Chrzest wodny dokumentny – Rankin w USA część 7, ostatnia

26 września bardzo późnym wieczorem wylądowaliśmy w chatce puchatka leśnym domu naszych gospodarzy, w południowej części Vermont. Wszyscy byli dobici 10-godzinną jazdą z DC, więc tylko sprawdzone było czy koty żyją (żyły) i siup do łóżek.

Przeciętna droga gdzieś między Vermont a New Hampshire

W tym domku w Vermont spędziliśmy większość ostatniego tygodnia w USA. Gospodarze mówili po drodze, pół żartem pół serio, że na drogach amerykańskich rzadko widać tablice z tego stanu, bo mało kto z niego wyjeżdża i, cóż, teraz wcale się nie dziwię; po wszystkim co w ostatnich tygodniach zobaczyliśmy było to najładniejsze i, hmm, najprzystępniejsze miejsce w kraju. Przepiękne lasy, rzeki, łagodne wzgórza, czyste schludne miasteczka budowały dość idylliczny obraz. Na dokładkę akurat zaczęły się jesienny zmiany barw drzew, na bardzo ładny czerwony („to jeszcze nie tak jak powinno być, było za sucho w tym roku i czerwień jest spłowiała”). Nie dziwię się naszej amerykańskiej odnodze że dwie rodziny już się do tego stanu przeprowadziły na stałe, a trzecia ma działkę kupioną. W zasadzie to mocno zazdroszczę.

Drzew ci u nich dostatek

O poranku 27 września chętnie zabrałem się na wycieczkę zakupową do oddalonego o godzinę Claremont w New Hampshire. Pomijając okoliczności przyrody – i to, że Claremont też było bardzo ładnym miastem – zakupy jak zakupy; jedynie jedna rzecz zaskoczyła – kasy były obsługiwane po części przez nastolatków (16+), którzy mieli do pomocy przydzielonego opiekuna. Jeszcze dziwniej było, gdy na widok piwa młoda dziewczyna przy naszej kasie zawołała pomoc. Okazało się, że według tutejszego prawa, nieletni nie mogą nawet dotknąć opakowania alkoholu żeby je przeskanować w ramach swojej pracy, musi to zrobić osoba dorosła.

Co kraj to obyczaj, I guess?

łeło łeło

Po dwóch dniach obijania się i wdychania leśnego powietrza wczesnym rankiem wyruszyliśmy na ostatnią, dwudniową wycieczkę. Po sześciu godzinach jazdy na zachód dotarliśmy do Niagara Falls. Same miasto, oczywiście niezbyt nas interesowało, tak samo jak lokalne kasyna i inne przybytki grzechu. Pierwsze co zrobiliśmy – to wycieczka na statku, Maid of the Mist. Od razu niespodzianka – wszyscy pasażerowie dostali niebieskie worki foliowe, znaczy deszczówki z kapturem (btw po stronie kanadyjskiej jest taki sam statek, ale tam deszczówki są czerwone z łatwych do odgadnięcia powodów). Podpłynęliśmy do pierwszego wodospadu, trochę pochlapało, bez szału, przestało. Zdążyłem pomyśleć niepochlebne epitety o organizatorach, gdy statek skręcił i pojechał centralnie w białą chmurę generowaną przez drugi wodospad! Trzęsło wcale nieźle, tafla była biała i spieniona, woda była absolutnie wszędzie w powietrzu i deszczówki pomagały tylko trochę. Zrobiłem parę zdjęć, nawet filmików, ale obiektyw telefonu szybko przestał spełniać swoją rolę, więc resztę wycieczki po prostu, eee, przeżyłem.

Telefon daje znać że starczy tego moczenia

Po takim rejsie cała grupa była kompletnie mokra, ale nadal było dość gorąco, więc gdy wróciliśmy do samochodu, tylko niektóre osoby przebrały buty – reszta zdążyła wyschnąć. Zjedliśmy obiad w niezłym obiekcie stylizowanym na ye olde brytyjską karczmę, po czym przeszliśmy się pieszo na Goat Island. Tam mieliśmy bilety na Cave of the Winds, to jest Jaskinię Wiatrów. Trochę podejrzanie jeden członek grupy sobie odpuścił, mamrocząc niewyraźnie że wrażeń starczy.

