Forum JRK's RPGs

Encyklopedia galaktyczna gier cRPG

Fotoblog - reaktywacja v.2

Strona: « < 1 2 3 4

Autor Post
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3547
Faza planowania - dzień 88

Trening kondycyjny

Najpierw drobna korekta. Mój poprzedni wpis wykazał moje braki w tak podstawowych dziedzinach jak matematyka (nieznajomość definicji rombu) i co gorsza - geografii. A to jako samozwańczego wybitnego podróżnika (w planach) zabolało mnie chyba bardziej :D. Morrak był tak niemiły, że wytknął mi fakt, że Egipt leży bardziej na wschód niż Białoruś, więc moje granice maksymalnych zasięgów nie-rombu się przesuwają. I przy tej okazji przypomniało mi się, że byłem przecież jeszcze dalej na wschodzie niż Egipt - w Petrze w Jordanie. I tak w przeciągu kilku dni mój oszukany romb idzie na wschód o kolejne setki kilometrów. Ale kolejny rozrost dopiero podczas wyprawy... Chyba? :D

Obraz wysłany przez użytkownika
Zaktualizowana mapka maksymalnych zasięgów

Dziś miałem trzeci wolny dzień w sierpniu (po czterech ostatnich przepracowanych ponownie pod rząd) i spędziłem go dość intensywnie. Na 11 odwiedziłem mojego starego dentystę (który zdążył zgubić wszystkie moje dokumenty, w tym starsze prześwietlenia szczęki i takie tam - ale niby mają poszukać lepiej i je znaleźć na następny raz - zobaczymy) i musiałem wypełniać ankiety o zdrowiu raz jeszcze. A potem dentystka zabrała się za moją jedynkę. Poprzednia babka znęcała się nad nią całe trzy minuty - tym razem operacja trwała godzinę i 15 minut. Na dzień dobry dostałem zastrzyk ze znieczuleniem, który spraliżował mi pół twarzy, ale szczęśliwie zadziałał, bo nie czułem nic a nic - a wiercenia było sporo - z małej dziurki w zębie po wywierceniu podejrzanych rejonów zrobiło się dziursko na 1/3 zęba - wątpię czy on takie wybebeszenie przeżyje. A sadystka zaprosiła mnie na kolejne wizyty, bo chce to samo zrobić jeszcze trzem kolejnym. I próbowała mnie namówić na aparat, ale nie zgodziłem się (nawet gdybym nie planował podróży, to już by mi się nie chciało 3 kolejne lata użerać z metalem na zębach). Wersja zastępcza do szyna, coś w stylu nakładki jak dla bokserów, którą miałbym nosić jak często się da, a już na pewno do spania - na to wstępnie się zgodziłem. Dzisiejsza masakra ząbka kosztowała mnie 250 zł, więc nieco nadszarpęło to mój budżet, ale to zło konieczne, z bolącymi zębami podróż nie miałaby sensu.

Znieczulenie trzymało i trzymało i coś nie chciało puszczać, ale kiedy kumpel koło 15 zapytał mnie, czy nadal jestem zainteresowany podrzuceniem mnie do wioski 20 km od mojego miasta (kiedyś go prosiłem, żeby sobie stamtąd wrócić na piechotę, a on akurat dziś się tam wybierał), stwierdziłem, że czemu nie. Zwłaszcza że akurat wyszło słonko i ma być tylko dziś - to chyba ostatni ciepły i niedeszczowy dzień sierpnia. I tak przetuptałem przez lasy te 20 km z powrotem do domu, cały czas czekając aż zejdzie mi znieczulenie i zaczną nawalać zmasakrowane dziąsła - dentystka ostrzegła mnie, że trochę się z nimi musiałą obejść brutalnie, sam ząb miał niby nie boleć. Ale z jakiegoś powodu, mimo 4 godzin spaceru, nic nie bolało. Takie dobre znieczulenie, czy jednak mam tak silny organizm? Dowiem się w nocy, jeśli prześpię bez problemów albo obudzę wstrząsany falami bólu :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
[img]Leśny spacerek[/img]

Trasa ładna, słonko świeciło, w samym t-shircie, mimo że pod koniec troszkę już było chłodnawo. Tym razem zabrałem też duży plecak, ale jeszcze go na maxa nie pakowałem, szło się więc bardzo przyjemnie. Ze zwierzaków spłoszyłem tylko 2 czaple po drodze.

Obraz wysłany przez użytkownika
Ostatni ciepły dzień tego lata.

