Erupcji ci u nas dostatek – Rankin w USA część 4

Po bardzo emocjonującym pierwszym dniu w Yellowstone nieuchronnie przyszła pora na dzień drugi. Pokoje otwierały się bezpośrednio na parking i recepcjonista hotelowy ostrzegał, że w okolicy kręci się samica niedźwiedzia i żeby uważać, a najlepiej narobić hałasu przy wychodzeniu z pokoju o poranku. Przez noc jednak nie widzieliśmy – ani słyszeliśmy – nawet śladu misia i koniec końców nie ma zgody co do tego czy recepcjonista prawdę mówił czy bajerował turystów. W każdym razie drugiego dnia wyruszyliśmy prosto na południe.

Skały na południe od Mammoth

Cicho w górach

Po przejechaniu przez jakąś godzinę trasą wiodącą przez czasem mocno górzysty, z pionowymi ścianami i w ogóle, teren, zajechaliśmy na Roaring Mountain, czyli wzgórze z całkiem sporą ilością dysz (ha) parowych. Kopciło wcale nieźle, ale to był tylko wstęp do atrakcji. Pół godziny później zaparkowaliśmy w klimatach prawie że Silent Hill – mgła potężna pokrywała teren bardzo dokładnie. Ale wygląd to nie wszystko; od razu przy otwarciu drzwi dostaliśmy po nosach „przepięknym” bukietem siarkowym – zgniłe jaja, obiad z fasoli, do wyboru do koloru. To był teren Niecki Gejzerowej Norris (Norris Geyser Basin) – jak sama nazwa wskazuje, bardzo obfity w gejzery i siarkowe źródła praktycznie non stop pompujące powietrze gorącą parą i chemikaliami.

tfw trafiłem do gry z PS1

Coś przez godzinę – tylko godzinę, gdyż czekało więcej rzeczy na obejrzenie – wędrowaliśmy między najróżniejszymi źródłami, bulgoczącymi dziurami w ziemi, zbiornikami pełnymi pięknie błękitnej wody (kolor zapewniała zawiesina z minerałów) i pióropuszami pary. Siarkowy zapach nie opuszczał nas cały czas, ale mi wkrótce przestał jakoś mocno przeszkadzać. Z ciekawszych rzeczy na pewno zapamiętałem gejzer „Parostatek”, który nie strzela regularnie, ale jak strzeli do 90+ metrów w górę (ostatnia erupcja w kwietniu była), polany z dziwnie położoną do ziemi roślinnością, jakby wyczesana była (za wcześnie na więdnięcie), oraz nietypowe struktury wokół niektórych dysz – niby wszystko zaokrąglone, ale jednocześnie chropowate, ze specyficzną teksturą, chyba sugerujące szczególnie bogate w minerały erupcje.

Fake news, nie doznałem żadnego zen

Przez Pryzmat

Przyszła pora jechać dalej. Tereny znormalniały trochę, ot lasy i pola. Mały korek przed nami, coś było po prawej stronie. Okazało się, że wilk, jakiś kilometr dalej na środku pola właśnie lazł przez rzeczkę. Na maksymalnym zoomie nawet ledwo co było widać. Jedziemy dalej, teren nieco zawęził się w koryto rzeki. Na parkingowym poboczu zwróciło uwagę dziwaczne kląskanie, jakby ktoś miarowym tempem (tak dwa razy na sekundę około) pstrykał palcami. Po chwili wytężania oczu dojrzałem niepozornego, latającego owada, zółto-brązowego, niedużego, takie małe coś wydawało ten odgłos przy lataniu. Cholerstwo miało kamuflaż tak dobry, że nawet jak widziałem, gdzie ląduje, zaraz je gubiłem, tak samo na zdjęciach, więc nawet nie za bardzo wiem jak wygląda, poza tym, że miało jakiś centymetr długości, może mniej.

Tajemniczy hałaśliwy owad zakreślony na czerwono. Chyba. Może.

Ale parkowaliśmy nie po to żeby podziwiać pstrykające latadła. Widoczne było parujące wypłaszczenie po drugiej stronie rzeki, spływające strugi wody barwiły kamienie na żółto. Idąc wyznaczonymi kładkami najpierw zobaczyliśmy bardzo duży, pieniący się zbiornik gejzera „Excelsior”, który buchał na tyle, żeby zawalić swoje podziemne kanały, co go uciszyło na jakieś 100 lat, ale od lat 80-tych z powrotem jest aktywny. Ale nie to było gwoździem programu – gwoździem programu był Grand Prismatic Spring, największe i zdecydowanie najpiękniejsze gorące źródło w Stanach Zjednoczonych. Turkusowo błękitna toń źródła – na tyle niebieska, że refleksy barwiły unoszącą się parę – była otoczona wielokolorowym, od złotej żółci po ciemny brąz, przykrytym cieniutką taflą wody osadem, oraz siecią uskoków, erozji i pęknięć w rzeźbie terenu, tworzących czasem bardzo surrealne wzory przynoszące na myśl końcówkę Kosmicznej Odysei.

