Forum JRK's RPGs

Encyklopedia galaktyczna gier cRPG

Fotoblog - reaktywacja v.2

Strona: « < 1 2 3 4 5 >

Autor Post
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 88

Trening kondycyjny

Najpierw drobna korekta. Mój poprzedni wpis wykazał moje braki w tak podstawowych dziedzinach jak matematyka (nieznajomość definicji rombu) i co gorsza - geografii. A to jako samozwańczego wybitnego podróżnika (w planach) zabolało mnie chyba bardziej :D. Morrak był tak niemiły, że wytknął mi fakt, że Egipt leży bardziej na wschód niż Białoruś, więc moje granice maksymalnych zasięgów nie-rombu się przesuwają. I przy tej okazji przypomniało mi się, że byłem przecież jeszcze dalej na wschodzie niż Egipt - w Petrze w Jordanie. I tak w przeciągu kilku dni mój oszukany romb idzie na wschód o kolejne setki kilometrów. Ale kolejny rozrost dopiero podczas wyprawy... Chyba? :D

Obraz wysłany przez użytkownika
Zaktualizowana mapka maksymalnych zasięgów

Dziś miałem trzeci wolny dzień w sierpniu (po czterech ostatnich przepracowanych ponownie pod rząd) i spędziłem go dość intensywnie. Na 11 odwiedziłem mojego starego dentystę (który zdążył zgubić wszystkie moje dokumenty, w tym starsze prześwietlenia szczęki i takie tam - ale niby mają poszukać lepiej i je znaleźć na następny raz - zobaczymy) i musiałem wypełniać ankiety o zdrowiu raz jeszcze. A potem dentystka zabrała się za moją jedynkę. Poprzednia babka znęcała się nad nią całe trzy minuty - tym razem operacja trwała godzinę i 15 minut. Na dzień dobry dostałem zastrzyk ze znieczuleniem, który spraliżował mi pół twarzy, ale szczęśliwie zadziałał, bo nie czułem nic a nic - a wiercenia było sporo - z małej dziurki w zębie po wywierceniu podejrzanych rejonów zrobiło się dziursko na 1/3 zęba - wątpię czy on takie wybebeszenie przeżyje. A sadystka zaprosiła mnie na kolejne wizyty, bo chce to samo zrobić jeszcze trzem kolejnym. I próbowała mnie namówić na aparat, ale nie zgodziłem się (nawet gdybym nie planował podróży, to już by mi się nie chciało 3 kolejne lata użerać z metalem na zębach). Wersja zastępcza do szyna, coś w stylu nakładki jak dla bokserów, którą miałbym nosić jak często się da, a już na pewno do spania - na to wstępnie się zgodziłem. Dzisiejsza masakra ząbka kosztowała mnie 250 zł, więc nieco nadszarpęło to mój budżet, ale to zło konieczne, z bolącymi zębami podróż nie miałaby sensu.

Znieczulenie trzymało i trzymało i coś nie chciało puszczać, ale kiedy kumpel koło 15 zapytał mnie, czy nadal jestem zainteresowany podrzuceniem mnie do wioski 20 km od mojego miasta (kiedyś go prosiłem, żeby sobie stamtąd wrócić na piechotę, a on akurat dziś się tam wybierał), stwierdziłem, że czemu nie. Zwłaszcza że akurat wyszło słonko i ma być tylko dziś - to chyba ostatni ciepły i niedeszczowy dzień sierpnia. I tak przetuptałem przez lasy te 20 km z powrotem do domu, cały czas czekając aż zejdzie mi znieczulenie i zaczną nawalać zmasakrowane dziąsła - dentystka ostrzegła mnie, że trochę się z nimi musiałą obejść brutalnie, sam ząb miał niby nie boleć. Ale z jakiegoś powodu, mimo 4 godzin spaceru, nic nie bolało. Takie dobre znieczulenie, czy jednak mam tak silny organizm? Dowiem się w nocy, jeśli prześpię bez problemów albo obudzę wstrząsany falami bólu :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
[img]Leśny spacerek[/img]

Trasa ładna, słonko świeciło, w samym t-shircie, mimo że pod koniec troszkę już było chłodnawo. Tym razem zabrałem też duży plecak, ale jeszcze go na maxa nie pakowałem, szło się więc bardzo przyjemnie. Ze zwierzaków spłoszyłem tylko 2 czaple po drodze.

Obraz wysłany przez użytkownika
Ostatni ciepły dzień tego lata.

Aha i miał być brud, smród i ubóstwo, więc dla widzów o mocnych nerwach i pozbawionych odruchów wymiotnych - zdjęcie moich stóp po trasie: buty wziąłem rozwalone, bo mi dobrych było szkoda na las, porwałem też po drodze skarpetki (a takie fajne były :( ), więc piach miałem wszędzie w środku:
https://i.imgur.com/oZLGsUy.jpg
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, 24 sie 2021, 21:22. »
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 95

Wakacje!

W końcu doczekałem się – wakacje! Całe cztery dni wolnego pod rząd! I oczywiście trafiłem w moment, gdy pogoda jest totalnie do bani, niby koniec sierpnia, a zimno, a na dodatek pada. No cóż. I tak w sumie to już po wakacjach, bo piszę to już po powrocie, znów siedząc w pracy – i nawet zrobiło się cieplej i słonko wyszło, co to za oszukaństwo!

W czwartek przepracowałem grzecznie 11 godzin, zamknąłem lotto o godz. 20:00, zjadłem kilka parówek i zacząłem się pakować. Nocny pociąg miałem o 21:44 – padać zaczęło gdy wyszedłem z plecakiem na dworzec. Pociąg startował ze Świnoujścia, więc miał niecałą godzinkę drogi. A i tak zdążył złapać 15 minut opóźnienia. Przesiadkę miałem mieć w Warszawie i miałem na nią rano kupę czasu, bo ponad 2 godziny. Spoiler alert – okazało się to być za mało – pociąg w którymś momencie w nocy całkiem nam się rozkrzaczył, podobno popsuła się lokomotywa. Ale to pikuś, bo popsuły się też drzwi między wagonami i przez jakaś godzinkę postoju automatycznie się otwierały i zamykały, tyle że nie ze zwykłą prędkością, a na całej parze. Rozkoszny dźwięk do słuchania o 2 w nocy – i jeśli kiedyś będę chciał kogoś torturować, to zapomnijcie o zrywaniu paznokci albo przypalaniu – posadzenie koło takich drzwi działałoby lepiej. Ja byłem gotów zdradzić wszelakie sekrety, byle tylko to się już skończyło :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Więzienne prycze pociągowe

Z jakiegoś powodu w pociągu lepiej mi się śpi na siedząco, ale postanowiłem zabawić się w burżuja i wykupiłem kuszetkę. Dwa potrójne zestawy łóżek piętrowych w przedziale, czyli 6 śpiących osób, moje miejsce było na samej górze i kiedy się załadowałem, reszta była już zajęta. Na cichaczu i po ciemku, dokonując cudów akrobatyki wspiąłem się z plecakiem na samą górę, udało mi się nikogo nie obudzić i jakoś na tej swojej niewielkiej półeczce pod sufitem zainstalować (obstawiam po chrapaniu że spali dalej). Trochę się z zasypianiem pomęczyłem, potem obudziły mnie te cholerne drzwi podczas postoju, ale w końcu usnąłem. Dziadki z innych łóżek wstali o 6 rano (czyli 3 godziny przed wysiadaniem) i stwierdzili, że nie odwzajemnią uprzejmości – zaczęli hałasować, gadać i dobrze się bawić, nie zwracając uwagi na osoby które próbowały nadal spać – niestety jest to reguła, a nie wyjątek w tego typu moich podróżach. Nie szkodzi, trening wytrzymałościowy mi się taki też przydał :D.

Początkowy plan zakładał przesiadkę w Warszawie po 2 godzinnych oczekiwaniu na kolejny pociąg – jak już zresztą wspomniałem wcześniej. Kiedy jednak zadzwoniłem do siostry, by pochwalić się że do niej przyjeżdżam, ta zgasiła mnie informacją, że środa- piątek jedzie ze swoimi ledwo nastoletnimi bąbelkami do Warszawy. Plan został więc zmieniony na wersję taką, że zostaję w stolicy z nimi i zwiedzam do 17ej, gdy razem pociągiem wracamy do rodzinnego Chełma. Biletów nie zdążyłem zwrócić i pogodziłem się ze stratą – ale w związku z tym, że pociąg się spóźnił, wycwaniłem się, udałem do kasy i oprotestowałem ten fakt, domagając się jednak zwrotu kasy. Co prawda bez paragonu zakupu nie chcieli mi wypłacić, ale wypisali pismo potwierdzające moje roszczenia – teraz muszę albo znaleźć paragon (i raczej mi się to uda) albo iść do banku, żeby mi oddrukowali – niemiła pani w okienku nie chciała oglądać dowodu wpłaty na moim telefonie, chciała mieć świstek w garści.

Obraz wysłany przez użytkownika
Stolyca!

Zwiedziliśmy więc sobie Złote Tarasy, siostra podrzuciła mi najpierw jednego, a potem obie sztuki potomstwa, a potem chwilę sama się poczilałtowała w jakichś ciuchlandach, pojeździliśmy tramwajami, metrem, zajrzeliśmy do McDonaldsa (dwa razy), raz na ciacha, odwiedziliśmy ciotkę, obejrzeliśmy kolejkę na taras widokowy w Pałacu Kultury i dzień zleciał. Po kolejnych kilku godzinach w pociągu, dojechaliśmy w końcu do domu. Moja podróż trwała więc dobę bez kilku minut.

Dwa dni w domu spędziłem na oglądaniu deszczu zza szyb, ale kilka razy udało mi się na rower wyrwać – ale w sumie ujechałem przez te 2 dni niecałe 25 km, więc szału nie ma. Wczoraj rano wsiadłem w kolejny pociąg i po dwóch kolejnych przesiadkach i tylko 12 godzinach w podróży dotarłem do Goleniowa. Wakacje skończone, czas wracać do pracy.

Obraz wysłany przez użytkownika
Ustalanie kwietniowej trasy Camino - ale o tym więcej następnym razem.
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 98

3 miesiące za nami, 7 przed nami

Trzy miesiące przygotowań za mną. Stan oszczędności na wyjazd: 5.000 zł (następna wizyta u dentysty na 10 września, trzeba będzie zacisnąć pasa żywnościowo, żeby tych zapasów gotówki nie ruszyć). Do kwietniowego startu wyprawy pozostało już tylko 7 miesięcy. Można powoli rozpoczynać okres paniki przedwyjazdowej :D. Umowy w pracy nadal nie dostałem, dziś już trzeci dzień jak pracuję bez podpisanych dokumentów – ale lottomat działa, a gdyby mi nie przedłużyli, to raczej byłby zablokowany :D. No i dziś dzwonił do mnie kierownik, czy zgodzę się w przyszłym tygodniu na dodatkowe dni pracy – zastępstwo. Zgodziłem się, każdy dodatkowy dzień pracy, to 2-3 dni więcej na podróże po Indiach.