Aha i miał być brud, smród i ubóstwo, więc dla widzów o mocnych nerwach i pozbawionych odruchów wymiotnych - zdjęcie moich stóp po trasie: buty wziąłem rozwalone, bo mi dobrych było szkoda na las, porwałem też po drodze skarpetki (a takie fajne były :( ), więc piach miałem wszędzie w środku:
https://i.imgur.com/oZLGsUy.jpg
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, 24 sie 2021, 21:22. »
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3547
Faza planowania - dzień 95

Wakacje!

W końcu doczekałem się – wakacje! Całe cztery dni wolnego pod rząd! I oczywiście trafiłem w moment, gdy pogoda jest totalnie do bani, niby koniec sierpnia, a zimno, a na dodatek pada. No cóż. I tak w sumie to już po wakacjach, bo piszę to już po powrocie, znów siedząc w pracy – i nawet zrobiło się cieplej i słonko wyszło, co to za oszukaństwo!

W czwartek przepracowałem grzecznie 11 godzin, zamknąłem lotto o godz. 20:00, zjadłem kilka parówek i zacząłem się pakować. Nocny pociąg miałem o 21:44 – padać zaczęło gdy wyszedłem z plecakiem na dworzec. Pociąg startował ze Świnoujścia, więc miał niecałą godzinkę drogi. A i tak zdążył złapać 15 minut opóźnienia. Przesiadkę miałem mieć w Warszawie i miałem na nią rano kupę czasu, bo ponad 2 godziny. Spoiler alert – okazało się to być za mało – pociąg w którymś momencie w nocy całkiem nam się rozkrzaczył, podobno popsuła się lokomotywa. Ale to pikuś, bo popsuły się też drzwi między wagonami i przez jakaś godzinkę postoju automatycznie się otwierały i zamykały, tyle że nie ze zwykłą prędkością, a na całej parze. Rozkoszny dźwięk do słuchania o 2 w nocy – i jeśli kiedyś będę chciał kogoś torturować, to zapomnijcie o zrywaniu paznokci albo przypalaniu – posadzenie koło takich drzwi działałoby lepiej. Ja byłem gotów zdradzić wszelakie sekrety, byle tylko to się już skończyło :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Więzienne prycze pociągowe

Z jakiegoś powodu w pociągu lepiej mi się śpi na siedząco, ale postanowiłem zabawić się w burżuja i wykupiłem kuszetkę. Dwa potrójne zestawy łóżek piętrowych w przedziale, czyli 6 śpiących osób, moje miejsce było na samej górze i kiedy się załadowałem, reszta była już zajęta. Na cichaczu i po ciemku, dokonując cudów akrobatyki wspiąłem się z plecakiem na samą górę, udało mi się nikogo nie obudzić i jakoś na tej swojej niewielkiej półeczce pod sufitem zainstalować (obstawiam po chrapaniu że spali dalej). Trochę się z zasypianiem pomęczyłem, potem obudziły mnie te cholerne drzwi podczas postoju, ale w końcu usnąłem. Dziadki z innych łóżek wstali o 6 rano (czyli 3 godziny przed wysiadaniem) i stwierdzili, że nie odwzajemnią uprzejmości – zaczęli hałasować, gadać i dobrze się bawić, nie zwracając uwagi na osoby które próbowały nadal spać – niestety jest to reguła, a nie wyjątek w tego typu moich podróżach. Nie szkodzi, trening wytrzymałościowy mi się taki też przydał :D.

Początkowy plan zakładał przesiadkę w Warszawie po 2 godzinnych oczekiwaniu na kolejny pociąg – jak już zresztą wspomniałem wcześniej. Kiedy jednak zadzwoniłem do siostry, by pochwalić się że do niej przyjeżdżam, ta zgasiła mnie informacją, że środa- piątek jedzie ze swoimi ledwo nastoletnimi bąbelkami do Warszawy. Plan został więc zmieniony na wersję taką, że zostaję w stolicy z nimi i zwiedzam do 17ej, gdy razem pociągiem wracamy do rodzinnego Chełma. Biletów nie zdążyłem zwrócić i pogodziłem się ze stratą – ale w związku z tym, że pociąg się spóźnił, wycwaniłem się, udałem do kasy i oprotestowałem ten fakt, domagając się jednak zwrotu kasy. Co prawda bez paragonu zakupu nie chcieli mi wypłacić, ale wypisali pismo potwierdzające moje roszczenia – teraz muszę albo znaleźć paragon (i raczej mi się to uda) albo iść do banku, żeby mi oddrukowali – niemiła pani w okienku nie chciała oglądać dowodu wpłaty na moim telefonie, chciała mieć świstek w garści.

Obraz wysłany przez użytkownika
Stolyca!

