East Coast Homeboy – Rankin w USA część 6

17.IX – c.d. Dziura pometeorytowa obejrzana. Jedziemy dalej. Nocleg w dziurze w Nowym Meksyku, najwyraźniej zamieszkanej wyłącznie przez żuli i migrantów. Lokalny mall ma kompletnie zdemolowane przez wandali zadaszenia na wózki. Trochę straszno. Na dinner – kuchnia meksykańska, mocno mid, ale nie ma co wybrzydzać.

18.IX – cały dzień w aucie. Jakiś wariat w ciężarówce dostał ataku szału, po czym mało nie wbił w nas przyczepą zmieniając pas z jednego na drugi i z powrotem. Teksas tylko zahaczony. Zmęczeni. Tym razem udało się złapać nocleg w sieci Holiday Express, czyli solidnej jakości. Lokalny mex dużo lepszej jakości niż wczoraj.

19.IX – jedynym urozmaiceniem przejazd przez Memphis. Piramida robi niezłe wrażenie nawet z oddali. Przynajmniej tereny przestały być pustynne. Pchamy ile wlezie, chcemy jutro skończyć trasę.

Pramidio… Piramida w Memphis

20.IX – zielono mi. Dotarliśmy wreszcie do Karoliny Północnej. Wjazd na Outer Banks w nocy. W Hatteras, w wynajętym domu, byliśmy coś po 23-ciej. Wyszedłem na taras na piętrze posłuchać nocnego oceanu, szybko wróciłem do środka. Parno, duszno, jechało rybą niesamowicie.

21.IX – poranne wyjście na taras poszło lepiej. Nadal strasznie parno – okulary natychmiast zamglone, ale przynajmniej nie śmierdzi. Plaża fantastyczna, ocean nadal słony (sprawdzone). Przez nieuwagę (i japonki) dorobiłem się paskudnych piaskowych otarć między palcami. Poza tym 100% obijania się. Cała rodzina z powrotem w kupie; większość wegetuje na plaży, ja wolę klimatyzowane pokoje.

Hatteras o poranku

22.IX – otarcia dokuczają; pomyślałem że popływam w basenie. Było super, ale jak wyszedłem z wody, odezwała się stara kontuzja stopy. Wiecznie coś. Również się trochę podsmażyłem w tym basenie. Muszę nieco spokojniej w wodzie buszować.

zniszczenia po sztormach

23.IX – niesamowite, trzeci dzień w jednym miejscu. Nikt nie pogania, nikt nie pakuje do samochodu. Łaziłem po plaży wczesnym porankiem, podczas przypływu, radując się jak szczeniak gdy fala ochlapała mnie po szyję. Parę tygodni temu przez Hatteras przewalił się ostry sztorm, nadal widać zniszczenia. Poza tym od cholery krabów, małych i dużych. Do południa leżałem plackiem w basenie. Dolce przywitane, ha.

♪ I’ve got a big bag of crabs here ♫

24.IX – wykrakałem. Dziś cała kupa – 15 osób – pakuje się do samochodów rankiem; na prom do Ocracoke. Na prom czekamy coś pół godziny w ukropie, przepływ trwa ze trzy godziny w jedną stronę bo trzeba mielizny omijać. Na Ocracoke w zasadzie nie ma kompletnie nic poza plażami, małą farmą z konikami, i jedną dobrą restauracją. Na takich „atrakcjach” (ok, restauracja była naprawdę dobra) zeszedł cały dzień.

restauracja na Ocracoke

25.IX – pożegnanie z Hatteras. Wraz z drugą odnogą rodziny pakujemy się do drugiego, ciaśniejszego samochodu (białe Subaru) i jedziemy na północ; reszta wysprząta dom i wyjedzie następnego dnia. Do DC. Trasa trochę okrężna bo po drodze skręcamy na most przez Chesapeake Bay. Ciekawa sprawa – nad wodą, pod wodą, znowu nad wodą. Na miejscu okazało się, że rezerwacja – zrobiona już prawie miesiąc temu – rozjechała się o dzień z rzeczywistością. Na szczęście recepcję akurat obsługiwał nie jakiś szeregowy pracownik, a ktoś wyższego szczebla, który nie tylko chciał, ale i zwyczajnie mógł, dzięki uprawnieniom w systemie, pomóc nam tak, żebyśmy nie musieli płacić drugie tyle za nową rezerwację.

Widok z hotelu w Arlington

26.IX – Waszyngton, D.C.

Problem z rezerwacją był zresztą i taki, że mieliśmy wycieczkę z przewodnikiem właśnie na 26-tego rano ustaloną, więc nie mogliśmy sobie po prostu wrócić następnego dnia. Przewodnikiem naszym był niepozorny starszy facet, który zdecydowanie nie był niepozornym starszym facetem. Z jego napomknięć wynikało, że wcześniej pracował w Pentagonie, znał języki słowiańskie (przyznał się do rosyjskiego, ale wyraźnie z polskim też nie był zupełnie na bakier), i prawdopodobnie – nie pytaliśmy – był też właścicielem tej firmy wycieczkowej. Tour był na takiej zasadzie, że mieliśmy auto i przewodnika do dyspozycji na cztery godziny. Ponieważ żadne z nas nie było nigdy w mieście, poprosiliśmy o ogólny przekrój wedle uznania.