Obraz wysłany przez użytkownika
Te mi się podobają, ale cena mocno odstrasza

Wczoraj miałem jednakże wolne i ucieszony z ładnej pogody, wskoczyłem w pociąg do Szczecina, by odwiedzić tamtejszy Decathlon. Plan zakładał zakup plecaka i obejrzenie mat samopompujących się. Nawet sobie wcześniej online obczaiłem dwa plecaczki, które mi wizualnie na stronce sklepu podeszły, ale wiadomo – trzeba najpierw przymierzyć i obaczyć czy coś nie uwiera albo jakieś inne głupie rozwiązanie. Rozczarowałem się jednak, sklep był bowiem w te towary bardzo skromnie zaopatrzony, moich modeli nie było – najbliższe są w Poznaniu, a trzech godzin pociągiem w jedną stronę telepać mi się jednak nie chciało – pozostał mi zakup online i czekanie na przesyłkę bez przymierzania, co nie do końca mi się uśmiecha, ale nie ma było wyjścia. Mat też prawie nie mieli, więc cały wyjazd był stratą czasu i pieniędzy na bilety, buu. Po przeczytaniu kilku pozytywnych recenzji, między innymi

kliknąłem w opcję kup, pożegnałem się czule z 350 zł i teraz czekam do wtorku – wtedy ma pojawić się kurier. Oczywiście pracuję we wtorek od 9 do 20, więc będą akcje z odebraniem paczki (nie mieli do wyboru paczkomatu – w sumie ma sens, bo towary mają zbyt gabarytowe). Jak dojdzie, to oczywiście zdam relację z pierwszych wrażeń.

Jeszcze podczas wizyty w sklepie, mimo klapy plecakowej, obczaiłem sobie za to buty, bluzy i spodnie – i tu wybór mieli fajny i jak będzie bliżej startu zapewne się w coś ubrankowego od nich jeszcze zaopatrzę – bluzy ciepłe, a lekkie, z zasuwanymi kieszeniami, kapturem, suwakiem na brzuchu i co najważniejsze – ze wzmacniaczami w miejscach gdzie się nosi plecak – więc raz że się nie przetrą, a dwa że ciut wygodniej będzie. Póki co, przywiozłem z domu dwie inne nowe bluzy – które w sumie też niemal spełniają moje wymagania, ale i tak są dużo cięższe niż te decathlonowe (jedną ukradłem tacie, na drugą naciągnąłem mamę). Spodnie podpasowały mi też – z dużą ilością zasuwanych kieszeni, możliwością odczepienia dołów i zmienienia ich w szorty, ze wzmocnionym materiałem na tyłku do siadania w terenie :D. To doczepianie do mnie najbardziej przemawia, bo podróżować lubię najbardziej w szortach właśnie, ale czasem przydają się i długie (wejście do kościoła, czy meczetu albo przedarcie się przez pokrzywy). Butów mieli największy wybór – i z tym będę miał największy dylemat – wciąż nie podjąłem decyzji, jakie je chcę.

Obraz wysłany przez użytkownika
Dwie zdobyczne bluzy - 4F i... Lotto (ale nie moja firma, tylko ta sportowa)

Po powrocie ze Szczecina spotkałem się z psiapsiółkami (chyba pierwszy raz od dobrych 5 miesięcy), które popełniły błąd taktyczny polegający na najpierw skrytykowaniu mojego pomysłu wyjazdowego, wykazaniu braku wiary w jego realizację, a potem zgodziły się na spacer po okolicy. W ramach zemsty zostały przeczołgane przez ścieżki zarośnięte pokrzywami po szyję, pajęczynami ze zmumifikowanymi pszczołami i łąki tak rozbujałe po ostatnich deszczach, że wyglądały jak dżungla. Po 8 km dziewczyny miały serdecznie dość, głośno pomstując na swoją własną naiwność, że znów dały mi się wyprowadzić w maliny i przypomniały sobie dlaczego widujemy się raz na pół roku :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Kumpela podczas obiecywania sobie, że nigdy więcej na spacer ze mną

Dziś zaczynam ciąg pięciu dni pracy pod rząd, więc znów sobie nie pospaceruję. Zarejestrowałem się za to na wizytę w Urzędzie Wojewódzkim – najbliższy wolny termin był dopiero za 3 tygodnie, więc będę składał wniosek o paszport dopiero 28 września. Przed kwietniem mi raczej już go dostarczą, chyba? :D
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 105

Pożegnanie lata

Najpierw trochę narzekania na pracę, a potem już mięsko podróżnicze. Jak zapewne pamiętacie, zostałem zatrudniony w Lotto do obsługi nowego punktu. Mamy tych punktów w mojej mieścince cztery i w tym tygodniu pracowałem już we wszystkich trzech, a w tym moim docelowym – nadal nie :D. I w sumie nie narzekam, bo on jest straszna padaka i obroty są tam mizerne. W tym tygodniu zostałem zesłany na zastępstwa – dziś na przykład nudzę się okrutnie na moim startowym punkcie – obroty są tu po prostu tragiczne, będę miał prowizję rzędu 3 zł za godzinę, a wysiedzieć muszę 12 godzin. Oczywiście dało by się uniknąć tego, ale klasycznie kierownictwo nieogarnięte i nie zrozumiało jasnej informacji od jednej z pracownic, że ta idzie na miesiąc do szpitala i rekonwalescencję. Mówiła im o tym od pół roku, ale jakoś im to umknęło. I tak o 8 rano dzwonili do mnie, czy aby bym się na 9 nie skusił do pracy. Odmówić w sumie za bardzo nie mogłem, mimo że to podejrzewam, że przysłowiowe chińskie dziecko z jego miseczką ryżu mniejszego ucisku doznaje. No ale nic, jeden – dwa dni się przemęczę i spiszę je na finansowe straty, ale jak będą chcieli to tak dalej ciągnąć, to się pogniewamy. Dobra, dość przynudzania, bo o ile początkowo pisanie o niekompetencji przełożonych było zabawne, to na dłuższą metę jest coraz bardziej uciążliwe.
Obraz wysłany przez użytkownika
Plecak na swoim dziewiczym spacerku

W przeciągu ostatnich 10 dni miałem więc ten jeden dzień wolnego i postanowiłem wykorzystać go na spacerek. Mój nowy plecak dotarł we wtorek, a w środę zapakowałem go -ale tak umiarkowanie, kilka ciuchów, woda, parę książek dla zwiększenia obciążenia – nie chciałem na testowanie obładować go na maxa. Pierwsze wrażenia z plecaka są raczej dobre – co prawda sam w sobie waży już sporo – ciut ponad 2 kg (moje dotychczasowe nie ważyły chyba nawet kilograma), ma kilkanaście kieszonek, schowków i takich tam, których nie do końca ogarniam. Ogólnie sprawia wrażenie dość skomplikowanego – wcześniej miałem po prostu worki z rączkami i góra dwie kieszonki, tu rzemyczki, zameczki, suwaczki, nie wiem jeszcze gdzie się to wszystko obsługuje. Ma też sporo możliwości dostosowania – do wzrostu, grubości itd. - trochę z tym eksperymentowałem, ale zdałem sobie sprawę, że nie wiem tak naprawdę na jakiej wysokości powinien być pas biodrowy, jak bardzo odstawać stelaż od pleców i pod jakim kątem – pasowały mi wszystkie ustawienia jakie testowałem :D. Trzeba będzie zrobić jeszcze kilka krótszych spacerków z pełnym obciążeniem – wtedy będzie to bardziej miarodajne. Plecak jednak na pewno ze mną zostaje i nie muszę się już martwić jego odsyłaniem.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obrazki nie po kolei - tu z samego końca z moczenia nóg w Bałtyku

Napisałem, że był to spacerek – a w sumie wyszedł mi rekord 2021 roku – 30,5 km rejestrowanego marszu (plus kolejnych kilka do i z dworca do domu). Pojechałem pociągiem na wyspę Wolin. I poszedłem z miasteczka Wolin do Międzyzdrojów. Pogoda była po prostu boska – wróciło słońce, momentami było nawet za ciepło, ale jako że to zapewne pożegnanie z latem, to nie narzekałem. Pociąg jedzie jakieś 45 minut, ale w rozkładzie miał w połowie trasy 45 minutowy postój, więc przejazd tam mi się mocno wydłużył. Miałem w planie iść polskim odcinkiem Camino, czyli drogi Św. Jakuba, ale coś nie mogłem w Wolin znaleźć oznaczeń szlaku – wpadłem za to na punkt informacji turystycznej – ale pani w środku wiedziała jeszcze mniej ode mnie. Poczytałem jej opis z internetu i skierowała mnie drogą na wprost. Na szczęście wychodząc z punktu znalazłem moją pierwszą muszelkę – oczywiście prowadziła w inną stronę niż informacja próbowała mnie skierować – więc jak coś, nie ufajcie wolińskim informatorom :D. Zresztą, oznaczenie większości szlaku było bardzo kiepskie – bez internetowych mapek i zgadywania, nie dałbym rady znaleźć właściwej trasy. Najgorzej było w samym Wolin, ale jakimś cudem udało mi się po każdym przypadkowym skręceniu w jakąś ulicę, jakiś czas później znaleźć kolejną muszelkę oznaczającą szlak.
Obraz wysłany przez użytkownika
Jestem głupi i tam włażę mimo że to quest opcjonalny

Trasa była naprawdę super i bardzo różnorodna – zaczynałem w małym miasteczku, potem były pola uprawne z zagrodami z konikami i krowami (i w obu były młode), holenderski stary młyn, potem kilka kilometrów robót drogowych – wylewali asfalt, był tak świeży, że pewnie dałbym radę się w nim utopić, a na pewno buty stracić, wał przeciwpowodziowy nad Zalewem Szczecińskim, potem lasy, Woliński Park Narodowy (ale drogę przebiegła mi w nim tylko jedna sarenka, kilka lat temu w zimie widziałem tam kilkanaście), potem zaczęły się górki, bunkry z muzeum i stanowiska poligonowe rakiet V3 z czasów IIWŚ, turkusowego koloru sztuczne jeziorko na zalanej kopalni kredy, w końcu wczasowe Międzyzdroje z deptakiem i moczeniem nóg w Bałtyku. Trasa trochę mi dała w kość – bardzo się cieszyłem, że nie wpadłem na genialny pomysł wypchania plecaka do granic możliwości, bo bym wtedy raczej nie doczłapał na ostatni pociąg do domu. Wykończyły mnie też górki – o ile po płaskim mogę iść godzinami, to po kilku metrach podejścia gubię płuca. Ale kiedy raz zabłądziłem i minąłem punkt widokowy, który mój przewodnik opisywał jako „najpiękniejszy widok Pomorza” i „najpiękniejszy widok w Polsce roku 1993” (nawet nie wiedziałem, że są takie plebiscyty), to wróciłem kilometr i po ostrych schodach i tak wlazłem na samą górę. Spodziewałem się oczywiście, że nic nie będzie widać, bo tam jakoś gęsty był ten las i wypruwałem z siebie flaki na darmo, ale miło się rozczarowałem. W sensie tak, las zasłaniał całkiem sporo (pewnie zimą lepiej wszystko widać), a słońce waliło prosto w twarz ,ale widoczek faktycznie niczego sobie – tzw. wsteczna delta Świny – rozległe rozlewiska z mnóstwem zielonych ogromnych wysp – tak właśnie wyobrażam sobie deltę Amazonki :D. Zdjęć kilka pyknąłem, ale nic na nich nie widać, więc kradnę jakieś z netu, żebyście mogli sobie zwizualizować.
Obraz wysłany przez użytkownika
Wizualizacja kradziona z neta