Zwiedziliśmy więc sobie Złote Tarasy, siostra podrzuciła mi najpierw jednego, a potem obie sztuki potomstwa, a potem chwilę sama się poczilałtowała w jakichś ciuchlandach, pojeździliśmy tramwajami, metrem, zajrzeliśmy do McDonaldsa (dwa razy), raz na ciacha, odwiedziliśmy ciotkę, obejrzeliśmy kolejkę na taras widokowy w Pałacu Kultury i dzień zleciał. Po kolejnych kilku godzinach w pociągu, dojechaliśmy w końcu do domu. Moja podróż trwała więc dobę bez kilku minut.

Dwa dni w domu spędziłem na oglądaniu deszczu zza szyb, ale kilka razy udało mi się na rower wyrwać – ale w sumie ujechałem przez te 2 dni niecałe 25 km, więc szału nie ma. Wczoraj rano wsiadłem w kolejny pociąg i po dwóch kolejnych przesiadkach i tylko 12 godzinach w podróży dotarłem do Goleniowa. Wakacje skończone, czas wracać do pracy.

Obraz wysłany przez użytkownika
Ustalanie kwietniowej trasy Camino - ale o tym więcej następnym razem.
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3547
Faza planowania - dzień 98

3 miesiące za nami, 7 przed nami

Trzy miesiące przygotowań za mną. Stan oszczędności na wyjazd: 5.000 zł (następna wizyta u dentysty na 10 września, trzeba będzie zacisnąć pasa żywnościowo, żeby tych zapasów gotówki nie ruszyć). Do kwietniowego startu wyprawy pozostało już tylko 7 miesięcy. Można powoli rozpoczynać okres paniki przedwyjazdowej :D. Umowy w pracy nadal nie dostałem, dziś już trzeci dzień jak pracuję bez podpisanych dokumentów – ale lottomat działa, a gdyby mi nie przedłużyli, to raczej byłby zablokowany :D. No i dziś dzwonił do mnie kierownik, czy zgodzę się w przyszłym tygodniu na dodatkowe dni pracy – zastępstwo. Zgodziłem się, każdy dodatkowy dzień pracy, to 2-3 dni więcej na podróże po Indiach.

Obraz wysłany przez użytkownika
Te mi się podobają, ale cena mocno odstrasza

Wczoraj miałem jednakże wolne i ucieszony z ładnej pogody, wskoczyłem w pociąg do Szczecina, by odwiedzić tamtejszy Decathlon. Plan zakładał zakup plecaka i obejrzenie mat samopompujących się. Nawet sobie wcześniej online obczaiłem dwa plecaczki, które mi wizualnie na stronce sklepu podeszły, ale wiadomo – trzeba najpierw przymierzyć i obaczyć czy coś nie uwiera albo jakieś inne głupie rozwiązanie. Rozczarowałem się jednak, sklep był bowiem w te towary bardzo skromnie zaopatrzony, moich modeli nie było – najbliższe są w Poznaniu, a trzech godzin pociągiem w jedną stronę telepać mi się jednak nie chciało – pozostał mi zakup online i czekanie na przesyłkę bez przymierzania, co nie do końca mi się uśmiecha, ale nie ma było wyjścia. Mat też prawie nie mieli, więc cały wyjazd był stratą czasu i pieniędzy na bilety, buu. Po przeczytaniu kilku pozytywnych recenzji, między innymi

kliknąłem w opcję kup, pożegnałem się czule z 350 zł i teraz czekam do wtorku – wtedy ma pojawić się kurier. Oczywiście pracuję we wtorek od 9 do 20, więc będą akcje z odebraniem paczki (nie mieli do wyboru paczkomatu – w sumie ma sens, bo towary mają zbyt gabarytowe). Jak dojdzie, to oczywiście zdam relację z pierwszych wrażeń.

Jeszcze podczas wizyty w sklepie, mimo klapy plecakowej, obczaiłem sobie za to buty, bluzy i spodnie – i tu wybór mieli fajny i jak będzie bliżej startu zapewne się w coś ubrankowego od nich jeszcze zaopatrzę – bluzy ciepłe, a lekkie, z zasuwanymi kieszeniami, kapturem, suwakiem na brzuchu i co najważniejsze – ze wzmacniaczami w miejscach gdzie się nosi plecak – więc raz że się nie przetrą, a dwa że ciut wygodniej będzie. Póki co, przywiozłem z domu dwie inne nowe bluzy – które w sumie też niemal spełniają moje wymagania, ale i tak są dużo cięższe niż te decathlonowe (jedną ukradłem tacie, na drugą naciągnąłem mamę). Spodnie podpasowały mi też – z dużą ilością zasuwanych kieszeni, możliwością odczepienia dołów i zmienienia ich w szorty, ze wzmocnionym materiałem na tyłku do siadania w terenie :D. To doczepianie do mnie najbardziej przemawia, bo podróżować lubię najbardziej w szortach właśnie, ale czasem przydają się i długie (wejście do kościoła, czy meczetu albo przedarcie się przez pokrzywy). Butów mieli największy wybór – i z tym będę miał największy dylemat – wciąż nie podjąłem decyzji, jakie je chcę.