Piętagon

Najbliżej punktu początkowego był Pentagon, który z oczywistych powodów tylko objechaliśmy dookoła. Następnie – Capitol, który był znacznie większy, niż by się można spodziewać. Przewodnik sypał fascynującymi anegdotami i faktami, chociażby o tym, że budynków muzealnych w mieście jest dobre kilkanaście, wszystkie należące do Smithsonian i wszystkie ze wstępem wolnym dla wszystkich.

Tylko jeden z wielu, wielu obiektów muzealnych

Waszyngton był niezaprzeczalnie pięknym miastem. Nic dziwnego; tam gdzie byliśmy praktycznie wszystko było odgórnie zaprojektowane, rozmieszczone i wybudowane przez jednych z najbardziej utalentowanych i uznanych ludzi tamtego czasu. Poza budynkiem FBI, który był strasznie odpychający i ma reputację jednego z najbrzydszych w kraju.

Naprawdę spory ten ich parlament.

Byliśmy pod Białym Domem, rzecz jasna, pomarańczowy orangutan chyba był tam na miejscu, ale my zadowoliliśmy się widokiem z zewnątrz, przez płot w parku. Niedaleko barierek siedział jakiś świr w płachcie głoszącej, że jest „DARK MAGA” i ewidentnie szukał zaczepki. Zignorowaliśmy go i pojechaliśmy dalej.

Teraz naszła mnie myśl że trafiliśmy akurat na ostatnią chwilę żeby zobaczyć dotychczasowy kształt Białego Domu

Objechaliśmy Kolumnę Waszyngtona i wysiedliśmy przy pomniku II Wojny Światowej. Fontanny, reliefy przedstawiające różne wydarzenia, w których USA brało udział – po jednej stronie na froncie europejskim, po drugiej stronie na froncie Pacyfiku. Najbardziej uwagę przykuła sporych rozmiarów ściana wypełniona gęsto upakowanymi gwiazdami. Gwiazd tych było 4048, a każda z nich reprezentowała 100 poległych żołnierzy USA.

Ściana poległych 2WŚ

Następnym punktem był cmentarz wojskowy w Arlington. Niekończące się pola nagrobków, nie zawsze identycznych, gdzie chowani są zabici w służbie wojskowej, ich najbliższa rodzina, oraz wyżsi oficerowie, były utrzymane w najwyższym porządku i schludności. Obejrzeliśmy niegasnący płomień Kennedy’ego, po czym pośpieszyliśmy na grób nieznanego żołnierza, gdzie dzięki temu dane nam było obejrzeć dwa eventy naraz – złożenie kwiatów przez dzieci, oraz, oczywiście, zmianę warty. W płytach chodnika wyraźnie było widać każdy jeden krok, jaki wartownicy wykonują godzinę w godzinę, dzień w dzień, miesiąc w miesiąc… Również intrygujące było to, że wykrzykiwane przez nich komendy i odzewy były w dziwnej kadencji, przez co miałem spory problem ze zrozumieniem, co było mówione.

Kwiaty przy grobie Nieznanego Żołnierza

Następnie pomnik Marcina Luthera Kinga, który był nawet ciekawie pomyślany. Jego relief był w skale jakby wysuniętej z wejścia, na ścianach otaczających obiekt były cytaty z jego przemówień.

MLK

Ostatnim punktem wycieczki był sam Abe, ale zanim złożyliśmy jemu wizytę, obejrzeliśmy najpierw dwa obiekty będące tuż obok. W parku po jego prawicy był pomnik poświęcony wojnie w Korei, tej „zapomnianej” wojnie, będącej zawsze w cieniu Wietnamu. Punktem centralnym był trójkątny wycinek terenu, na którym zamarłe w ruchu były posągi żołnierzy. Po prawej stronie od wejścia, w ciemnym marmurze, były reprodukcje różnych zdjęć, niczym duchy w skale. Dalej była lista poległych w ciągnącym się półkolem kamieniu.

Korea War Memorial

Po lewicy Abrahama Lincolna był pomnik wojny w Wietnamie; tutaj był tylko jeden posąg, z trójką żołnierzy, a większość obszaru zajmowała długa tablica upamiętniająca wszystkich poległych żołnierzy USA, IIRC chronologicznie. Na boku był zeszyt zawierający nazwiska alfabetycznie, pozwalający znaleźć na której tafli umieszczona była konkretna osoba.

Vietnam War Memorial

No i na koniec – Abraham. Lincoln wyglądał nieco inaczej, niż miałem wyobrażenie na podstawie popkultury. Przede wszystkim trzeba było się konkretnie wspiąć po schodach, a sam Abe siedział w cieniu konstrukcji, pod dachem. Spokój miejsca zakłócały donośne roboty renowacyjne – lewa połowa podejścia była odgrodzona, a stopnie dostępne były szlifowane w celu zdarcia narosłych zanieczyszczeń i przywrócenia połysku. Efekt był taki, że było głośno, trochę śmierdziało chemią i w powietrzu unosiły się tumany pyłu. No cóż.

Ol’ Abe

Przewodnik odwiózł nas pod hotel, podziękowaliśmy mu wylewnie, zapakowaliśmy się do auta. Wyjechaliśmy do Vermont, gdzie pozostaliśmy do końca wizyty w kraju.

Z jednym wyjątkiem. Ale to w ostatnim wpisie.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments
Lebowski

Dobry wpis, dużo zdjęć 🙂 Ale ktoś tu chyba Trumpa nie lubi ,, pomarańczowy orangutan” 😛