Trasę robiłem w sandałach – i o ile szło się w nich bardzo dobrze (poza schodzeniem z górek – tam było mocno asekuracyjne powolne czołganie się – nie chciałem skręcić kostki na tych wszystkich korzeniach i kamieniach), to udziabała mnie w stopę raz mrówka, a raz chyba pająk – mrówka zabolała raz, a mocno, a pająk zrobił mi krostkę, która swędzi już trzeci dzień i się wręcz powiększa. Jeżeli w naszych polskich lasach czają się takie robacze potwory, to co dopiero mówić o tropikach, gdzie te małe stworzonka naprawdę chcą i mogą nam zrobić krzywdę, a nie tylko delikatnie uprzykrzają nam życie jak robactwo lokalne. Z bólem i smutkiem, rezygnuję więc z sandałów jako obuwia podstawowego, będę musiał jednak wybrać coś zabudowanego. Sandałki jako dodatek, o ile znajdę jakieś takie, co nic nie ważą (ale japonki odpadają, ten pasek między palcami jest dla mnie zabójczy, już próbowałem), spadają do kategorii „może zabiorę”.
Obraz wysłany przez użytkownika
Spacerek
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, 10 wrz 2021, 20:55. »
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 110

Kupa w lesie

Klasycznie, zaczynamy od dramy pracowej. Dostałem telefon z kadr, żeby znów szykować moje CV, bo jednak znów będę brał udział w rekrutacji. Nawet mnie to mocno nie zdziwiło, już się chyba przyzwyczaiłem do tego trybu zarządzania przez chaos i zaskoczenie :D. Przynajmniej tak szybko mi się to wszystko nie znudzi. Okazało się, że Lotto stawia jeszcze jeden własny punkt w moim miasteczku, według słów pani z kadr „bardzo niedługo”. To oczywiście może oznaczać w ich wykonaniu wszystko – od tygodnia do pół roku. Będzie to kolejny punkt z automatami i widzą mnie w obsłudze właśnie tam. Oznaczałoby to przejście na normalną umowę o pracę, normowane godziny (w rozliczeniu trzymiesięcznym), zwrot zamrożonej kasy i jako takie unormowanie moich comiesięcznych dochodów, bo teraz to jest jedna wielka niewiadoma. Czy będę zarabiał lepiej? No tego to już nie wiem, okaże się w praniu. Ale raczej tak – z tego co się orientowałem po innych punktach i po innych osobach które mają lepsze dojście do kadr i dostały ten sam cynk. Jak się sytuacja rozwinie, nie omieszkam was oczywiście poinformować o kolejnych nieoczekiwanych zwrotach akcji.

Obraz wysłany przez użytkownika
Obrazki z wycieczki, nie ma obaw, nie w temacie wpisu - tu kościół w Wolin

Przyszedł też pierwszy poważny kryzys finansowo- wyjazdowy. Spalił mi się monitor i stanąłem przed dylematem, czy naruszyć fundusz wyjazdowy, czy raczej trzymać się wersji, że cała kasa idzie na oszczędności. To jeszcze niby pół roku, a monitor przydatna sprawa. Ale udało się przezwyciężyć kryzys i nowego monitora ostatecznie nie kupiłem. Pożyczyłem od znajomego starego gruchota 21 calowego, do którego znalazłem w swoim archiwum kabelków przełączkę i mogę go nawet podczepić do mojej karty graficznej. Jestem dumny ze swojej silnej woli i moje szanse na wyjazd właśnie wzrosły o kolejne 1000%.

I wracamy do mięska podróżniczego. Chociaż akurat dziś określenie „mięsko” będzie wyjątkowo nietrafne :D. Czas jakiś temu pisałem o wyjazdowym zapleczu sanitarnym – i o tym, że jeszcze nigdy nie robiłem kupki w lesie. I otóż jest już to informacja nieaktualna. Nie wspominałem o tym, ale przy okazji zeszłotygodniowej wyprawy na Wolin kolejna granica została pokonana. Więcej pod spodem – nie ma żadnych drastycznych, ani nawet zbliżonych do drastycznych opisów, ale jak komuś zbiera się na wymioty na samo słowo „kupa”, może sobie odpuścić dalsze czytanie (chociaż to słowo ani inne podobne już nawet nie padnie!) :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Jezioro Turkusowe

Moja zasada podróżowania mówi o tym, że powinno być na pusty żołądek – nie jem śniadania, unikam mleka i mogę się rozkoszować spacerem przez wiele wiele godzin, nie przejmując się szukaniem po drodze kibelków. Tym razem plan był taki sam (i tak, przelazłem te 30 km na głodniaka, oszukałem tylko jakimś jednym Snickersem na samym starcie). Jednakże po jakiejś godzinie, dostałem sygnał z kiszek, że znalazły w sobie resztki wczorajszego obiadu. Zignorowałem je, przypominając im że przed nami jeszcze 20+ km marszu do cywilizacji. To je na jakiś czas uspokoiło. Ale pół godziny później znów zaczęły marudzić

-Eeeej, ale pamiętasz, jak mówiłeś, że miałeś trenować kupkę w lesie? Dziś byłby do tego dobry moment, eeeej no weeeeeź.

Nie dałem się skusić, ale zacząłem mimo to takie wstępne rozglądanie się za ewentualnymi miejscówkami – ale póki szedłem przez otwarte łąki i autostradę w budowie, nic sensownego się nie pojawiało. Ale potem zaczął się las i kiszki zaczęły coraz gwałtowniej na mnie naciskać. Kazałem im siedzieć cicho, ale były na tyle natarczywe, że dla świętego spokoju zacząłem poważniej przyglądać się otoczeniu. Ale to za dużo pajęczyn, za mało drzew, za mokra trawa, za wysoka trawa, nic mi się nie podobało. Myślałem że wezmę je na przetrzymanie i jakoś z pełnym ładunkiem dojdziemy do Międzyzdrojów. W którymś momencie jednak żarty się skończyły i kiszki oznajmiły:

-Dobra, koniec negocjacji, masz 30 sekund i zaczynamy, nieważne czy jesteś na środku drogi i masz nadal naciągnięte spodnie.

Spanikowałem i mimo że z terrorystami nie powinno się negocjować, wybłagałem jeszcze minutkę czasu. Kiszki niechętnie się zgodziły, a ja skręciłem w las i rozpocząłem gorączkowe poszukiwania jakiegokolwiek miejsca. Udało się przeciągnąć sprawę do całych pięciu minut, aż znalazłem miejsce, które w tamtym momencie w miarę mnie usatysfakcjonowało (ale sprawa była już tak napięta, że w sumie było mi już wszystko jedno). Jakiś pieniek do oparcia ręki i postawienia plecaka nawet się znalazł, mocno uliścione podłoże, delikatne nachylenie terenu. W zasadzie miejscówka cud, ale to chyba zadziałał instynkt bo na pewno sam tego nie szacowałem w moim stresie :D. Drastycznych opisów wam litościwie oszczędzę, powiem tylko że wyszedłem z tego starcia silniejszy psychicznie, w czystych butach, nie uwalonych spodenkach i z poczuciem, że teraz to ja już mogę wszystko. Poczułem się jakbym zdobył Mont Everest albo któryś z biegunów. Jeśli moja radość z okrążenia świata będzie choć w połowie taka, jak po tym sukcesie, to będzie dobrze :D.

Wszystko po sobie uprzątnąłem, tak że nikt nie znajdzie miejsca mojego triumfu, pomogły w tym duże ilości zalegających tam liści. Aha – papier toaletowy i takie nawilżane chusteczki miałem ze sobą – zawsze zabieram taki zestaw w podróż – dotąd przydawał się tylko w pociągach.

Obraz wysłany przez użytkownika
Wspinaczka po Wolińskim Parku Narodowym
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 113

Kryzysy i wspominki

Najpierw kryzysy, potem wspominki :D. Kryzys nr 1 to czwartkowa wizyta u dentysty - raz że nadwyrężyła mój budżet o kolejne 200 zł (a poniedziałek idę ponownie i wtedy mam się szykować na wydatek 600 zł), dwa że jak zwykle to była tortura (choć po trzech zastrzykach ze znieczuleniem było już bezboleśnie), trzy że się po niej na tyle osłabiłem, że frajersko dałem się komuś w pracy zarazić (kryzys nr 2). Kicham, podkaszluję, mówię przez nos i mam nos zapchany, a do tego mętlik w głowie i najchętniej cały czas bym spał - słowem typowe objawy przeziębienia. O ile jeszcze przeziębienie jeszcze istnieje, bo może po prostu już mam Covida :D. Ale Covid nie Covid, do pracy trzeba chodzić - na umowie zleceniu nie ma możliwości chorowania, zwłaszcza wtedy, gdy biorę udział w rekrutacji na nowe stanowisko. Niestety, poza oczywistym minusem w postaci prawdopodobnego zarażania moich klientów (i jest to cena, jaką jestem gotów zapłacić), moje otępienie umysłowe i przymulenie zaskutkowało tym, że na koniec dnia miałem w kasie manko na jakieś 200 zł- które chcąc nie chcąc musiałem pokryć z własnej kieszeni. Zaraz po 11 godzinach pracy położyłem się spać, odespałem ponad 10 godzin i dziś było już trochę lepiej, choć nadal musiałem odczekiwać kiedy wszyscy wyjdą żeby sobie kaszlnąć albo kichnąć. Ale głowa już nie bolała i nawet myśleć się dało - ale tym razem podliczenia na koniec dnia nie robiłem, zrobię jutro - jak się jednak okaże, że znów jestem na minusie... dlatego dziś nie liczyłem, dwa dni strat pod rząd to za dużo nawet jak na moje optymistyczne podejście do życia :D. I to był ten kryzys nr 3. A teraz już czas na sprawy przyjemniejsze - wspominki podróżnicze.

Obraz wysłany przez użytkownika
Za mną już godzina tortur

Tak sobie pomyślałem – motyw Camino przejawia się na tym blogu dość często, ale chyba jeszcze nie każdy wie co to w sumie takiego? Już spieszę z wyjaśnieniami :D. Camino to po hiszpańsku „Droga”, ale pisane wielką literą oznacza konkretną trasę – pielgrzymi szlak prowadzący do miejscowości Santiago de Compostela, na północnym zachodzie Hiszpanii, w prowincji Galicja, jakieś 100 km od wybrzeża Atlantyku. Szlak prowadzi... zewsząd, kiedyś zaczynało się go wychodząc z domu. I jest stary, pierwsze wzmianki o nim pochodzą z IX/X wieku – ma więc ponad 1000 lat! Pierwszy przewodnik pielgrzyma ma 900 lat – i nadal można go sobie poczytać :D. Legenda głosi, że w katedrze pochowany został jeden z apostołów – św. Jakub. Który co prawda zginą śmiercią męczeńską na Bliskim Wschodzie, ale jego ciało w cudowny sposób za pomocą łodzi bez wioseł przepłynęło te kilka tysięcy kilometrów, by wylądować w Hiszpanii. A potem dzikie byki zaciągnęły je do Santiago. Jeśli się nie chce mieć kryzysu wiary, lepiej nie zagłębiać się w tego typu detale i skupić na czymś innym :D. Do jego grobu od tamtej pory pielgrzymują królowie, cesarze, papieże (JP2 też był, nawet dwa razy) i tłumy wiernych.

