Wtem! I już po wyprawie

W Bazylei miałem do zagospodarowania jeszcze 3 dni i wszystkie miały mieć ponad 30 stopni ciepełka, szkoda więc było je marnować, rzuciłem się w wir szwędania. Jako że po trzech dniach na rowerze tyłek jednak trochę bolał, postanowiłem zacząć skromnie – od wycieczki pociągiem do Francji. Kuzyn namówił mnie na wizytę w odległym o 80 km alzackim miasteczku Colmar, o którym wcześniej nic nie słyszałem. Za pomocą dwóch pociągów (żeby było śmieszniej, w szwajcarskiej Bazylei jest też mini-dworzec francuskiej kolei, gdzie kupuje się bilety za euraki i nawet widziałem jakichś celników, czy innych strażników granicznych, którzy losowo sobie wylosowali jakiegoś za bardzo śniadego pasażera), takich raczej lokalnych i z przesiadką w Miluzie, w końcu dotarłem. Colmar okazał się być miejscem bajkowym. Przecudnej urody średniowieczne stare miasto z tysiącami domków żywcem wyjętych z disneyowskiej Pięknej i Bestii, malowane, czasem wprost nad niewielką rzeczką, we wzory z takich jakby belek, więc wyglądały jak szachownice, w oknach kwiaty, no cud, miód i orzeszki. I nie przeszkadzał mi nawet lejący się z nieba żar i tysiące turystów, jak w jakiejś Wenecji – a to był przecież zwykły majowy poniedziałek, strach się bać, co tu się dzieje w sezonie. Po dłuższym zwiedzaniu miasta byłem już mocno przebodźcowany, ale mimo to nadal czułem niedosyt. Szybka konsultacja z mapą pokazała, że nieopodal Colmaru wyznaczona jest alzacka trasa Camino. W tym momencie na ramieniu wyskoczył mi diabełek i zaczął podszeptywać „no to co że ukrop i że czort wie dokąd to prowadzi i jak stamtąd wrócisz do Szwajcarii, idźmy!”. Na szczęście na drugim ramieniu wyskoczył aniołek i wykrzyczał „diabeł dobrze gada, idźmy”. Byłem więc przegłosowany i cóż było robić, ruszyłem. I nie żałuję, mimo że pogoda była naprawdę sporym utrudnieniem. Ale za to widoki! Trasa prowadziła przez pofałdowane tereny Alzacji, głównie winnice, z widokiem na jakieś górki z ruinami zamku, fajne miasteczka, które z daleka prezentowały się ślicznie (brązowe dachy lśniące w słońcu), a z bliska okazywały się mini-wersjami Colmaru, tyle że bez tłumów, czasem nawet trafiał się kawałek w zalesionym terenie i można było odpocząć od słońca. Problem był tylko z wodą, bo na bezludziu i w tych mniejszych wioskach sklepików nie było, na szczęście ratowały fontanny. Po jakichś 30 km dotarłem do większego miasteczka (poznałem po ogromnej katedrze), gdzie złapałem pociąg do Miluzy, a stamtąd kolejny do Bazylei. Wyprawa bardzo udana, ale teraz będzie mnie męczyło żeby więcej tego francuskiego Camino kiedyś przejść, bo podobało mi się okrutnie.

Dzień kolejny to znów brak odpoczynku, tylko kolejne 30 przetupanych kilometrów- i też na Camino, tyle że na odcinku szwajcarskim. Kuzyn jechal do pracy, zabrałem się z nim, więc tym razem oszczędziłem na komunikacji. Zacząłem od przejścia Renu na stronę niemiecką, zwiedziłem tam sobie jedno miasteczko (skupiając się na zakupach w supermarkecie 😝), potem innym mostem z powrotem do Szwajcarii, tu kolejne średniowieczne miasteczko (całkiem urocze, ale za bardzo na wzgórkach jak na mój gust!), o czym ruszyłem wzdłuż Renu w drogę powrotną. Trasa była bardzo fajnie wyznaczona – zaraz nad rzeką, wąska ścieżka, czasem na wysokości nurtu wody, częściej na jakiejś skarpie, prawie zawsze zalesiona, więc był i cień i cisza, mimo że zaraz obok biegła i autostrada i linia kolejowa. Bliżej Bazylei zrobiły się mocno industrialne tereny i w którymś momencie remont trasy pieszej zmusił mnie do odbicia przez mocno głośne rejony z ciężarówkami, pyłem i betonowymi molochami, ale nie zepsuło to całości odbioru. W samej Bazylei nad Renem kąpielisko, pół miasta pluskało się w wodzie, ale dla mnie zdecydowanie za zimna.

W ostatni dzień zwiedzania znów wskoczyłem na rower i tym razem skierowałem się na południe – cały dzień pozostając w Szwajcarii. Łatwo nie było, bo teren tu mocno pagórkowaty, często gęsto musiałem zsiadać i rower prowadzić, nachylenia stoków były całkowicie zabójcze. Ale wiadomo, coś za coś, skoro są podjazdy, to są też i widoki. I były! Znalazłem zameczek, grotę mnicha samotnika, rzymskie ruiny z amfiteatrem (miejscówka, która nawet pojawiła się w komiksach z Asteriksem!), a przede wszystkim coś, co zwie się Goetheanum. Na szczycie jednej z górek stoi sobie zbiorowisko dziwnych budynków, trochę pachnących hiszpańskim Gaudim. Dziwne kształty, kominy, niektóre jakby z gliny. Główny budynek ogromny, monumentalny, bryłowaty. W środku jeszcze ciekawiej – duże marnotrawstwo przestrzeni, balkony, klatka schodowa do nikąd, dziwne kąty, bardziej jak abstrakcyjne dzieło sztuki niż budynek. A przeznaczenie jeszcze lepsze – to główna siedziba Towarzystwa Antropozoficznego, wraz z Wyższą Wolną Szkołą Nauk Duchowych – założona ponad 100 lat temu, to jakiś ruch religijno – naukowy, z tego co próbowałem z ich filozoficznego bełkotu wyłowić, zdaje się, że próbują ogarnąć świat duchowy za pomocą nauki – ale głównym narzędziem badań jest medytacja, także ten tego 😁. Miejsce jest dostępne dla każdego, mogłem sobie na legalu wszędzie wejść, łącznie z biurami naukowców, którzy w pocie czoła medytują nad swoimi biurkami, uśmiechając się z delikatnym zażenowaniem w odpowiedzi na moje równie badawcze spojrzenia w ich stronę. Mają też sale wystawowe, wykładowe, fajne kibelki i darmowe dystrybutory z zimną wodą gazowaną – więc mój ostateczny werdykt – to spoko goście, niech im się wiedzie 😁.

Tydzień w Szwajcarii, Niemczech, Austrii i Francji zleciał mi bardzo szybko, każdy dzień wypchany wrażeniami i zrobionymi kilometrami, a teraz czas wracać do chełmskiej rzeczywistości – kolejne ewentualne wpisy znów będą z polskich leśnych dróżek…

Subskrybuj
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Popularne
GodOfWar

👏👏👏

Lebowski

Chcemy więcej, chcemy więcej !!!

sirpaul

nie Gadu tylko Gaudi 🙂 ale faktycznie ciekawe kto to zaprojektował, fontanna z Bazyliszkiem nie zamieniła Cię w kamień? zaśpiewać ? a jak to była arena do walki z lwami? 😛