Wielki, pryzmatyczny, sprężynowy. Czekaj.

Dziadzio

Napatrzywszy się na pryzmę pojechaliśmy do najbardziej chyba znanego punktu Yellowstone, czyli oczywiście gejzer Old Faithful. Nie jest może on największy, jego okolica też nie jest tak malownicza, jak gejzery „śmierdzące” które widzieliśmy rano, w zasadzie jedyna jego zaleta jest taka, że strzela wielokrotnie w ciągu dnia, a jego następną erupcję można przewidzieć z dokładnością do paru minut. No i teren wokół niego jest na tyle stabilny, że sporo ludzi naraz może go obserwować. My dotarliśmy na jakieś pół godziny przed następną ejakulacją, na tyle wcześnie, że byliśmy na samym przodzie, na tyle późno, że nie trzeba było za długo czekać. Na jakiś kwadrans przed zapowiedzianą erupcją zaczęły się unosić solidne kłęby pary, a jakieś dwie minuty po czasie zaczęły strzelać w górę słupy wody, jak z jakiejś fontanny multimedialnej. Trwało to parę minut i tyle z widowiska.

Old Faithful, w trakcie erupcji

Szału nie było; na poprawę humoru pochodziliśmy jeszcze po okolicznych polach gejzerowych, gdzie konstrukcje osadowe bywały całkiem fantastyczne. Mieliśmy potem zjeść w lokalnej jadłodajni, ale wyglądała dość mizernie, więc po krótkiej spin- znaczy kulturalnej dyskusji w przyjaznych warunkach zawróciliśmy do Gardiner. Jeszcze po drodze mieliśmy kolejny bizonowy postój, ale tym razem nie ze względu na gapiów, ale dlatego, że stadko stwierdziło sobie, że przejdą się asfaltem i niespiesznie sobie spacerowało w eskorcie park rangers. W Mammoth, na tym samym parkingu co wczoraj zresztą, widzieliśmy też bardziej odważną grupkę jeleni, tym razem samiec i parę samic.

Żubry też chodzą na wycieczki

Obrzucony błotem

Ostatnia noc w Gardiner również minęła bez śladów misiów (misi), więc ruszyliśmy na południe. Przez Yellowstone jechaliśmy nieco inną trasą, co pozwoliło nam – w biegu, bo kawał drogi przed nami – obejrzeć parę bardzo malowniczych wodospadów z głębokimi wąwozami, oraz „mud baths”, to jest teren z gejzerami, ale błotnymi – ponownie jechało mocno siarką, ale woda w zbiornikach była nieprzejrzysta. W paru miejscach pióropusze dymu-pary przebijały się przez asfalt, ciekawe byłe też źródło smoczej gęby, które nie strzelało z dołu do góry, a bardziej ze ściany skalnej naprzód, robiąc przy tym niemały rwetes.

Źródło Smocza Gęba (Dragon’s Mouth)

Ale to było ostatnie co obejrzeliśmy w parku, trzeba było jechać dalej. Wyjechaliśmy z Yellowstone, przejechaliśmy przez Grand Teton, który był dość górzysty. Z czasem teren się wypłaszczył i znacznie upustynnił. W Provo, gdzie tego dnia nocowaliśmy, zjadłem absolutnie paskudnego subwaya. No cusz.

Jak okiem sięgnąć…

Kanionada

Następnego dnia, nieco przed południem, wjechaliśmy do parku Bryce Canyon. Bryce to jest absolutnie pokazowy i reprezentacyjny okaz rodu kanionowego. Pomarańczowe, nagie skały, hoodoo (skalne słupy pozostałe po procesie erozyjnym), mosty kamienne, zapierające dech widoki – Bryce ma wszystko to i więcej. Aż żal, że czas nas gonił tak, że mieliśmy tylko godzinę na podziwianie… i trzeba było jechać dalej.

Po lewej – pokazowy hoodoo

Jechaliśmy dalej na południe. Teren się zalesił i znowu wyłysiał. Teren pustynnawy przerodził się w prawdziwą pustynię. W środku pustyni czekało na nas miasto. Las Vegas.

Tradycyjnie w takich punktach roi się od hustlerów naciągających na zdjęcia „bez kolejki”

A, cytując popularne porzekadło, what happens in Las Vegas, stays in Las Vegas. Dość powiedzieć, że następnego dnia byliśmy w miarę przytomni i gotowi na następny ekstremalnie ważny punkt podróży… ale to w następnym wpisie. Na koniec – obligatoryjna pełna galeria. Do zobaczenia!

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments
Lebowski

Ja też na wojażach na Rodos dlatego nic nie pisze bo tu słaby Net :p a i jak będziecie w Grecji uważajcie na pasach, Grecy się na nich nie zatrzymują :p Fajny wpis, mnóstwo zdjęć, czekam na kolejny 🙂