Obraz wysłany przez użytkownika
Sieć Camino przez całą Europę- moje trasy zaznaczone fachowo kolorkami.

W dawnych czasach szło się tam i z powrotem, dziś można po zakończeniu wygodnie wsiąść w samolot. Pielgrzymka jest totalnie niezorganizowana, każdy idzie skąd chce, jakim chce tempem, w jakim chce terminie, to nie jest zorganizowany przemarsz jak na Jasną Górę. Popularność Camino sinusoidowała na przestrzeni wieków, w latach 70 trasę robiło 30-100 osób rocznie, potem nastąpił renesans, moja pierwsza wyprawa trafiła właśnie na początek boomu (czyli to zapewne moja wina), wtedy do Santiago dotarło już 100.000 ludzików, przez Covidem było to już 350.000. Trasa zostaje uznana za „zaliczoną” (dostaje się napisany po łacinie dyplom i dla katolików odpust zupełny) jeśli o własnych siłach przejdzie się minimum 100 km. Najpopularniejsza wersja trasy zaczyna się we Francji i ma coś koło 1000 km – ale zaskakująco wiele osób nadal startuje ze swoich domów i tłucze znacznie większe dystanse – w tej chwili obserwuję 50latka z Olsztyna który tak robi – konto na instagramie @tapicerwpodrozy – ma już za sobą 2000 km i jest gdzieś we Francji. Trasa francuska ma najlepsze zaplecze pielgrzymie – co 3-4 km mija się jakąś wioskę albo miasteczko, w którym są miejsca do spania i jedzenia. Inne trasy, między innymi ta południowa, którą planuję na przyszły rok są już trudniejsze – noclegi są co 20-30 km. Moja pierwsza wyprawa była totalnie niezorganizowana – szedłem sobie tak długo, aż byłem zmęczony i wtedy dopiero szukałem noclegu. Jeśli czułem, że mam jeszcze siły, robiłem kolejne kilka kilometrów do następnego miejsca. Noclegi dostępne są zazwyczaj w formie schronisk pielgrzymich, zwanych albergue – i są przeróżne. Ale zazwyczaj to standard hostelów backpackerskich – czyli łóżka piętrowe, wspólne sale i takie tam. Mój rekord to nocleg w starym kościele, w którym takich łózek było ponad setkę – czyli spaliśmy w jednym pomieszczeniu w kilkaset osób :D. Noclegi są w miarę tanie, a co lepsze, jest sporo miejsc, które są darmowe (np. prowadzone przez organizacje kościelne, samorządowe czy coś takiego) albo tzw. „donativo”, czyli „co łaska”, zazwyczaj w formie skrzyneczki, do której wrzuca się tyle, ile uznaje się za stosowne – podczas mojego mocno budżetowego Camino nr 3 korzystałem właśnie z tych, korzystając z nich jak z miejsc darmowych, do czego ze wstydem się przyznaję, ale czasem cebularzenie nie jest wyborem, a przymusem. Zresztą, czasem w tych donativo i tak trzeba było odpracować nocleg – pomóc przy robieniu kolacji, zaśpiewać piosenkę po polsku albo wziąć udział w obowiązkowej modlitwie (u harikrisznowców trzeba było śpiewać hare hare :D).

Z żarciem też nie ma problemów – większość albergue posiada kuchnie, z których można korzystać, zawsze w okolicy jest też miejsce gdzie karmią – im mniejsza wioska, tym lepiej i taniej :D. Hiszpańskie restauracje mają w swojej ofercie często coś zwanego Menu del Dia (menu dnia), a na Camino Menu del Pelegrino (menu pielgrzyma), gdzie tym jednym daniem jest dla wszystkich to samo – zawsze pożywne, zawsze z dodatkowym koszem chleba (chleb jedzą do wszystkiego, z ziemniakami i frytkami włącznie), zupa, drugie danie, deserek i woda albo wino (do wyboru, w tej samej cenie) do popicia. Lubiłem (i pewnie nadal lubię) te dania, zawsze jakiś element zaskoczenia i niespodzianki. Podczas cebulowego wyjazdu na camino #3 byłem z ciotką, która dla nas gotowała. W kuchniach albergue pielgrzymi zwykle zostawiają nadwyżki makaronów i co tam sobie gotowali, bo kto by to potem niósł przez kolejne 30 km. I żywiliśmy się głównie tym, co znaleźliśmy. Ciotka zrobiła potem podsumowanie kosztów – noclegi + żarcie za pełen miesiąc (nie wliczaliśmy w to zachcianek typu puszka coli, czy coś słodkiego, bez czego można by się było obejść) – średnio na dzień wyszła nam dniówka... trochę ponad 2 euro. Można? Można :D. Więc mój obecny budżet 100 zł na dzień można wręcz uznać za burżujstwo i rozrzutność :D.

Tu chwilowo temat zawieszam, bo kończy mi się czas w pracy i trzeba wracać do domu...

Obraz wysłany przez użytkownika
JRK w Pirenejach, rok 2016
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 121

Wrzesień miesiącem wydatków

Tydzień choroby za mną - przetrzymało mnie dłużej niż zwykle - do tej pory jeden dzień porządnego snu zwykle mi wystarczał do pokonania jesiennego przesilenia. Jestem przyzwyczajony do samotnego chorowania - nikt się już mną nie opiekuje od jakichś 20 lat albo i więcej. Nie mogę się nad sobą rozczulać, nie mam na kogo liczyć, muszę sam sobie radzić :D. Tak było z wycinaniem dziury w brzuchu w zeszłym grudniu, gdy wróciłem ze szpitala sam i sam od razu zacząłem się sobą opiekować (ze zdobywaniem posiłku włącznie) - i w sumie ok, bo dzięki temu nie martwię się chorowaniem w podróży - też będę musiał sam o siebie zadbać i mam w tym praktykę i doświadczenie - czy walcząc z malarią w Zimbabwe, czy z uczuleniem po ugryzieniu przez jadowitego pająka w Turcji - poradzę sobie jakoś, nie przeraża mnie to.

Obraz wysłany przez użytkownika
26 września, ładnie!

Tym razem jednakże chorowanie się trochę rozwlekło. W końcu przestawiłem się na trzy porządne posiłki dzień po dniu, bez oszczędzania, odespałem kilka dni, doprawiłem domowym winkiem i jestem już w pełni sił fizycznych i psychicznych - przez ostatnie trzy dni wznowiłem nawet leśne spacery. Dziś pyknąłem 12 km po okolicy, ale i dziś pogoda najładniejsza - sam t-shirt, ale za to długie spodnie. Trochę początkowo żałowałem, bo jednak za gorąco w dżinsach, ale jak drugi i trzeci raz przedzierałem się przez pokrzywy i szarpiące mi spodnie gałęzie ostu, pogodziłem się z gorącem i żałować przestałem :D. Spotkałem też kilka padalców i zaskrońców - to tu częsty widok. W którymś momencie drogę przegrodził mi też taki większy patyk, na oko 1.5 metra. Oczami wyobraźni zobaczyłem już siebie w dżungli Amazonii wypatrującego wielkich węży pod nogami. Wczułem się na tyle, że podkradłem się do patyka na paluszkach i... wtedy patyk wykonał w tył zwrot i zaskakujaco szybko spierdzielił w krzaki. Kurde, to jednak nie była moja wyobraźnia - to było prawdziwe bydlę - i gdyby chciał, nie dałbym rady mu uciec, takie szybkie O_o.

Dobiega końca czwarty miesiąc mojej pracy, ale we wrześniu nic niestety nie dorzucę do moich wyjazdowych oszczędności - za dużo miałem
bieżących wydatków. Opisywane dwie wizyty u dentysty kosztowały mnie 400 zł, wizyta z tego tygodnia, o której jeszcze nie pisałem - kolejne 600 zł. Zrobiłem trzy kolejne ząbki. A w przyszłym tygodniu kolejne 2 zębiska i przymierzanie szyny - w sumie to będzie znów 550 zł. A kolejny tydzień to wyrabianie szyny - i znów 250 zł. Nie ma szans na oszczędzenie, leczenie zębów jest droższe niż podróż dookoła świata!!! Inne wydatki to bluza (150 zł), plecak (350 zł), paszport (150 zł - jadę składać wniosek we wtorek, wizytę umówiłem trzy tygodnie temu). Majaczy przede mną jeszcze zakup powerbanka, spodni, butów, maty do namiotu, być może nowego telefonu (ale tu się w sumie przymierzam żeby może tylko w obecnym wymienić baterię, bo poza nią nie mam do niego zarzutów - tyle że nie wiem ile żyje wymieniona bateria, muszę tu zrobić trochę researchu). Boli też fakt, że mimo że coraz więcej państw się otwiera (Kanada już, USA od listopada!), to większość chce na wjeździe żebym robił testy, niezależnie od faktu zaszczepienia. A test to kilkaset złotych - wydawanie 500 zł za każdym razem, gdy przekraczam granicę albo lecę na jakąś wyspę totalnie niszczy mój budżet wyprawowy. Realnie oznacza to konieczność rezygnacji z odwiedzenia wielu wielu miejsc z mojej listy.

Obraz wysłany przez użytkownika
Też z dzisiejszego spaceru

Tak czy siak, kasy mam póki co za mało, trzeba się rozejrzeć za kolejnymi źródłami finansowania. Żebranie w necie też będzie, ale to dopiero po kilku miesiącach podróży - jak już będę w miarę wiarygodnym podróżnikiem i nie będzie wątpliwości, że wysępionej kasy nie przepiję w domu albo nie wydam na gierki :D. No właśnie - gierki. Dojrzałem psychicznie do myśli, że będzie trzeba wyprzedać część lub nawet całość mojej kolekcji pudełkowych rpg. Jest tego ponad 500 sztuk, mniej i bardziej cennych wydań, zbieranych przez ostatnie 20+ lat. Serce się kroi na myśl o pozbyciu się tego, ale skoro nie ma innego wyjścia, to nie ma wyjścia. Mój plan pochowania mnie z moimi zbiorami tudzież zrobienia z nich mojego stosu pogrzebowego (nadal się nie zdecydowałem) będzie musiał zostać porzucony. Nie wiem za bardzo jak tą sprzedaż ugryźć - pewnie najlepiej by było bawić się z pojedynczymi sztukami na allegro/ebayu, ale to zapewne zeżarło by mi mnóstwo czasu. A więc może całość? Ktoś zna jakieś linki gdzie coś takiego można ogłosić albo chociaż spróbować to wycenić?

