Przedwiośnie 2026

Jeśli mówię, że będę robił aktualki wpisowo-podróżnicze co tydzień, to zrobię i naprawdę nie ma po co mnie poganiać w komentarzach przez pół roku 😀. A tak serio, to znów się pisemnie zaniedbałem, ale za to spacerowo – już nie. Przez dwa ostatnie miesiące wędrowałem systematycznie minimum raz w tygodniu, w sumie robiąc 330 km podczas 11 wycieczek. A pogoda zdecydowanie nie rozpieszczała. Marzec zacząłem pełen optymizmu, idąc co prawda jeszcze trochę przez śniegi, lody i ujemne temperatury, ale z tygodnia na tydzień miało się poprawić. I poniekąd tak było – śnieg zamienił się w błoto, potem w podmokłe bagna, ale temperatury zatrzymały się w okolicach +10 stopni. Słońce skąpiło ciepła i promieni i dni, gdy szło się w miłych prawie-wiosennych warunkach można było policzyć na palcach jednej ręki. Zwykle i tak trzeba było pakować na nogi zimowe buciory, a na głowę ciepłą czapkę 😦. Z tych 11 wypraw tylko dwa razy przebrałem się w sandały, a i tak były to takie naciągane okazje.

9 wypraw odbyło się w województwie lubelskim – kilka z nich to różne warianty powrotów do Chełma (wyjazd rano pustym busem, który jechał po młodzież ze szkół średnich do okolicznych wiosek i spacer w kierunku domu), ale udały się i dłuższe wyprawy. Z Lublina powędrowałem do Nałęczowa, z Nałęczowa do Kazimierza Dolnego, stamtąd do Puław i w końcu do Dęblina. W Kazimierzu nad Wisłą byłem po raz pierwszy – i po raz pierwszy łaziłem też po nadwiślańskich wąwozach lessowych Kazimierskiego Parku Krajobrazowego. Te dwa dni, gdy je tam eksplorowałem wstrzeliłem się z pogodą genialnie – i bardzo dobrze, bo i miasteczko i trasy przez park były tego warte. Wąwozów zatrzęsienie, niektóre niewielkie, niektóre (jak te przy kolejnym fajnym średniowiecznym królewskim miasteczku – Wąwolnica) nawet z 13-metrowymi stromymi ścianami, na których rosną sobie beztrosko sosenki i straszą wystającymi nad głowami korzeniami. O tej porze roku i nad Wisłą i wąwozach pustki, więc mogłem sobie wędrować bez przepychania się łokciami, w samym Kazimierzu trafiłem nawet na cotygodniowy targ spożywczy, było więc bardzo lokalnie i naturalnie – w sezonie to miejsce zamienia się w skansen pełen turystów i miejscowych naciągaczy, więc już zapewne zupełnie inne klimaty. Widać to zresztą po cennikach – wejście do wszelkich atrakcji (typu wieża na skarpie nad Wisłą, ruiny zamku, niektóre wąwozy, czy nawet górka widokowa) jest płatne. Pierwszy raz widziałem, żeby ktoś pobierał opłaty za wejście na górkę, by sobie popatrzeć, skandal.

Kolejna wyprawa – w zasadzie od niej powinienem sprawozdanie zacząć, bo była zaraz na początku marca – poprowadziła mnie oficjalnym szlakiem Lubelskiej Drogi Świętego Jakuba – ze startem w Lublinie i kierunkiem na Kraków – choć oczywiście tym razem potuptałem nią tylko 30 km – wzdłuż zamarzniętego jeszcze wtedy i ponurego Zalewu Zemborzyckiego, przez przygnębiająco szare i bezlistne drzewa okolicznych lasów i biednawe podlubelskie wioski. Ta pora roku zdecydowanie nie sprzyja walorom widokowym i w sumie cieszę się, że nie podkusiło mnie, by ruszać na polskie Camino w marcu, czy w kwietniu. Dwie kolejne wyprawy rzuciły mnie też na wschodnią granicę – do Hrubieszowa i nad Bug, gdzie z zadowoleniem stwierdziłem, że nasze graniczne służby mundurowe nadal są czujne i zostałem zgarnięty przez patrol już po pięciu minutach wpatrywania się w odległy o rzut kamieniem drugi, ukraiński brzeg rzeki. Mimo że byłem w totalnym lesie, bez śladu cywilizacji, czy infrastruktury granicznej, ale widać jakieś czujki tam jednak mieli 🙂. Lasy i pola Lubelszczyzny to niemal gwarantowane spotkania z dużą ilością dzikiej zwierzyny – sarny widziałem praktycznie za każdym razem, raz stadko rogatych jeleni, bliżej końca kwietnia wszędzie bociany, zające, przepiórki, bażanty, żurawie, cały zwierzyniec.

Na dwie ostatnie (znaczy nie chronologicznie, one były gdzieś w połowie) wyprawy przeteleportowałem się do Goleniowa i stamtąd, podczas tygodniowego pobytu wyskoczyłem nad morze, by przejść kawałek Camino przez wyspę Wolin i pokręcić się po okolicach Szczecina. Tu pogoda już tak nie rozpieszczała, a i wiosna też się nie spieszyła z rozpoczęciem, więc aż takich atrakcji wizualno-przygodowych nie było i nie ma o czym pisać 🙂. Tym samym uznaję, że zaległe wpisy nadrobiłem i optymistycznie zakładam, że teraz już będę na bieżąco – jedna wycieczka – jeden wpis (chyba że będzie straszna lipa i zupełnie nie będzie o czym pisać ani jakimi zdjęciami się chwalić). Bo póki co – na dłuższe i dalsze podróże się nie zanosi – więc mogę i siebie i was karmić tylko takimi w miarę lokalnymi 😦.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Lebowski

Doczekaliśmy się, warto było czekać 2 miesiące 😛 JRK a może walnij GSB tj główny szlak Beskidzki albo cuś takiego 🙂 Tanio, lokalnie i ładnie, bo można się przekimać w schroniskach, same zalety a no i odznakę dostaniesz 😛

sirpaul

proponuję niech JRK idzie w sierpniu na pielgrzymkę z Chełma do Częstochowy i zakasuje tamtejszych piechurów starych pielgrzymów