Udało mi się wygospodarować kilka dni wolnego, postanowiłem więc wyrwać się na jakąś dłuższą niż kilkugodzinną wyprawę. Główny problem był jednak taki, że z kasą jest bardzo krucho, więc nie mogłem szaleć – zdecydowałem się więc na wyjazd do kraju, który jednoznacznie kojarzy się z taniością – Szwajcarii! 😁 A ponieważ nie mam ani roweru, ani namiotu, ani w sumie żadnego już sprzętu campingowego, plus w tym roku na rowerze byłem raz i mocno się sponiewierałem mimo skromnego dystansu, to oczywistym wyborem była kilkudniowa wyprawa rowerowa ze spaniem na campingach 😁. Bilety lotnicze zostały zakupione, zaskakująco tanio (taniej niż kuszetka z Chełma do Goleniowa! – ceny za lot od 116 zł), malutki plecak spakowany (cena niska, bo tylko z podręcznym), na głowie pożyczony kask rowerowy i ahoj przygodo!
Cena trochę się wyjaśniła, bo raz, że był to WizzAir, dwa, że lot z Modlina (dojechać tam nie tak łatwo, lotnisko małe i okrutnie zatłoczone, brak miejsc, żeby sobie usiąść, całość to poplątane kolejki do różnych lotów), a przede wszystkim mieli osobną osobę, która do milimetra sprawdzała wielkość i wagę bagażu, zmuszając do dopłacania nawet za nerkę przewiązaną przez biodra. Cud, że udało mi się ten kask jako część garderoby przemycić 😁. Lot krótki, poniżej dwóch godzin i już mogłem się meldować we Francji (śmieszne lotnisko wspólne dla trzech państw Bazylea – Miluza – Fryburg). Z lotniska zostałem zgarnięty przez szwajcarskiego kuzyna i pojechaliśmy prosto na pole namiotowe nad Renem. Po drodze jeszcze trzeba było tylko załadować pożyczany dla mnie sprzęt rowerowo-campingowy i wyprawa mogła się oficjalnie rozpocząć.
Plan był ambitny – mieliśmy trzy dni (Szwajcarzy, Niemcy i Austriacy obchodzą Zielone Świątki na bogato, wolny przedłużony weekend) na objechanie Jeziora Bodeńskiego (czasem nazywanego Konstanckim). Pierwszy dzień jechałem z kuzynem (tak, tak, to ten sam, u którego już na tym blogu zabawiłem kilka lat temu), dwa pozostałe dogonił nas jeszcze jeden kumpel. W sumie wyszły nam trzy noclegi pod namiotami – pól campingowych jest tu mnóstwo, aczkolwiek głównie pod samochody, ale i pod namiot zawsze jakiś kawałek trawy się znalazł. Pogoda niesamowicie dopisała, mimo wcześniejszych niezbyt optymistycznych prognoz, nie tylko nie padało, ale przez cały tydzień temperatury nie spadły poniżej 30 stopni. Co w połączeniu z długim weekendem oznaczało miliony osób odpoczywających na jeziorem – głównie jak my, na rowerach. Ale w sumie w niczym mi to nie przeszkadzało. Infrastruktura rowerowa wokół jeziora jest fenomenalna – wszędzie ścieżki, specjalne drogi, zawsze czułem się bezpiecznie, nikt mnie nie usiłował rozjechać, rowerzyści mają tu naprawdę rajskie warunki. Po raz pierwszy jechałem na tak długą trasę rowerową, po raz pierwszy miałem sakwy (zaskakująco ciężkie, chwilę trwało zanim przyzwyczaiłem się do zmienionego balansu, faktu, że roweru nie podniosę, że będzie się przewracał, że jest mniej skrętny i trzeba podnosić nogę przy wsiadaniu mocno wysoko), ale rower dostałem wypasiony, więc w sumie i tak jeździło mi się fenomenalnie.
Trasa prowadziła przez trzy państwa – Szwajcarię, Niemcy i Austrię. I była przepiękna. Fenomenalna przyroda – maj to ta pora roku, gry chyba jest najpiękniej – zielono, kwitnące kwiaty, łąki, pola, winnice, majaczące w tle ośnieżone Alpy, czyste i przejrzyste wody jeziora z żaglówkami, a do tego ciesząca oko średniowieczna architektura w mijanych miasteczkach. Kumulacja domków, kościołów, kamienic nawet sprzed tysiąca lat (wojna tu zdaje się nie dotarła, więc naprawdę sporo się zachowało), a wszystko w takim typowym niemieckim stylu – moje oczy potrzebowały nowych widoków i dostałem tu właśnie sporą dawkę czegoś takiego. A nad tym wszystkim latał sobie codziennie turystyczny sterowiec Zeppelina (który swoją fabrykę miał i w sumie nadal ma właśnie nad tym jeziorkiem) – wyglądało to obłędnie, zwłaszcza jak się akurat było w średniowiecznej wiosce albo gdy skręcał na tle alpejskich szczytów – za każdym razem gdy wpadał mi w oko musiałem stawać i lampić się z otwartą paszczą 😁. Mimo że okrążaliśmy jezioro, nie zawsze było płasko, górki często podchodziły pod sam brzeg i trasa się na nie wspinała, dając mi w kość, ale nagradzając widokami z wysokości. Najładniejszy fragment był chyba w Austrii, ale i najkrótszy – śmignęliśmy go w pół dnia i obyło się bez noclegu tam (2 w Szwajcarii, 1 w Niemczech). Tempo mieliśmy spokojne, w sumie przez trzy dni wyszło zaledwie 180 km, aczkolwiek rekord dzienny rowerowy (80 km) też mi wpadł. Noclegi były całkiem znośne (jak się człowiek mocno zmęczy na rowerze, to fakt że pole namiotowe jest zaraz przy ruchliwej autostradzie aż tak mocno nie przeszkadza, w końcu i tak się uśnie), na szczęście nie zapomniałem jak się śpi w namiocie, a wypożyczony śpiwór był najlepszy, jaki kiedykolwiek widziałem, – lekki, malutki, a chyba na +2 stopnie – przy czym przy tej pogodzie traktowałem go jako kołderkę i się nie zasuwałem nawet). Frajdę miałem z tego niesamowitą, wyprawę uznaję za pełen sukces, zwłaszcza że trasa w większości pokrywała się z lokalnymi odcinkami Camino, więc radość tym większa. Po wszystkim zapakowaliśmy się z rowerami w pociąg (cena za bilet za te kilka przystanków wyższa niż za lot z Polski, Szwajcaria jest jednak bardzo droga, jak się nie ma kuzyna który bierze na siebie takie detale jak wyżywienie, zakwaterowanie, osprzętowanie, bilety itp. – przy okazji raz jeszcze dzięki 😝) i ruszyliśmy ku Bazylei, gdzie miałem do zagospodarowania jeszcze kilka dni. Ale o tym już może następnym razem, bo i tak mi coś sporo obrazków wyszło…

Hehe i doczekałem się na rowerze 😛
👍