Obraz wysłany przez użytkownika
Powoli trzeba się pożegnać z moją piekną kolekcją...
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 126

Intensywny tydzień

W poniedziałek – praca i niezapowiedziana wizyta kierownika. Szczęśliwie coś mnie widać tknęło, bo znów nie udało mu się mnie przyłapać na graniu w UWO. I to już chyba szósty tydzień odkąd obiecał że będzie przyjeżdżał kontrolować mnie i siedzieć ze mną godzinę cotygodniowo, jak tego nie robi – nie to że narzekam :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Wizyta w Szczecinie - późny wrzesień

Wtorek – wizyta na pół dnia w Szczecinie. Najpierw Urząd Wojewódzki i złożenie wniosku o nowy paszport biometryczny – poczekałem sobie ponad godzinkę, ale poszło i tak nadspodziewanie sprawnie. Paszport do odbioru pod koniec października – też trzeba się z trzytygodniowym wyprzedzeniem na to umawiać, ale tu już mnie nic nie goni, może sobie u nich poleżeć te kilka dni dłużej. Do paszportu pobierali mi odcinki palców z obu palców wskazujących, udało mi się też oszczędzić i wlepiłem im zdjęcie z lutego 2019, podczas gdy przepisy domagają się zdjęcia maksymalnie starego do pół roku. Małe zwycięstwo nad systemem, a cieszy :D.

Druga część dnia to wizyta w centrali Lotto. I – jak się okazało – rozmowa rekrutacyjna. Zgarnął mnie mój właściwy kierownik, którego widziałem na oczy po raz pierwszy w życiu, mimo że jest podobno moim bezpośrednim przełożonym – też się dopiero dowiedziałem :D. Gdy byłem rekrutowany, ten mój nurkował w Morzu Czerwonym, więc przyjmował mnie inny. A teraz przechodzę chyba do tego pierwszego, ale dla odmiany rekrutował mnie ten drugi – wyrównało się :D. Zostałem zgarnięty do biura i na dzień dobry dano mi do rozwiązywania test z wiedzy o produktach lotto. Część pytań żenująco banalna, część zaskakująco trudna. Ale rozwiązałem szybko, zrobiłem chyba ze dwa błędy, ale jakoś się z nich wybroniłem – w stylu że nie znam tabelki systemów z Mini na pamięć, bo nie muszę, bo sobie nimi obwiesiłem moje stanowisko pracy. Co prawda marudzili mi, a co się stanie jeśli mnie ktoś spotkany na ulicy zapyta a ja nie będę miał przy sobie ściągawki, ale powstrzymałem się od kąśliwych ripost, które same cisnęły się na usta :D. Drugi etap był jeszcze gorszy, bo odgrywaliśmy scenki rodzajowe – oni (znaczy kierownik i kadrowa, bo we dwoje mnie przesłuchiwali) byli upierdliwymi klientami, a ja miałem im coś tam sprzedawać. Czyli koszmar każdej rozmowy kwalifikacyjnej, moje zdolności aktorskie nie są aż na takim poziomie, by się wczuwać w takich sytuacjach. Nie lubię :D. A oni na dodatek byli wyjątkowo wrednymi klientami, którym nic się nie podobało i którzy nic ode mnie nie chcieli. Moja normalna procedura to wygonienie takich jak najszybciej, ale tu musiałem się starać i mimo wszystko wpychać im kolejne losy. Mam nadzieję, że moje zdolności aktorskie były choć na tyle duże, że udało mi się ukryć moją pogardę i zniesmaczenie całą tą sytuacją :D. Potem było jeszcze trochę gadania na temat pracy, ale dla odmiany – oni byli zupełnie nieprzygotowani na tą część. Nie znali odpowiedzi na najważniejsze dla mnie pytania – ile będę zarabiał i kiedy będę zaczynał. Nie wiedzieli też, gdzie otwierają nowy punkt, ale znalazłem to sobie sam w ich dokumentach które przy sobie mieli. Co do zarobków – będzie to praca na normalną umowę – a więc normowane godziny pracy, tyle że w systemie kwartalnym. Będzie podstawa wynagrodzenia, ale tu nie potrafili mi powiedzieć, zasłaniając się tym, że to ustala Warszawa i podstawa u dwóch osób zatrudnionych w tym samym punkcie na tych samych zasadach może się różnić nawet o 500 zł. Do tego dochodzi prowizja ze sprzedaży, premie co miesiąc ze sprzedaży, premie kwartalne ze sprzedaży, dodatki za sprzątanie i po przepracowaniu roku jednorazowo wypłacane w wakacje premie z zysku (to mi nie grozi, bo roku nie przepracuję). Słowem – czort wie, ile tak naprawdę będzie się zarabiało. Czy mi się to bardziej opłaca? Też w sumie nie wiem. To będzie nowy punkt, klientów będzie na początku mało, bo nie przyzwyczajeni, więc i obroty i prowizja będą kiepskie. Punkt na szczęście nie jest tak daleko, bo raptem kolejne 300 metrów dalej.

Obraz wysłany przez użytkownika
Szczecin - budynek Akademii Morskiej

Środa to kolejny dzień w pracy i dzień, w którym niespodziewanie zostałem nawiedzony przez tajemniczego klienta. Ktoś pokazał mi jakiś miesiąc temu jego zdjęcie i jakimś cudem mi się utrwalił- więc kiedy wszedł mi do punktu zapaliło mi się w głowie światełko i połączyły styki odpowiedzialne za pamięć i go rozpoznałem. Dzięki temu został obsłużony fachowo i według przepisów. Kojarzycie ideę tajemniczego klienta? Firma zatrudnia typa, który udaje klienta, a tak naprawdę robi kontrolę czy sprzedawca robi wszystko zgodnie z przepisami, obczaja też wystrój punktu, po wyjściu robi też sobie od razu notatki. Jak tylko wyszedł w lekkim stresie napisałem ostrzeżenie do dziewczyn z innych punktów, na co one odpisały, że wiedzą, bo u nich już był. I nie uznały za stosowne mnie o tym poinformować. Gdybym sam się nie ogarnął, to wtopiłbym po całości, bo regułki olewam też po całości. Brak ostrzeżenia mnie zostawiam sobie w sercu ku pamięci jako zadrę i urazę :D.

Czwartek nie zwolniłem tempa, bo udałem się do dentystyki, by wydać kolejne 500 zł. Tu też przeżyłem moment zwątpienia, bo jednym z dwóch leczonych wtedy zębów okazał się ten, od którego zaczęliśmy tortury ten miesiąc temu. I jeszcze mi wmawiała, że jeszcze go nie ruszaliśmy, ale tu akurat nie udało jej się mnie oszukać, bo przez to że miałem w jedynce dziurę to w ogóle do niej poszedłem :D. Moja wiara w jej profesjonalizm została tym samym poważnie zachwiana, obawiam się, że fakt że we wrześniu wyciągnęła ze mnie te 2 tysiaki to częściowo naciągactwo. Leczenie póki co jednak skończone, po zrobieniu dwóch ząbków, pobawiliśmy się jeszcze z robieniem odcisków na szynę, góra jej się tak zaklinowała (przez krew która zadziałała jako usztywniacz masy), że już się pogodziłem z myślą, ze wyszarpie mi tą masę razem z jednym albo dwoma zębami, ale jakoś udało się tego uniknąć. W każdym razie – szyna będzie gotowa na przyszły tydzień i kosztować kolejne 500 zł. Ponoszę ją minimum trzy miesiące, przy comiesięcznych wizytach kontrolnych (które zapewne też będą płatne), a potem dostanę nową szynę, już na stałe. Uff.

Obraz wysłany przez użytkownika
Zachodniopomorski Urząd Wojewódzki - po lewej wydział paszportów

A teraz zostaje mi jeszcze piątek – niedziela w pracy i aż się boję, jakie jeszcze atrakcje będą mnie czekać :D. Ale nic to, oficjalnie zaczął się październik, a więc jeszcze pół roku i w drogę!
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 134

Spokojny tydzień

Dla odmiany – tym razem miałem mniej emocji niż w zeszłym tygodniu. Choć jak się tak dobrze przyjrzeć...

Wczoraj i dziś, korzystając z pięknej (jak na październik) pogody, zrobiłem nadprogramowe kilometry spacerowe, przekraczając w skali roku 800 km – czyli do końca roku do założonego tysiaka zostało mi już niecałe 200 km – jak najbardziej wykonalne. Oba dni wybrałem wariant krótkie spodenki + ciężkie buty górskie – i to była dobra decyzja. Znaczy, a i owszem, znów po przedzieraniu się przez las (mapa pokazywała że tam będzie ścieżka, ale złośliwie kłamała i w zasadzie przebijałem się przez puszczę na przełaj) miałem nogi tak poharatane, że zaprzyjaźniony pies sąsiadów jak to zobaczył, to złapał się za głowę i od razu zaczął dezynfekować językiem, ale temperaturowo i przewiewowo był pełen komfort. Przy okazji chyba wymyśliłem co zrobić z butami na wyjazd – jako że zaczynam od Camino, to pojadę w tych właśnie ciężkich, a po przejściu 1000 km w Santiago wymienię je na jakiś lżejszy wariant, a te tam zostawię – mają już za sobą kilka sezonów i kilka tysięcy kilometrów przedeptanych, więc pewnie i tak je ta podróż ostatecznie dobije. Dziś na Kapliczkach spotkałem też ich autora – klepał tam modlitwy z Radiem Maryja, ale na mój widok przerwał i chwilę pogawędziliśmy. A łażąc po okolicy i zachwycając się jesiennymi kolorami, naszła mnie przewrotna refleksja – że w sumie po co mi jechać na koniec świata, skoro nawet taki zwykły spacer po okolicy dostarcza mi tyle frajdy i tylu atrakcji – gołąbek zrywający się do lotu pod słońce podczas postoju, zdjęcie podczas tego postoju butów i skarpetek dające niesamowite pokłady frajdy, stado ponad setki szpaków zrywające się do lotu i zasłaniające pół nieba, czerwone liście na ruderze koło starego drewnianego kościółka, zapuszczona droga ewakuacyjna na tył lotniska z milonem dziur i połamanych gałęzi oraz dachem zrobionym ze zrośniętych ze sobą gęsto drzew, liść zawieszony na pajęczej nici, wyglądający jakby wisiał w powietrzu – po co mi jechać do Nepalu, skoro mam tutaj takie widoki :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Muszę go zabrać ze sobą, żeby dbał o moje rany i w podróży

• Po trzech miesiącach zajrzała do mnie wróżka złodziejka i od progu, jakby nic, konwersacyjnym tonem zagadała – ‘a ja to chyba Panu 10 zł jestem winna?”. W sumie już nawet nie pamiętam ile to było... Oddała w każdym razie, ale nic a nic się nie tłumaczyła ani nie przepraszała, tak jakby pożyczała wczoraj, a nie w lipcu. Następnego dnia znów przyszła i była na tyle bezczelna, że znów chciała zagrać na krechę. Moja mina musiała być jednak tak wymowna (bo nic nie odpowiedziałem), że temat porzuciła i go nie drążyła :D.

