Rankiem 15 września 2025 roku pięcioosobowa grupka turystów zapakowała się do czerwonego Volkswagena, którego modelu nigdy nie pamiętam, i opuściła Las Vegas. Na grandé touréé stanowym oczekiwał jeszcze jeden kluczowy punkt i można było wracać na East Coast. Po drodze mieliśmy jednak coś znacznie bliższego, a równie ciekawego: Zaporę Hoovera.

Zaparcia wodne
Droga do Zapory prowadziła przez, delikatnie mówiąc, wrogi teren. Sucha jak wiór pustynia, skalista, pełna zakrętów i zmian wysokości, była najmniej przyjaznym środowiskiem, jakie dotąd widzieliśmy, wliczając w to góry Beartooth Highway. Po jakichś dwóch godzinach jazdy z Las Vegas czekaliśmy już w kolejce na security checkpoint, a niedługo potem zgarnął nas – oraz grupę innych osób rzecz jasna – przewodnik wycieczkowy. Wycieczka była strasznie krótka: niecała godzina, w tym projekcja filmu dokumentalnego i jazda windą w obie strony, zobaczyliśmy głównie mokre tunele, metalowe schody, oraz – z wysokości i daleka – maszynerię hydroelektryczną. Tama jak tama. Spora, ale w sumie poza rozmiarem nic niezwykłego nie było widać, tyle co było żółto i sucho, a nie szaro i mokro jak u nas. No, jedna rzecz była dziwna, część słupów energetycznych była postawiona pod kątem, sprawiając wrażenie, jakby to kable wysokiego napięcia słupy utrzymywały, a nie na odwrót. Hoover Dam z głowy, jedziemy dalej.

El Grande
Następny odcinek trasy jechaliśmy godzin sześć; teren nic się nie polepszał, nadal żółto, sucho, piaskowo, skaliście. Na miejscu byliśmy o szóstej wieczorem. Jakie to było miejsce? Ano Grand Canyon Village w Arizonie, osada turystyczna położona nad, jak sama nazwa wskazuje, Grand Canyon. Były nawet propozycje żeby od razu wybrać się podziwiać widoki, ale zanim zjedliśmy wreszcie posiłek, było już ciemno, a tam, gdy się robi ciemno, to jest cholernie ciemno. Zapakowaliśmy się zatem do pokojów w domkach-szeregowcach (a raczej barakach…) i w trasę wyruszyliśmy wcześnie rano.

Pierwsze zaskoczenie – w okolicy Grand Canyon Village funkcjonuje infrastruktura komunikacyjna, chyba pierwsza jaką widzieliśmy od Nowego Jorku (i w o wiele lepszym stanie). Regularnie kursujące w obie strony – wschód i zachód – busy elektryczne znacznie upraszczają docieranie na zejścia szlakowe i punkty widokowe. Najpierw jechaliśmy na zachód – byliśmy na południowej krawędzi kanionu – i już na pierwszym przystanku widok był ab-so-lut-nie powalający. Jeszcze bardziej gdy dojrzałem jakiegoś szlakowicza radośnie siedzącego na krawędzi skalnej w oddali.

Widzicie go? No, tutaj jest:

Przejechaliśmy dalej na zachód i znowu – widoki że jesus h. christ. Tego fotografie nie oddadzą, to trzeba na żywo widzieć żeby w pełni docenić. I kawałek dalej znowu inne rzeczy. Około 10-tej zaczęło się robić dość upalnie (wieczorem okazało się że, ze wszystkich rzeczy, dość mocno sobie spaliłem tył łydek). Na którymś punkcie spotkałem miłą starszą panią – Robin Purcell, artystkę malującą w akwarelach; dowiedziałem się od niej o trwającym akurat corocznym wydarzeniu artystycznym powiązanym z Kanionem. Była tu pierwszy raz i zgodziliśmy się, że ciężko wybrać miejsce do malowania, bo za każdym rogiem jest następny powalający widok.

Po dwóch godzinach byliśmy z powrotem w Grand Canyon Village. Mieliśmy zejść choć kawałek w dół ściany, ale, niestety, szlaki turystyczne były dość mocno ograniczone w tym okresie ze względu na niedawne spore pożary; z paru punktów widokowych widzieliśmy zresztą helikoptery znoszące prowiant i inne zapasy obiektom w dnie wąwozu, odciętym pożarami od normalnych dróg zaopatrzeniowych. Dlatego, poszwendawszy się chwilkę po GCV (i uzupełniwszy zapasy wody) pojechaliśmy w drugą stronę, na tyle na ile komunikacja sięgała. Jeszcze w wiosce spotkałem wielkiego, spasionego wiewióra, który nic się ludzi nie bał, pewnie dokarmiany przez turystów mimo zakazu.