Obraz wysłany przez użytkownika
Dwie zdobyczne bluzy - 4F i... Lotto (ale nie moja firma, tylko ta sportowa)

Po powrocie ze Szczecina spotkałem się z psiapsiółkami (chyba pierwszy raz od dobrych 5 miesięcy), które popełniły błąd taktyczny polegający na najpierw skrytykowaniu mojego pomysłu wyjazdowego, wykazaniu braku wiary w jego realizację, a potem zgodziły się na spacer po okolicy. W ramach zemsty zostały przeczołgane przez ścieżki zarośnięte pokrzywami po szyję, pajęczynami ze zmumifikowanymi pszczołami i łąki tak rozbujałe po ostatnich deszczach, że wyglądały jak dżungla. Po 8 km dziewczyny miały serdecznie dość, głośno pomstując na swoją własną naiwność, że znów dały mi się wyprowadzić w maliny i przypomniały sobie dlaczego widujemy się raz na pół roku :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Kumpela podczas obiecywania sobie, że nigdy więcej na spacer ze mną

Dziś zaczynam ciąg pięciu dni pracy pod rząd, więc znów sobie nie pospaceruję. Zarejestrowałem się za to na wizytę w Urzędzie Wojewódzkim – najbliższy wolny termin był dopiero za 3 tygodnie, więc będę składał wniosek o paszport dopiero 28 września. Przed kwietniem mi raczej już go dostarczą, chyba? :D
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3547
Faza planowania - dzień 105

Pożegnanie lata

Najpierw trochę narzekania na pracę, a potem już mięsko podróżnicze. Jak zapewne pamiętacie, zostałem zatrudniony w Lotto do obsługi nowego punktu. Mamy tych punktów w mojej mieścince cztery i w tym tygodniu pracowałem już we wszystkich trzech, a w tym moim docelowym – nadal nie :D. I w sumie nie narzekam, bo on jest straszna padaka i obroty są tam mizerne. W tym tygodniu zostałem zesłany na zastępstwa – dziś na przykład nudzę się okrutnie na moim startowym punkcie – obroty są tu po prostu tragiczne, będę miał prowizję rzędu 3 zł za godzinę, a wysiedzieć muszę 12 godzin. Oczywiście dało by się uniknąć tego, ale klasycznie kierownictwo nieogarnięte i nie zrozumiało jasnej informacji od jednej z pracownic, że ta idzie na miesiąc do szpitala i rekonwalescencję. Mówiła im o tym od pół roku, ale jakoś im to umknęło. I tak o 8 rano dzwonili do mnie, czy aby bym się na 9 nie skusił do pracy. Odmówić w sumie za bardzo nie mogłem, mimo że to podejrzewam, że przysłowiowe chińskie dziecko z jego miseczką ryżu mniejszego ucisku doznaje. No ale nic, jeden – dwa dni się przemęczę i spiszę je na finansowe straty, ale jak będą chcieli to tak dalej ciągnąć, to się pogniewamy. Dobra, dość przynudzania, bo o ile początkowo pisanie o niekompetencji przełożonych było zabawne, to na dłuższą metę jest coraz bardziej uciążliwe.
Obraz wysłany przez użytkownika
Plecak na swoim dziewiczym spacerku

W przeciągu ostatnich 10 dni miałem więc ten jeden dzień wolnego i postanowiłem wykorzystać go na spacerek. Mój nowy plecak dotarł we wtorek, a w środę zapakowałem go -ale tak umiarkowanie, kilka ciuchów, woda, parę książek dla zwiększenia obciążenia – nie chciałem na testowanie obładować go na maxa. Pierwsze wrażenia z plecaka są raczej dobre – co prawda sam w sobie waży już sporo – ciut ponad 2 kg (moje dotychczasowe nie ważyły chyba nawet kilograma), ma kilkanaście kieszonek, schowków i takich tam, których nie do końca ogarniam. Ogólnie sprawia wrażenie dość skomplikowanego – wcześniej miałem po prostu worki z rączkami i góra dwie kieszonki, tu rzemyczki, zameczki, suwaczki, nie wiem jeszcze gdzie się to wszystko obsługuje. Ma też sporo możliwości dostosowania – do wzrostu, grubości itd. - trochę z tym eksperymentowałem, ale zdałem sobie sprawę, że nie wiem tak naprawdę na jakiej wysokości powinien być pas biodrowy, jak bardzo odstawać stelaż od pleców i pod jakim kątem – pasowały mi wszystkie ustawienia jakie testowałem :D. Trzeba będzie zrobić jeszcze kilka krótszych spacerków z pełnym obciążeniem – wtedy będzie to bardziej miarodajne. Plecak jednak na pewno ze mną zostaje i nie muszę się już martwić jego odsyłaniem.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obrazki nie po kolei - tu z samego końca z moczenia nóg w Bałtyku