• Kolejna wizyta u dentystki – miała być ostatnia. Dostałem moją szynę na zęby – akrylową, nakładaną tylko na górną harmonijkę zębów. Wygląda jak to, co bokserzy nakładają na walkę. Mam to nosić ile się tylko da, a na pewno nakładać do snu. Minus jest taki, że przez to, że szyna będzie mi podnosić zgryz, będzie to nieprzyjemne – będzie bolało, przeszkadzało, przez jakiś tydzień będzie mnie też napierdzielać głowa, zanim organizm się przyzwyczai do nowego ustawienia. Mała atrakcja. Aparacik powoduje u mnie spory ślinotok, ale noc udało mi się w nim przespać bez problemu – rano bolała tylko żuchwa i zawiasy po lewej stronie. Jest też w miarę niewidoczny, tyle że trochę w nim seplenię jak mówię – największe problemy z literką Z. Na koniec wizyty (która przypominam miała być ostatnia), dentystka skasowała mnie na 500 zł i mówi „no to widzimy się za tydzień i wtedy zrobimy jeszcze dół, to będzie 500 zł”. Na co ja, wait, whaaaat? A ona, a co nie wspominałam? Naciągają mnie tam na każdym kroku – mówi że jeśli teraz dołu nie zrobimy, to bez sensu jest noszenie szyny, bo ona musi równo leżeć na dolnych zębach – to po co żeś robiła mi odcisk dolnej szczęki też??? Mam zresztą takie dziwne przeczucie, że będzie mi teraz poprawiała te dolne zęby, za które już wcześniej zgarnęła po 200 zł każdy. Całkiem możliwe, że w ramach protestu odgryzę jej palca tą szyną (podobno jest to tak proste jak przegryzienie marchewki, tylko mamy blokadkę w mózgu żeby tego nie robić...).

Obraz wysłany przez użytkownika
Moja nowa szyna w produkcji

• I na koniec – kolejny ciekawy klient – dziadek po 70, trochę głuchawy, też mu się zebrało na opowieści ze swojej młodości. I były to opowieści ciekawe, bo o tym, jak był ochotnikiem z PRL wysłanym na wojnę do Wietnamu w 1969 roku. Muszę go trochę więcej przy następnej wizycie podpytać, bo słuchało się tego super – opowiadał o tym co jedli, jak ich trzepali przed tym jak im pozwolili jechać, jak byli cenzurowani, jak ich Jaruzelski odwiedział tam na miejscu itd. Z ciekawości, sprawdziłem co o tym pisze internet – i jest bardzo mało danych – podobno było takich ‘ochotników’ 68, nie udało się prawie do żadnego dotrzeć żeby jakieś wspominki wydobyć, o Jaruzelu w Wietnami nikt nigdzie nic nie wspomina. Przesłucham dziadka, spiszę jego wspominki i sprzedam do jakiejś gazety – będzie jakiś grosik na wyjazd :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Polska jesień
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 136

Szczepienia

Dziadek z Wietnamu dziś nie dotarł, wpadł za to marynarz, który opowiadał mi o swoich kilkudziesięciu latach na morzach i oceanach świata. Był dość wcięty, opowieść mu się trochę mieszała, niektóre wątki były powrarzane kilkakrotnie, ale nawet w takiej formie nawet nie zauważyłem kiedy przestał przed moim okienkiem niemal całą godzinę (ostatnią, przed wieczornym zamknięciem, kiedy przez deszcz prawie nikt mnie już i tak nie odwiedzał). Najbardziej zaciekawił mnie temat współczesnego piractwa – według jego słów, jeszcze te kilkanaście/dziesiąt lat temu, najgorsze przygody miał podczas pracy dla panamskich linii w okolicach Gwatemali – atakowani byli kilkakrotnie, jak mi wyliczał, siedem z tych ataków skończyło się ranami kłutymi od noży albo postrzałowymi, w najlepszym razie jak to opisywał był tylko bity, przewracany i „kopany po ryju”. Zęby stracił docelowo wszystkie, choć jak uczciwie przyznał kilka w bójkach w portach które sam wywoływał. Udowadniał mi to, wyciągając szczękę – chciałem mu w rewanżu pokazać moją nową szynę, ale okazało się, że zapomniałem jej dziś spakować :D. Chciał się też rozbierać i pokazywać rany kłute na ciele i nogach, ale grzecznie zaprotestowałem, zapewniając o tym, że wierzę na słowo :D. Przepisy morskie w zasadzie zabraniają bronienia się przed piratami, ale tak między słowami dawał do zrozumienia, że nie zawsze się do tego stosowali – choć może „między słowami” to nie jest dobre określenie na przyznanie się do własnoręcznego zabicia czterech piratów :D. Ale stwierdził, że wtedy była taka akcja, że bali się, że sami zginą, bo goście byli mocno wkurzeni oporem i bali się że ich po złości zabiją. Kapitam broniących się zresztą podobno ostro beknął za ten opór i chyba nawet coś za to odsiedział. Sprawdziłem to trochę w necie – i faktycznie – nie można używać broni palnej do odpierania ataku uzbrojonych piratów na obcych wodach terytorialnych, huh.

Obraz wysłany przez użytkownika
Mapka z początku października

Zacząłem powoli robić też rozeznanie ze sprawam medycznymi. Na chwilę obecną covidowo nie wygląda to już tak tragicznie – po zaszczepieniu można wjechać do ponad 50 krajów, w kolejnych 80+ wpuszczą po dodatkowych testach. Nadal zamkniętych jest jakieś 70 krajów, w tym tak mnie interesujące jak Chiny, Rosja, Australia, Japonia czy Indonezja. Ale – jak już wspominałem, część z nich powoli się otwiera – USA za miesiąc, Australia po dwóch latach wpuszcza znów swoich mieszkańców, Indonezja zaprasza od zeszłego tygodnia, ale z obowiązkową kwarantanną w hotelu. Ale covidowa szczepionka to nie jedyny zastrzyk, jaki trzeba przyjąć do podróżówania. Już dawno różne państwa wymagały różnych tego typu atrakcji. Choć w zasadzie, tak na 100% tylko dwa rodzaje z nich są w pełni obowiązkowe – na żółtą gorączkę, zwaną też żółtą febrą – tu prawie cała Afryka tego chce i na meningokoki – tego chcą co prawda tylko trzy państwa na świecie – Arabia Saudyjska, Libia i Gambia. Cała reszta jest opcjonalna, ale bardzo sugerowana. WZW typu A i B, tężec, błonica, krztusiec, dur brzuszny, cholera, czy nieco bardziej egzotyczne japońskie zapalenie mózgu i jeszczekilka innych. Zrobiłem trochę researchu na ten temat – i faktycznie te związane z „brudnymi rękoma”, czyli tężce, WZW A, czy dur brzuszny nie byłyby głupim pomysłem podczas podróży po krajach, w których osoby od których będę brał jedzenie mają bardziej wyluzowane podejście do higieny (delikatnie mówiąc :D). Większość tych szczepionek to zastrzyki, można z nich też robić kombosy, kosztują w granicach 200 zł. WZW B, czyli ta przenoszona krwią (czyli można złapać podczas wizyty w szpitalu albo u dentysty, co też mi się może zdarzyć w obcym kraju – bo już wymieniania się strzykawkami z heroiną z lokalnymi narkomanami nie planuję :D) też brzmi sensownie, zwłaszzca że mamy to w dużych ilościach i w Polsce, ale tu szczepionka przyjmowana jest fazami przez pół roku – czyli mocno na styk z wyjazdem – nie jestem pewien czy się wyrobię. Cała reszta to 2-3 tygodnie przed wyjazdem i po sprawie, więc pośpiechu nie ma. Mimo to, umówiłem się dziś do lekarza na czwartek – mam nadzieję, że będzie doedukowany i trochę mi przekaże nie-googlowych informacji i coś doradzi. A w najgorszym razie, skieruje mnie do właściwego lekarza – chyba poradni medycyny podróży albo chorób egzotycznych. W Goleniowie raczej nie mamy, więc zapewne czeka mnie wizyta w Szczecinie.

Obraz wysłany przez użytkownika
Wstępna obczajka szczepień ochronnych
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 140

Covidowe luzowanie

Obraz wysłany przez użytkownika
To ja jednak zrezygnuję...

Wybrałem się w czwartek na 10 do lekarza, tak jak byłem umówiony. W przychodni zastałem sodomę i gomorę, dziesiątki ludzi kłębiących się w wąskich korytarzach. Oczywiście mimo umówionej godziny, byłem piąty w kolejce, bo szła wyjątkowo wolno. Przesiedziałem pół godziny i kiedy po tym czasie stwierdziłem, że jestem w kolejce... szósty, poddałem się i wycofałem pokonany. Umówię się na jakiś inny dzień i w sumie wystarczy mi konsultacja telefoniczna. I tak zresztą spodziewam się, że mój lekarz nie będzie pomocny i skończy się na tym, że trzeba będzie gdzieś iść prywatnie albo samemu zadecydować na co się szczepić, a co można olać (mój doktor rodzinny podczas rozmowy ze mną mówi dziwnym trybem: "rozbierze się", "usiądzie tu", "oddycha, nie oddycha", nie używa zwrotów na ty, nie używa formy 'pan', wyjątkowo mnie to drażni jakoś).

Obraz wysłany przez użytkownika
Widok z pracy - podwójna tęcza

Z lepszych wieści. Po tym jak wrzuciłem mapkę świata parę dni temu, sytuacja zaczęła się poprawiać. Kolejne kraje otwierają się i ogłaszają terminy otwarcie i luzowania obostrzeń. W tym tygodniu były to:
* Tajlandia - 1 listopada zacznie wpuszczać turystów z 10 państw, kolejna lista państw 1 grudnia
* Grecja - od 9 października koniec z obowiązkowym noszeniem maseczek, otwarte restauracje, brak limitów
* Indie - po ponad roku zamknięcia dziś otwierają się dla turystów zorganizowanych, 15 listopada i dla turystów indywidualnych
* Chile - od 1 listopada koniec z obowiązkową kwarantanną
* Argentyna - od 1 listopada otwiera się dla cudzoziemców
* Indonezja, w tym Bali - otwiera się, aczkolwiek z obowiązkową, 5-dniową kwarantanną

Bardzo dobre wieści, mam nadzieję, że przez kolejne pół roku otworzy się cała reszta i będę mógł odwiedzić wszystkie kraje, na które przyjdzie mi ochota (i pozwolą fundusze :D).

Obraz wysłany przez użytkownika
Środowy spacerek po jesiennym lesie
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 145

Kłody pod nogi

Ostatnie dni nie należą do najbardziej udanych w moim życiu, cały czas mam rzucane pod nogi kłody. Nie są to może rzeczy wielkie, ale nagromadzenie takich małych irytujących sytuacji też może grozić przeładowaniem. Aha – jak kogoś wkurza narzekanie i marudzenie, to niech lepiej dalej nie czyta, bo dziś w zasadzie tylko to mam w programie :D. Sam bym w sumie czegoś takiego nie chciał czytać, bo takiego użalania się nad sobą nie trawię. No ale jest jak jest, czujcie się ostrzeżeni :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Moje przyszłe miejsce pracy - w środku już końcówka prac wykończeniowych - pójdę tam w listopadzie?