Nie wiem po co ten orzeł, po przejściu trasy by też wyglądał jak mokra kura

Cave of the Winds okazało się być bardzo mylącą nazwą. To dlatego, że w żadnej jaskini nie byliśmy; kiedyś była, owszem, ale erozja sprawiła, że już do niej turystów nie puszczają. Zostały dwie części oryginalnej trasy. Pierwszą z nich była krótka edukacyjna projekcja na temat w jak okropnym stanie wodospad się znajdował jakieś 150 lat temu i jak tereny zostały wykupione i odnowione jako pierwszy park stanowy w kraju. Na drugą i ostatnią część zjechaliśmy po windzie na sam dół – i dostaliśmy kolejne deszczówki! Otóż wyszliśmy na system kładek i schodów, pokrytych antypoślizgową gumą i wiecznie mokrych, które prowadziły na sam skraj wodospadu, w miejscu gdzie łupie on o dno zbiornika. Było jeszcze bardziej mokro niż na statku, ciągły, miejscami dość mocny wiatr generowany przez wodospad, piana, pył wodny – tym razem nawet deszczówki niewiele pomogły i na górny poziom wróciliśmy przemoczeni do suchej nitki. Robił się już wieczór, więc jeszcze popatrzyliśmy z perspektywy Goat Island na stronę kanadyjską i wróciliśmy do samochodu. Nocleg gdzieś po drodze i w Vermont byliśmy następnego dnia koło południa.

Głośno i mokro

I to w zasadzie był koniec przygód. Jeszcze parę dni relaksu w Vermont, ostatni zjazd rodzinny… pora było wracać. Jedyne co nam się na koniec zdarzyło to parę kółek po nowojorskich wielopasmówkach, a to dlatego że JFK jest w remoncie, co jeszcze w samo w sobie nie jest czymś specjalnym, ale znaki kierujące ludzi na właściwe terminale były, tradycyjnie dla tego kraju, karygodnym bajzlem konfliktujących informacji i ważnych klauzul pokazanych dopiero jak już człowiek znalazł tę właściwą trasę metodą prób i błędów.

Manhattan z przeciwnego brzegu zatoki

A, no i odprawa celno-graniczna poszła błyskawicznie, szybciej niż w Polsce i szybciej niż na wjeździe. Akurat orangutan doprowadził do government shutdown i owszem, straż lotniskowa, jako „essential workers”, musiała stawić się na służbę (nieodpłatną bo patrz wyżej), ale oficerowie ewidentnie tylko odhaczali formalności bez większej uwagi. 9 godzin później byliśmy w Polsce, była godzina pierwsza po południu i… tyle.

Europa z góry

Już od prawie miesiąca siedzę w PL, życie wróciło do normalności. Choć to sztampa, kusi mnie jakoś podsumować tę once in a lifetime podróż i ten kraj, żeby zakończyć konkretnie relację. Może tak: ogromne kontrasty między bogatymi i całą resztą; wszechobecna chemia, sztuczność i przetworzona kukurydza; przepiękna natura… tam, gdzie jej jeszcze nie skalano. Setki i tysiące kilometrów niczego, zabrane innym bo było można. No i jedna rzecz: Amerykanie nadal są święcie przekonani, że są najlepszym narodem na świecie, że mają wszystko najlepsze, największe, najbardziej zaawansowane… ale tak nie jest. Pomijając ten mityczny 1% superbogatych, nawet w Polsce standardy życia i możliwości już nie odstają za bardzo, a w wielu dziedzinach jesteśmy do przodu względem przeciętnego zjadacza burgerów.

Takim optymistyczno-pesymistycznym akcentem chyba zakończę.

Bye.

Trzy siostry w panoramie
Subskrybuj
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments
Lebowski

Czyli nie ma szału w tej Ameryce 🙂 To co teraz może wspólna wyprawa z JRK

GodOfWar

Bardzo zacna opowieść. Danke

Lebowski

I co nowego JRK, wyślij jakiś wpis, nawet podróż dookoła domu 😛

Lebowski

Panie, mamy 2026, pisz Pan coś póki postanowienia noworoczne jeszcze działają :)1 wpis co tydzień przynajmniej 😛

Lebowski

Hej hej hej nie zapomniałem o tym blogu, kiedy będzie coś nowego, w końcu wiosna. JRK kijek do ręki i w trasę i raportować 😛
Miało być coś tam jeszcze o rowerach 😉