Napisałem, że był to spacerek – a w sumie wyszedł mi rekord 2021 roku – 30,5 km rejestrowanego marszu (plus kolejnych kilka do i z dworca do domu). Pojechałem pociągiem na wyspę Wolin. I poszedłem z miasteczka Wolin do Międzyzdrojów. Pogoda była po prostu boska – wróciło słońce, momentami było nawet za ciepło, ale jako że to zapewne pożegnanie z latem, to nie narzekałem. Pociąg jedzie jakieś 45 minut, ale w rozkładzie miał w połowie trasy 45 minutowy postój, więc przejazd tam mi się mocno wydłużył. Miałem w planie iść polskim odcinkiem Camino, czyli drogi Św. Jakuba, ale coś nie mogłem w Wolin znaleźć oznaczeń szlaku – wpadłem za to na punkt informacji turystycznej – ale pani w środku wiedziała jeszcze mniej ode mnie. Poczytałem jej opis z internetu i skierowała mnie drogą na wprost. Na szczęście wychodząc z punktu znalazłem moją pierwszą muszelkę – oczywiście prowadziła w inną stronę niż informacja próbowała mnie skierować – więc jak coś, nie ufajcie wolińskim informatorom :D. Zresztą, oznaczenie większości szlaku było bardzo kiepskie – bez internetowych mapek i zgadywania, nie dałbym rady znaleźć właściwej trasy. Najgorzej było w samym Wolin, ale jakimś cudem udało mi się po każdym przypadkowym skręceniu w jakąś ulicę, jakiś czas później znaleźć kolejną muszelkę oznaczającą szlak.
Obraz wysłany przez użytkownika
Jestem głupi i tam włażę mimo że to quest opcjonalny

Trasa była naprawdę super i bardzo różnorodna – zaczynałem w małym miasteczku, potem były pola uprawne z zagrodami z konikami i krowami (i w obu były młode), holenderski stary młyn, potem kilka kilometrów robót drogowych – wylewali asfalt, był tak świeży, że pewnie dałbym radę się w nim utopić, a na pewno buty stracić, wał przeciwpowodziowy nad Zalewem Szczecińskim, potem lasy, Woliński Park Narodowy (ale drogę przebiegła mi w nim tylko jedna sarenka, kilka lat temu w zimie widziałem tam kilkanaście), potem zaczęły się górki, bunkry z muzeum i stanowiska poligonowe rakiet V3 z czasów IIWŚ, turkusowego koloru sztuczne jeziorko na zalanej kopalni kredy, w końcu wczasowe Międzyzdroje z deptakiem i moczeniem nóg w Bałtyku. Trasa trochę mi dała w kość – bardzo się cieszyłem, że nie wpadłem na genialny pomysł wypchania plecaka do granic możliwości, bo bym wtedy raczej nie doczłapał na ostatni pociąg do domu. Wykończyły mnie też górki – o ile po płaskim mogę iść godzinami, to po kilku metrach podejścia gubię płuca. Ale kiedy raz zabłądziłem i minąłem punkt widokowy, który mój przewodnik opisywał jako „najpiękniejszy widok Pomorza” i „najpiękniejszy widok w Polsce roku 1993” (nawet nie wiedziałem, że są takie plebiscyty), to wróciłem kilometr i po ostrych schodach i tak wlazłem na samą górę. Spodziewałem się oczywiście, że nic nie będzie widać, bo tam jakoś gęsty był ten las i wypruwałem z siebie flaki na darmo, ale miło się rozczarowałem. W sensie tak, las zasłaniał całkiem sporo (pewnie zimą lepiej wszystko widać), a słońce waliło prosto w twarz ,ale widoczek faktycznie niczego sobie – tzw. wsteczna delta Świny – rozległe rozlewiska z mnóstwem zielonych ogromnych wysp – tak właśnie wyobrażam sobie deltę Amazonki :D. Zdjęć kilka pyknąłem, ale nic na nich nie widać, więc kradnę jakieś z netu, żebyście mogli sobie zwizualizować.
Obraz wysłany przez użytkownika
Wizualizacja kradziona z neta