• wizyta u dentystki – znów skosiła mnie 500 zł – wyrównywała aż pięć zębów z dolnego rzutu. I tak musiała dać znieczulenie, bo wcześniej jednego z nich wierciła chyba na wylot, żeby wyciągnąć poprzednie uzupełnienie i sprawdzić, czy pod spodem nie ma próchnicy, bo coś jej się nie podobało. I ja się jej nie dziwię, bo ten co rozgrzebywała, to robiła 3 lata temu ona sama i wtedy nie wyszło jej najlepiej, bo coś skopała i ból dorwał mnie podczas pobytu w Hiszpanii – chyba już pisałem o tamtym horrorowym powrocie :D. Tym razem jednak jak się okazało, nic tam nie było, ufff. Na dzień dobry oprotestowałem też fakt, że mam płacić ponownie za poprawianie zęba którego robiliśmy 3 tygodnie temu i trochę ją to zaskoczyło. Ale nie na tyle, żeby i tak mi za niego policzyć. I nawet jeśli czytała mój poprzedni wpis na tym blogu o tym, że będę jej za to odgryzał palca, to się nie przejęła, gdyż... dochodzimy do pierwszej niedogodności. Dolne zęby, które kiedyś były wspaniale pofałdowanymi narzędziami zagłady dla mięs, marchewek i innych przedmiotów, które wymagały przegryzania lub masakrowania, ząbki z tak wspaniałymi zakamarkami i ostrymi krawędziami, gdzie kawałek żarełka mógł się schować i na kilka dni, zostały brutalnie zabetonowane i wyrównane do prostych płaskich płaszczyzn. Nie da się tym gryźć, mogę co najwyżej mielić jak w kamieniach młynnych mąkę. Są na dodatek wyższe niż dotychczas – i biorąc pod uwagę, że potraktowanych tak zostało aż pięć z nich, dyskomfort jest spory. Już teraz wygodniej mi siedzieć w tej szynie (która na marginesie nie jest już tak wkurzająca, głowa mnie od niej nie boli, czasem tylko szczęka i zawiasy w żuchwie), bo przynajmniej nie stukam zębami o siebie. Jest to oczywiście mocno frustrujące, nie o taki zgryz walczyliśmy! Nawet gumy do żucia nie można normalnie pożuć, bo mogę ją sobie co najwyżej pociumkać. Kolejna wizyta kontrolna szczęśliwie dopiero za miesiąc i wtedy zabulę już tylko stówkę. Kolejne atrakcje – dopiero w styczniu, kiedy szyna zrobi swoje i zgryz zostanie podniesiony. Na wyjazd dostanę już tylko szynę relaksacyjną, którą będę nakładał tylko do spania.

• Druga mini-niedogodność to fakt, że w Lotto pochorowały się kadrowe – od września minęło już dziś 20 dni, a ja nadal nie dostałem informacji, ile za tamten miesiąc zarobiłem. Kasa na konto znaczy wpłynęła (kilka stów mniej niż za sierpień, co i tak jest niezłym wynikiem, bo tam trzy tygodnie pracowałem, a we wrześniu już tylko dwa – bo mam zmienniczkę), ale ile mi zamrozili?

• Spora niedogodność pracowa – wymienili mi sprzęt elektroniczny – lottomat, monitor, drukarkę, czytniki itd. Nie wiem kto projektował te nowe, ale ewidentnie nigdy nie pracował w kolekturze, bo pogorszył to co się dało pogorszyć, na dodatek mój kiosk jest mocno starego typu, mały, a nowy sprzęt jest na niego za duży, nie wspominając już o tym, że moje wyuczone przez te 4 miesiące automatycznie odruchy na starym sprzęcie są teraz zupełnie nieprzydatne, a wręcz przeszkadzają. Sigh, jakoś się w tym oczywiście odnajdę, ale co ponarzekam i się powkurzam, to moje :D

Obraz wysłany przez użytkownika
Nowa badziewna maszynka do lotto - mój największy WTF do podłączony do tego czytnik odcisków palców - po co to???

• update – 2 godziny po napisaniu tych słów, nowy system zrobił mi psikusa, zwiesił się, nie pozwolił zakończyć transakcji u klienta, musiałem dzwonić na linię alarmową pomocy (gdzie niekoniecznie umieli mi udzielić pomocy, bo to jak się okazało jakiś nowy błąd, z którym się jeszcze nie spotkali i nie mają na niego strategii), odgonić klientów, stracić mnóstwo cennego prime czasu sprzedaży (co przy zarabianiu tylko na prowizji mocno boli) – to już nie jest niedogodność to już zamach na moje zarobki, a co za tym idzie możliwości podróżowania :D

Obraz wysłany przez użytkownika
A jeszcze jeden rzut okiem, chyba tajemnicy służbowej w sumie nie zdradzam? :D

• Sprawa chyba najgorsza – mój ponad 10-letni laptop, na którym grywam sobie w pracy w końcu postanowił się zbuntować. Służył mi wiernie przez szmat czasu, był ze mną na drugiej emigracji w Irlandii, ale nadszedł jego kres. Znaczy, zrypały mu się na amen porty USB, więc w zasadzie nadal działa, ale granie w UWO bez myszki na touchpadzie jest dla mnie niewykonalne :(. Nigdy się jakoś do tego suwania palcem nie przyzwyczaiłem, jednak co myszka to myszka. Chociaż w sumie chyba właśnie wpadłem na rozwiązanie – w UWO nie pogram, ale w jakieś visual novel myszka w sumie aż tak potrzeba nie będzie, do przeklikiwania dialogów wystarczy i klawisz enter, hmmm.


Koniec narzekania. Październik dobiega końca, czyli do kwietniowego wyjazdu pozostało mi raptem 5 miesięcy. Dostałem w tamtym tygodniu nową kartę bankomatową, za jakiś miesiąc – dwa będę też chciał założyć konto i dostać kartę z Revolut – wydaje mi się, że mają najlepszą ofertę ze wszystkich kart działających na całym świecie. Za dwa tygodnie odbieram paszport. Muszę też przyspieszyć sprawę ze szczepieniami (nadal się nie zarejestrowałem do lekarza, te kolejki w przychodni mocno mnie zniechęciły) i dokończyć kolekcjonowanie ostatnich potrzebnych dóbr materialnych (coś z telefonem – albo wymienić mu baterię albo nowy; powerbanka, jakiś przenośny dysk na zgrywanie zdjęć i filmów; spodnie z Decathlonu i tą nieszczęsną matę do namiotu). Potem jeszcze tylko zrobić nowe okulary sprzedać gry i książki (nie chce ktoś kupić fantastyki i sci-fi w formie papierowej?) i w drogę :D.
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 149

Zaczipowany

Kiedy obudziłem się w piątek rano, nie wiedziałem jeszcze że właśnie tego dnia dołączę do grona osób zaczipowanych przez Billa Gatesa. Ale po kolei.

Obraz wysłany przez użytkownika
Znajdź pięć różnic z obrazkiem z dwóch wpisów wstecz.

Piątek pogoda była do bani, zimno, ciemno i trochę kropiło, co natchnęło mnie do tego, by znów zajrzeć do przychodni w sprawie szczepień na dur, tężec i WZW. Mój tok rozumowania był taki, że ludziskom nie będzie się chciało w taką pogodę tłumnie pchać do lekarza, jak podczas mojej poprzedniej wizyty. I faktycznie – w recepcji nikogo nie było i kiedy nieśmiało zapytałem, na kiedy można się umówić na wizytę, dostałem zaskakującą odpowiedź, że za 10 minut jest kolejny wolny termin. Trochę w to niedowierzając, poszedłem na pięterko, a tam zamiast zwyczajowych dzikich tłumów, tylko wiatr hulał po korytarzach. Po szybkiej wizycie w przychodniowym kibelku (masakra, jak oglądam relacje podróżników po świecie to nawet w dziczy nie mają takich skandalicznych warunków :D), faktycznie po 10 minutach przyszła moja pora. Pamiętacie, jak poprzednim razem oczerniałem mojego lekarza, oskarżając go o bycie bucem i ogólnie nieprzyjemnym typem? Wszystko publicznie odszczekuję. Albo się zmienił albo trafiłem na jego lepszy dzień. Mówił normalnie, zgubił dziwną manierę, kiedy usłyszał z czym przychodzę (na poczekaniu zmyśliłem bajkę, że jadę na wiosnę do Tajlandii i chcę się poszczepić na co tam trzeba), zauważalnie się ożywił. Od razu przyznał, że nie ma pojęcia o temacie, ale od razu zaczął googlować odpowiedzi. Z jakąś taką... frajdą i zaangażowaniem. W sumie potrafię zrozumieć – jeśli jest wypalony zawodowo po 20-30 latach słuchania kaszlu staruszek, to każda nowość faktycznie może wnosić powiew świeżości do roboty ;D. Praktycznie każde pytanie musiał sobie googlować, ale robił to z uśmiechem na twarzy i może nawet wypiekami :D. Niestety, szczepienia tego typu nie są refundowalne, sam muszę je sobie opłacić, być może do niektórych będzie potrzebne zaświadczenie od mojego lekarza, że jestem zdrowy (powiedział, że wtedy mam przyjść bez kolejki i od ręki dostanę), pomiędzy szczepieniami powinienem sobie robić 2 tygodnie przerwy (czyli dobrze że się za to biorę z 5-miesięcznym wyprzedzeniem), WZW faktycznie są trzy dawki i ostatnia jest po pół roku, ale można w wyjątkowych sytuacjach (jak np. zbliżaący się wyjazd jak mój) przyspieszyć to do 3 miesięcy. Czyli – wyrobię się ze wszystkim.

Spytał też o moje szczepienie na Covida, na co mu odparłem, że jeszcze nie, bo nie chcę żeby jego termin ważności mi się za szybko skończył. Na co doradził mi, żebym się już zaszczepił, a przed wyjazdem walnął sobie trzecią dawkę, która mi znów na rok przedłuży paszport covidowy. I dodał, że za pół godziny właśnie w tym budynku zaczynają serię szczepień, on jest lekarzem prowadzącym i może mnie wepchnąć do kolejki. No to myślę – no dobra, jak się wszystko tak układa, to czemu nie. Polazłam do pokoju obok do informatyka, żeby wprowadził mnie w system. I trochę się tu skomplikowało – bo okazało się, że w systemie figuruje, że skierowanie już dawno dostałem. Nic mi na ten temat nie wiadomo, ale widocznie dawali wszystkim z urzędu, tylko o tym nie informowali. Albo zawinił fakt, że mam dwa zameldowania – na stałe u rodziców, gdzie nie mieszkam od 20 lat i obecne tymczasowe u siebie. W każdym razie –system się zbuntował, nie chciał mnie dodać, ale i tak powiedział mi, żebym na zastrzyk poszedł. Pół godziny później, po nerwowych przepychankach kolejkowych z grupką hiperaktywnych szczepionych, przyszła i moja kolej. Pielęgniarka sprawdziła mój pesel w systemie i – oczywiście nie było mnie na liście. Szczęśliwie akurat napatoczył się ten informatyk, który jej powiedział że mnie dopisze ręcznie czy coś. Trochę mnie martwi, czy to wszystko będzie gites w tym całym systemie i czy mój paszport/certyfikat dostanę... Ale chyba tak, bo minutę po wyjściu zaczęły przychodzić sms-y. Co prawda dwa pierwsze twierdziły, że mam szczepienie w lipcu („oczekuj na przyjazd zespołu szczepiącego...”), ale ostatni potwierdził piątkowe szczepienie i wyznaczył termin na drugie na 12 listopada. Czyli zgaduję, że system się odblokował. Sam zastrzyk bardzo szybki i totalnie bezbolesny. Po ostatnich kłóciach w dziąsła u dentysty, pikuś.

