Częstotliwość wpisów zdecydowanie mi się zagęszcza, tym razem czekać trzeba było tylko kilkanaście dni. Ale nadal nie mam wam nic ekscytującego do zaoferowania – w maju wydarzyły mi się raptem dwie komunie, dwa spacerki i jedna wycieczka rowerowa. Można się rozejść, nie ma o czym pisać i o czym czytać.
Jedna komunia była na miejscu, jedna pod Czarnolasem – byłem tam po raz pierwszy w życiu, wybrałem się więc przy okazji pod stary dworek Kochanowskiego, pod jego lipę i na grób Orszulki. Wszystko okazało się być dawno zniszczone i w parku poza ładną przyrodą i muzeum nie zachowało się nic. No cóż. Obie wycieczki piesze zabrały mnie w również w nieznane mi, mimo że w sumie pobliskie rejony Skierbieszowskiego Parku Krajobrazowego – w końcu pogoda zaskoczyła, świat nabrał kolorów, skończyło się zimowo – przedwiosenne nadużywanie odcieni szarości. Błękit nieba, zieleń traw i drzew, żółć rzepaków, wszystko bardzo pozytywnie oddziaływało na moje receptory bodźców i kilometry same się robiły. Na jedną z tych wypraw zabrała się też caminowa ciotka i od razu przyniosła pecha. Zakupiłem sobie nowe sandałki i okrutnie mnie na premierowej trasie okaleczyły, obtarły nogę niemal do samej kości, będzie mi się to goiło z miesiąc i przez tyle czasu nowych butów nie mam co nawet próbować. Nikłym pocieszeniem było, że ciotkę jej własne stare i wysłużone buty załatwiły jeszcze bardziej 🙂.
Rowerowe otwarcie sezonu równie skromne – miesiąc kończę więc z wynikiem 55 km w nogach i 35 km na rowerze. A biorąc pod uwagę dwie wspomniane w tym samym czasie imprezy komunijne, mój bilans wagi ciała nie wygląda zbyt różowo 😀. Jak wspominałem, pisać za bardzo nie ma o czym, więc wystarczyć wam musi tych kilka zdań i równie mizerna garść zdjęć.