Trasę robiłem w sandałach – i o ile szło się w nich bardzo dobrze (poza schodzeniem z górek – tam było mocno asekuracyjne powolne czołganie się – nie chciałem skręcić kostki na tych wszystkich korzeniach i kamieniach), to udziabała mnie w stopę raz mrówka, a raz chyba pająk – mrówka zabolała raz, a mocno, a pająk zrobił mi krostkę, która swędzi już trzeci dzień i się wręcz powiększa. Jeżeli w naszych polskich lasach czają się takie robacze potwory, to co dopiero mówić o tropikach, gdzie te małe stworzonka naprawdę chcą i mogą nam zrobić krzywdę, a nie tylko delikatnie uprzykrzają nam życie jak robactwo lokalne. Z bólem i smutkiem, rezygnuję więc z sandałów jako obuwia podstawowego, będę musiał jednak wybrać coś zabudowanego. Sandałki jako dodatek, o ile znajdę jakieś takie, co nic nie ważą (ale japonki odpadają, ten pasek między palcami jest dla mnie zabójczy, już próbowałem), spadają do kategorii „może zabiorę”.
Obraz wysłany przez użytkownika
Spacerek
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, 10 wrz 2021, 20:55. »
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3547
Faza planowania - dzień 110

Kupa w lesie

Klasycznie, zaczynamy od dramy pracowej. Dostałem telefon z kadr, żeby znów szykować moje CV, bo jednak znów będę brał udział w rekrutacji. Nawet mnie to mocno nie zdziwiło, już się chyba przyzwyczaiłem do tego trybu zarządzania przez chaos i zaskoczenie :D. Przynajmniej tak szybko mi się to wszystko nie znudzi. Okazało się, że Lotto stawia jeszcze jeden własny punkt w moim miasteczku, według słów pani z kadr „bardzo niedługo”. To oczywiście może oznaczać w ich wykonaniu wszystko – od tygodnia do pół roku. Będzie to kolejny punkt z automatami i widzą mnie w obsłudze właśnie tam. Oznaczałoby to przejście na normalną umowę o pracę, normowane godziny (w rozliczeniu trzymiesięcznym), zwrot zamrożonej kasy i jako takie unormowanie moich comiesięcznych dochodów, bo teraz to jest jedna wielka niewiadoma. Czy będę zarabiał lepiej? No tego to już nie wiem, okaże się w praniu. Ale raczej tak – z tego co się orientowałem po innych punktach i po innych osobach które mają lepsze dojście do kadr i dostały ten sam cynk. Jak się sytuacja rozwinie, nie omieszkam was oczywiście poinformować o kolejnych nieoczekiwanych zwrotach akcji.

Obraz wysłany przez użytkownika
Obrazki z wycieczki, nie ma obaw, nie w temacie wpisu - tu kościół w Wolin

Przyszedł też pierwszy poważny kryzys finansowo- wyjazdowy. Spalił mi się monitor i stanąłem przed dylematem, czy naruszyć fundusz wyjazdowy, czy raczej trzymać się wersji, że cała kasa idzie na oszczędności. To jeszcze niby pół roku, a monitor przydatna sprawa. Ale udało się przezwyciężyć kryzys i nowego monitora ostatecznie nie kupiłem. Pożyczyłem od znajomego starego gruchota 21 calowego, do którego znalazłem w swoim archiwum kabelków przełączkę i mogę go nawet podczepić do mojej karty graficznej. Jestem dumny ze swojej silnej woli i moje szanse na wyjazd właśnie wzrosły o kolejne 1000%.

I wracamy do mięska podróżniczego. Chociaż akurat dziś określenie „mięsko” będzie wyjątkowo nietrafne :D. Czas jakiś temu pisałem o wyjazdowym zapleczu sanitarnym – i o tym, że jeszcze nigdy nie robiłem kupki w lesie. I otóż jest już to informacja nieaktualna. Nie wspominałem o tym, ale przy okazji zeszłotygodniowej wyprawy na Wolin kolejna granica została pokonana. Więcej pod spodem – nie ma żadnych drastycznych, ani nawet zbliżonych do drastycznych opisów, ale jak komuś zbiera się na wymioty na samo słowo „kupa”, może sobie odpuścić dalsze czytanie (chociaż to słowo ani inne podobne już nawet nie padnie!) :D.

