą ten parking otacza, przyszwendał się pokaźny samiec jelenia. To nie Disney, więc wyminęliśmy go szerokim łukiem, cykając fotki ponieważ oczywiście że tak, i pojechaliśmy na północ, do Gardiner, tyciego miasteczka, gdzie mieliśmy nocleg na następne dwie noce. Gardiner na głównej „przejazdowej” ulicy prezentowało się znośnie, ale poza nią już dość nie-znośnie (wraki aut, żwirowe drogi…), więc nie napiszę o nim zbyt wiele. O, miejsce, w którym tego dnia jedliśmy, może nie miało szałowych posiłków, za to na ścianach było od cholery broni palnej typu dziki zachód.

Kogoś chyba zdrowo strzeliło

Bonus

Zdjęć tego dnia strzeliłem coś 300. Po odrzuceniu rozmazanych, nieciekawych i duplikatów nadal miałem coś 100. Z bólem serca wywaliłem dalsze parędziesiąt żeby bloga nie rozdymać zbytnio, ale pełny wachlarz, w tym cztery panoramy, wrzuciłem na osobny hosting, o tutaj. To był dzień!

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments
Lebowski

Dobry tekst i do każdego zdjęcia jest komentarz, super 😁