Gdzieś po dwunastej była najwyższa pora ruszać dalej, tym bardziej że upał robił się coraz bardziej dokuczliwy. Jeszcze koło drugiej zatrzymaliśmy się na dość wysuniętym na wschód punkcie z wieżą turystyczno-obserwacyjną, i pora było odbić konkretnie na południe.

C.D. Her
Jakieś dwie godziny później było już dużo mniej pustynnie. Zrobiło się leśno, zielono. Zdążyłem zażartować, że wracamy w europejskie klimaty, gdy za następnym zakrętem zaczęliśmy jechać ostro w dół wąwozu, a spomiędzy zielonych drzew zaczęły coraz odważniej wyskakiwać wściekle pomarańczowe skały, a potem były już w zasadzie same skały, bez drzew. Wieczorem wjechaliśmy do Sedony, pustynnego miasteczka sławnego ze swoich formacji skalnych właśnie. Skały te – to różowy piaskowiec; podobno kolor taki przyjmują o świcie. Nie wiem, nie zauważyłem, choć skały zdecydowanie były malownicze. Przy bardzo kolonialno-meksykańskim hotelu była restauracja… włoska i była to bodaj najlepsza włoszczyzna, jaką jadłem, zaraz po pewnej knajpie pod Dusseldorfem.

Następnego dnia, o poranku, po już znacznie bardziej meksykańskim śniadaniu, odwiedziliśmy bardzo… specyficzną kaplicę krzyża świętego, zbudowaną w stylu jakby brutalistycznym. Dla mnie była ona przepaskudnie kiczowata, ale jej otoczenie… Mmm, krajobrazy prima sort. Następnie pokręciliśmy się po pchlim targu, oraz po historycznym pueblo Tlaquepaque (egzotyczne ale wypchane pułapkami na turystów). Pora była najwyższa ruszać dalej w drogę.

Jeszcze godzinę od wyjazdu z tlakpak zatrzymaliśmy się na postoju. Teren był z powrotem zalesiony, a my wspięliśmy się z powrotem na poprzednią wysokość. Było tutaj sporo straganów z bibelotami sprzedawanymi i często również wykonywanymi przez natives. Cyknąłem sobie parę fajnych fotek krajobrazowych i z powrotem do auta.

● Meteo
Ostatnia rzecz zwiedzona na tej, trwającej już półtora tygodnia, trasie znajdowała się jakieś trzy godziny od Sedony. Był to, kreatywnie nazwany, Meteor Crater w Arizonie, czyli miejsce, gdzie około 50 000 lat temu łupnął żelazowo-niklowy meteoryt średnicy około 50 metrów. Pomijając cały rys historyczny tego miejsca i długą walkę o uznanie tej formacji za faktyczne pobojowisko meteorytowe, a nie jakiś śmieszny wulkan, był to kolejny bardzo robiący wrażenie obiekt. Już setki metrów zanim zaczęły się strome ściany samego krateru w pustynnym terenie widać było fałdy skalne wygenerowane przez uderzenie.

Wewnątrz było mini muzeum i parę całkiem spoko popularnonaukowych instalacji, ale oczywiście dużo większą atrakcją było kilka punktów widokowych, jeden na grzbiecie krateru i parę na ścianie wewnętrznej. Nawet udało mi się złapać w miarę ok foto przez lunetę obserwacyjną wykierowaną w centrum niecki.

Na tym zwiedzanie się skończyło. Parliśmy ostro na wschód; droga tam zajęła nam parę dni. Co tam było – to w następnym odcinku…

Pełna galeria. Panoramy tutaj.
Szok kulturowy #3: how ya doin’?
Po ładnych kilku dniach ciągłego obcowania z lokalnymi osobami pracującymi i zwiedzającymi – a nie tylko rodziną szprechającą po polskiemu – bardzo wyraźnie zaczęła się odznaczać specyfika ludu angloamerykańskiego. Są oni zdecydowanie dużo bardziej gadatliwi, otwarci, i uprzejmi od przeciętnego Europejczyka, a co dopiero Polaka (pamiętamy, Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma Słońca…). Wiem, u nas też można łatwo spotkać uczynnego człowieka, który pomoże, doradzi, ale to naprawdę nie jest to samo, co tam. Gdziekolwiek człowiek się nie zjawił, kogokolwiek nie spotkał, każdy był gotów zaczepić, zagadać na kilka minut, powiedzieć coś ciekawego, życzyć miłego dnia/podróży/posiłku/czegokolwiek. I nawet gdy słyszeli akcenty i dukanie grupy polskiej, nie było zmiany nastawienia że jakiś turysta z cholera wie jakiej dziury, bardziej starali się porozumieć i dogadać mimo barier. To było bardzo fajne i mówię to jako osoba, której wkład w większość rozmów na żywo to kiwanie głową, „aha” i „no”.
Yyy.
Także ten.

Nie ma to jak Amerika :p Mnie się już zawsze będzie kojarzyć zapora Hovera z Fallout 3 pewnie na żywo całkiem inne wrażenie 🙂