Obraz wysłany przez użytkownika
Jezioro Turkusowe

Moja zasada podróżowania mówi o tym, że powinno być na pusty żołądek – nie jem śniadania, unikam mleka i mogę się rozkoszować spacerem przez wiele wiele godzin, nie przejmując się szukaniem po drodze kibelków. Tym razem plan był taki sam (i tak, przelazłem te 30 km na głodniaka, oszukałem tylko jakimś jednym Snickersem na samym starcie). Jednakże po jakiejś godzinie, dostałem sygnał z kiszek, że znalazły w sobie resztki wczorajszego obiadu. Zignorowałem je, przypominając im że przed nami jeszcze 20+ km marszu do cywilizacji. To je na jakiś czas uspokoiło. Ale pół godziny później znów zaczęły marudzić

-Eeeej, ale pamiętasz, jak mówiłeś, że miałeś trenować kupkę w lesie? Dziś byłby do tego dobry moment, eeeej no weeeeeź.

Nie dałem się skusić, ale zacząłem mimo to takie wstępne rozglądanie się za ewentualnymi miejscówkami – ale póki szedłem przez otwarte łąki i autostradę w budowie, nic sensownego się nie pojawiało. Ale potem zaczął się las i kiszki zaczęły coraz gwałtowniej na mnie naciskać. Kazałem im siedzieć cicho, ale były na tyle natarczywe, że dla świętego spokoju zacząłem poważniej przyglądać się otoczeniu. Ale to za dużo pajęczyn, za mało drzew, za mokra trawa, za wysoka trawa, nic mi się nie podobało. Myślałem że wezmę je na przetrzymanie i jakoś z pełnym ładunkiem dojdziemy do Międzyzdrojów. W którymś momencie jednak żarty się skończyły i kiszki oznajmiły:

-Dobra, koniec negocjacji, masz 30 sekund i zaczynamy, nieważne czy jesteś na środku drogi i masz nadal naciągnięte spodnie.

Spanikowałem i mimo że z terrorystami nie powinno się negocjować, wybłagałem jeszcze minutkę czasu. Kiszki niechętnie się zgodziły, a ja skręciłem w las i rozpocząłem gorączkowe poszukiwania jakiegokolwiek miejsca. Udało się przeciągnąć sprawę do całych pięciu minut, aż znalazłem miejsce, które w tamtym momencie w miarę mnie usatysfakcjonowało (ale sprawa była już tak napięta, że w sumie było mi już wszystko jedno). Jakiś pieniek do oparcia ręki i postawienia plecaka nawet się znalazł, mocno uliścione podłoże, delikatne nachylenie terenu. W zasadzie miejscówka cud, ale to chyba zadziałał instynkt bo na pewno sam tego nie szacowałem w moim stresie :D. Drastycznych opisów wam litościwie oszczędzę, powiem tylko że wyszedłem z tego starcia silniejszy psychicznie, w czystych butach, nie uwalonych spodenkach i z poczuciem, że teraz to ja już mogę wszystko. Poczułem się jakbym zdobył Mont Everest albo któryś z biegunów. Jeśli moja radość z okrążenia świata będzie choć w połowie taka, jak po tym sukcesie, to będzie dobrze :D.

Wszystko po sobie uprzątnąłem, tak że nikt nie znajdzie miejsca mojego triumfu, pomogły w tym duże ilości zalegających tam liści. Aha – papier toaletowy i takie nawilżane chusteczki miałem ze sobą – zawsze zabieram taki zestaw w podróż – dotąd przydawał się tylko w pociągach.

Obraz wysłany przez użytkownika
Wspinaczka po Wolińskim Parku Narodowym
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3547
Faza planowania - dzień 113

Kryzysy i wspominki

Najpierw kryzysy, potem wspominki :D. Kryzys nr 1 to czwartkowa wizyta u dentysty - raz że nadwyrężyła mój budżet o kolejne 200 zł (a poniedziałek idę ponownie i wtedy mam się szykować na wydatek 600 zł), dwa że jak zwykle to była tortura (choć po trzech zastrzykach ze znieczuleniem było już bezboleśnie), trzy że się po niej na tyle osłabiłem, że frajersko dałem się komuś w pracy zarazić (kryzys nr 2). Kicham, podkaszluję, mówię przez nos i mam nos zapchany, a do tego mętlik w głowie i najchętniej cały czas bym spał - słowem typowe objawy przeziębienia. O ile jeszcze przeziębienie jeszcze istnieje, bo może po prostu już mam Covida :D. Ale Covid nie Covid, do pracy trzeba chodzić - na umowie zleceniu nie ma możliwości chorowania, zwłaszcza wtedy, gdy biorę udział w rekrutacji na nowe stanowisko. Niestety, poza oczywistym minusem w postaci prawdopodobnego zarażania moich klientów (i jest to cena, jaką jestem gotów zapłacić), moje otępienie umysłowe i przymulenie zaskutkowało tym, że na koniec dnia miałem w kasie manko na jakieś 200 zł- które chcąc nie chcąc musiałem pokryć z własnej kieszeni. Zaraz po 11 godzinach pracy położyłem się spać, odespałem ponad 10 godzin i dziś było już trochę lepiej, choć nadal musiałem odczekiwać kiedy wszyscy wyjdą żeby sobie kaszlnąć albo kichnąć. Ale głowa już nie bolała i nawet myśleć się dało - ale tym razem podliczenia na koniec dnia nie robiłem, zrobię jutro - jak się jednak okaże, że znów jestem na minusie... dlatego dziś nie liczyłem, dwa dni strat pod rząd to za dużo nawet jak na moje optymistyczne podejście do życia :D. I to był ten kryzys nr 3. A teraz już czas na sprawy przyjemniejsze - wspominki podróżnicze.