Obraz wysłany przez użytkownika
Ja tam od razu poczułem się zachęcony

W sumie przeżyłem ten weekend całkiem spoko, tyle co po kilku godzinach ręka zaczęła pobolewać, tak jakbym dostał porządnego mięśniaka i bolała przez dwa dni, spać się na niej nie dało. Wieczorem trochę mną potelepało, jak się kładłem spać ostro szczękały mi zęby (ale możliwe że faktycznie miałem zimno w sypialni, to raczej nie była gorączka). W sobotę do południa trochę mnie muliło, ale po 2 godzinnej drzemce w środku dnia było już lepiej. Dziś za to już żadnych objawów, pierwsza dawka przeszła mi więc bardzo na luziku. Czyli albo już i tak byłem w którymś momencie zeszłych dwóch lat chory i organizm miał antyciała gotowe albo taki ze mnie znakomity okaz zdrowia i odporności :D. W sumie na grypę nie chorowałem od przedszkola, więc coś w tym może być :D.

Co prawda potem się doczytałem, że trzecia dawka przysługuje dopiero po pół roku od drugiej, więc do kwietnia się z nią nie wyrobię, ale po dłuższym namyśle wpadłem na pomysł, że wezmę już tuż przed opuszczeniem Europy - czyli na jesieni przyszłego roku - nie szkodzi że będę z tej okazji musiał odwiedzić ponownie Polskę, plan wycieczki nie zabrania wracania do już odwiedzonych miejsc :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
No to jeszcze raz za trzy tygodnie.
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 152

Dramy pracowe

Obraz wysłany przez użytkownika
Prezenty rozdają!

Dawno nie było żadnych dram pracowych, czas to nadrobić :D. Z szokiem i niedowierzeniem przyjąłem fakt, że firma uznała za stosowne wysłać mi prezent z okazji swojego 65-lecia. Schludnie zrobione pudełko skrywało w sobie jednakże żenującą zawartość. Był list z podziękowaniami od prezesa, była flaga (którą rozdawaliśmy klientom w wakacje i której mieliśmy po 1000 sztuk, ale po tym jak powciskałem każdemu po 5, nikt więcej ich już nie chciał i trzeba było setki odesłać do centrali –a tam uznali, że skoro klient nie chciał, to pewnie ja się strasznie ucieszę z takich niechcianych ochłapów) i była damska koszulka. I gdy tak to oglądałem i się zastanawiałem, że jeśli mnie chcieli obrazić i okazać pogardę, to prościej by było po prostu napluć mi w twarz, znalazłem jeszcze jeden kawałek plastiku – kartę podarunkową do sklepu 4F na 100 zł. Lepszy rydz niż nic :D. Bluzę stamtąd już mam i jest całkiem porządna, wieć drugiej mi już nie potrzeba, a spodni jak w Decathlonie tam niestety nie mają – ale zamienię to w takm razie na spodenki kąpielowe i skarpetki – powinno wystarczyć :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Niedzielny spacer.

Z nieoficjalnych wieści dochodzą też słuchy, że nowy punkt Lotto startuje już w drugiej połowie listopada, czyli za te 3-4 tygodnie. Oczywiście konkretów nikt nie zna, ale trwa zawzięta dyskusja i dywagacja pośród wszystkich tutejszych pracowników, jak góra rozwiąże to personalnie –w sensie, kto tam pójdzie. Znając ich nieogarnięcie, każdy możliwy wariant jest prawdopodobny, również z takim, że w ogóle nie myślą o tym i w dzień otwarcia się gapną, że w sumie nikogo nie mają i będą kogoś na gwałt tam ściągać. Gdyby jednak zakładać, że tym razem wykażą się podstawowym zakresem logiki, to zabiorą tam jedną osobę doświadczoną i jedną nową. A z nowych jestem ja i moja zmienniczka. A osoba doświadczona przejdzie z innego punktu, gdzie też się zwolni miejsce. Tak czy siak, wygląda na to, że gdzieś zostanę przeniesiony – albo na ten nowy punkt albo na miejsce tej doświadczonej osoby. A co wtedy z moim punktem? Do zamknięcia? Ale wtedy po co wymienialiby mi tydzień temu sprzęt (oczywiście może dlatego, że nikt nie pomyślał że się nie opłaca bo i tak za miesiąc zamykają – pamiętajmy, że logiki w tym postępowaniu i oszczędzania pieniędzy jak to w spółce Skarbu Państwa za dużo nie ma – chyba że chodzi o oszczędzanie na pracownikach :D). I najważniejsze pytanie – gdzie ja bym chciał przejść? Wniosek z całości jest taki – coś się zmieni, nikt nie wie co i nie ma co nawet zgadywać co, bo i tak zrobią coś głupiego. Ale trzeba się na te zmiany nastawić i nie być zaskoczonym, gdy któregoś dnia dadzą pół godziny na spakowanie dobytku i przenosiny :D. I pewnie po kieszeni też w listopadzie dostanę, bo wyjdzie to w jakiś sposób na moją niekorzyść :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Polska złota jesień.

I rzut okiem na zmiany na mapie ograniczeń covidowych:
• 16.10 – Tunezja zniosła obowiązek testów dla zaszczepionych
• 24.10 – Wielka Brytania zmieniła obowiązkowe drogie testy na te tańsze
• 01.11 – Tajlandia rozszerze listę krajów które wpuszcza z 10 do 33 – Polska jest nowej liście
• 01.11 – Izrael po 20 miesiącach zaczyna wpuszczać turystów – choć nadal mocno ich gnębi - jest to przy okazji pierwszy kraj, który określił rysy czasowe szczepionki - wpuszczą cię tylko jeśli byłeś zaszczepiony max pół roku wcześniej - reszta świata coś tam nieśmiało o rocznej gwarancji wspomina
• 08.11 – USA po ponad roku zaczyna wpuszczać turystów
• 15.11 – Kuba znosi obowiązkową kwarantannę dla zaszczepionych przylatujących

Na minus poszło tylko Maroko, które zamknęło się dla kilku krajów europejskich, Holendrzy i Czesi którzy przestali lubić polskich podróżnych.
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, 27 paź 2021, 13:49. »
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3566
Faza planowania - dzień 157

Połowa drogi

Zaczynamy listopad! Zostało czyli pięć miesięcy (i pięć miesięcy blogowania za nami) do startu eskapady i można już chyba nawet zaczynać ostateczne odliczanie. I bardzo dobrze, bo razem z pogarszającą się pogodą, gdy robi się coraz zimniej, szarzej i mokrzej (i ciemniej, zachód słońca o 16.30 to jest jakiś skandal!), jedynie marzenia o wygrzewaniu się na rajskich plażach gdzieś na drugim krańcu świata trzymają mnie przy jako tako zdrowych zmysłach :D. Październik zarobkowo był znów gorszy niż miesiąc poprzedni – brutto zarobiłem 451,04 zł. W przeliczeniu jednak na godziny pracy nastąpiła nieznaczna, ale poprawa – z 25,74 zł/godz. we wrześniu na 25,82 zł/godz. w październiku – przepracowałem 18 godzin mniej. Ku mojemu zaskoczeniu dostałem też kwartalną premię motywacyjną. Dostaje ją połowa pracowników oddziału, ustawiane jest według % wyrobienia celów. Biorąc pod uwagę, że miałem zrobione jakieś 60-70% tego co sobie góra wymyśliła z kosmosu, nie spodziewałem się – ale widać, że jakieś 50 osób poradziło sobie jeszcze gorzej i premia jednak mi wpadła. 500 zł brutto, które trochę podratowały mój budżet. I tak, to jest 500 zł za trzy miesiące, więc tak naprawdę wychodzi na czysto jakaś stówka na miesiąc – o taką premię to nawet nie warto się zabijać i zostawać po godzinach :D. Na chwilę obecną zapasy kasy na wyprawę wynoszą więc 9.000 zł. Czyli trzy miesiące podróżowania i wydawania po 100 zł dziennie są już gwarantowane. A to z kolei oznacza, że startuję już na pewno i potem będę się martwił co dalej – plan minimum zakładał zgromadzenie 10 tysięcy na start – a że to startu zostało 5 pięć miesięcy, to raczej tyle dozbieram :D.


Mój plan przespacerowania w 2021 tysiąca kilometrów po lasach też raczej zostanie zrealizowany – przez kilka ostatnich ciepłych dnia października trochę nadrobiłem, z przyjemnością przyglądając się pięknej polskiej jesieni – te żółte, czerwone liście podświetlane słonkiem przy 17 stopniach na kilka dni przez listopadem to niespodziewana, ale miła sytuacja. I znów przychodzą myśli, że po co jechać daleko, skoro i u nas takie cuda. Ale jak następnego dnia rano zobaczyłem swój oddech w postaci pary z ust i drzewo już bez liści za oknem, to znów zacząłem pakować w myślach plecak ;D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Kolorowo!

W zeszłym tygodniu odwiedziłem też Punkt Szczepień, zasięgnąć języka na temat dalszych atrakcji. Pani doktor (a może pielęgniarka?) tam rządząca mocno skrytykowała mojego lekarza i obaliła połowę wygooglowanych przez niego informacji :D. Zrobiła mi wstępną listę tego na co mam się szczepić, nakazała wręcz obowiązkowo na żółtaczkę i to obie wersje, zgasiła marzenia o przyspieszonym trybie (ten wchodzi tylko wtedy, gdy jest konieczny np. do operacji, wyjazd taką koniecznością nie jest), ale pocieszyła, że nawet po dwóch dawkach szczepionki (z trzech) można jechać – zresztą, jeśli mi to wypadnie na maj/czerwiec, to jeszcze będę w Europie, to sobie do Polski na trzeci zastrzyk podjadę. Wychodzi na to, że będę brał w sumie 4 szczepionki – WZW A, B, dur brzuszny i tężec. Cenowo jest dość sporo – WZW 200 zł x3, drugie WZW 85 zł x3, dur 230 zł, tężec 30 zł x 3. Mogę brać po 2 szczepionki naraz, potem odczekać 2 tygodnie przed kolejną inną. 12 listopada mam drugą dawkę covidową, więc WZW pyknąłbym sobie 26 listopada (i akurat mam wtedy wolne).

Obraz wysłany przez użytkownika
O taką jesień walczyliśmy!

W ramach treningu zacząłem też ćwiczyć składanie namiotu do jego opakowania. Pierwsze podejście (tak, mam namiot 2 lata i jeszcze go ani razu nie pakowałem, leżał w szafie w formie zrolowanej kulki :D) trwało 30 minut i kosztowało mnie mnóstwo potu, łez i skołatanych nerwów. Nie ma bola żeby tyle sprzętu zmieściło się do takiego małego woreczka. W przypływie rozpaczy zwróciłem się po pomoc do youtube. I nawet znalazłem 2 minutowy filmik instruktażowy z decathlonu. Gościowi szło bardzo sprawnie do momentu krytycznego wkładania zwiniętego namiotu do woreczka. Wtedy nastąpiło cięcie filmu i następna scena przedstawiała już spakowany do niego namiot :D. Dranie dobrze wiedzieli, że tego się nie da :D. Musieliby pokazać 20 minut stękania, upychania i zaklinania. No ale nic, będę sobie próbował codziennie i albo nabiorę wprawy albo porwę i namiot i worek i problem się sam rozwiąże :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Tu potrzebne będą jakieś czary...
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika

Strona: « < 1 2 3 4 5 >

Forum JRK's RPGs działa pod kontrolą UseBB 1