Obraz wysłany przez użytkownika
Za mną już godzina tortur

Tak sobie pomyślałem – motyw Camino przejawia się na tym blogu dość często, ale chyba jeszcze nie każdy wie co to w sumie takiego? Już spieszę z wyjaśnieniami :D. Camino to po hiszpańsku „Droga”, ale pisane wielką literą oznacza konkretną trasę – pielgrzymi szlak prowadzący do miejscowości Santiago de Compostela, na północnym zachodzie Hiszpanii, w prowincji Galicja, jakieś 100 km od wybrzeża Atlantyku. Szlak prowadzi... zewsząd, kiedyś zaczynało się go wychodząc z domu. I jest stary, pierwsze wzmianki o nim pochodzą z IX/X wieku – ma więc ponad 1000 lat! Pierwszy przewodnik pielgrzyma ma 900 lat – i nadal można go sobie poczytać :D. Legenda głosi, że w katedrze pochowany został jeden z apostołów – św. Jakub. Który co prawda zginą śmiercią męczeńską na Bliskim Wschodzie, ale jego ciało w cudowny sposób za pomocą łodzi bez wioseł przepłynęło te kilka tysięcy kilometrów, by wylądować w Hiszpanii. A potem dzikie byki zaciągnęły je do Santiago. Jeśli się nie chce mieć kryzysu wiary, lepiej nie zagłębiać się w tego typu detale i skupić na czymś innym :D. Do jego grobu od tamtej pory pielgrzymują królowie, cesarze, papieże (JP2 też był, nawet dwa razy) i tłumy wiernych.

Obraz wysłany przez użytkownika
Sieć Camino przez całą Europę- moje trasy zaznaczone fachowo kolorkami.

W dawnych czasach szło się tam i z powrotem, dziś można po zakończeniu wygodnie wsiąść w samolot. Pielgrzymka jest totalnie niezorganizowana, każdy idzie skąd chce, jakim chce tempem, w jakim chce terminie, to nie jest zorganizowany przemarsz jak na Jasną Górę. Popularność Camino sinusoidowała na przestrzeni wieków, w latach 70 trasę robiło 30-100 osób rocznie, potem nastąpił renesans, moja pierwsza wyprawa trafiła właśnie na początek boomu (czyli to zapewne moja wina), wtedy do Santiago dotarło już 100.000 ludzików, przez Covidem było to już 350.000. Trasa zostaje uznana za „zaliczoną” (dostaje się napisany po łacinie dyplom i dla katolików odpust zupełny) jeśli o własnych siłach przejdzie się minimum 100 km. Najpopularniejsza wersja trasy zaczyna się we Francji i ma coś koło 1000 km – ale zaskakująco wiele osób nadal startuje ze swoich domów i tłucze znacznie większe dystanse – w tej chwili obserwuję 50latka z Olsztyna który tak robi – konto na instagramie @tapicerwpodrozy – ma już za sobą 2000 km i jest gdzieś we Francji. Trasa francuska ma najlepsze zaplecze pielgrzymie – co 3-4 km mija się jakąś wioskę albo miasteczko, w którym są miejsca do spania i jedzenia. Inne trasy, między innymi ta południowa, którą planuję na przyszły rok są już trudniejsze – noclegi są co 20-30 km. Moja pierwsza wyprawa była totalnie niezorganizowana – szedłem sobie tak długo, aż byłem zmęczony i wtedy dopiero szukałem noclegu. Jeśli czułem, że mam jeszcze siły, robiłem kolejne kilka kilometrów do następnego miejsca. Noclegi dostępne są zazwyczaj w formie schronisk pielgrzymich, zwanych albergue – i są przeróżne. Ale zazwyczaj to standard hostelów backpackerskich – czyli łóżka piętrowe, wspólne sale i takie tam. Mój rekord to nocleg w starym kościele, w którym takich łózek było ponad setkę – czyli spaliśmy w jednym pomieszczeniu w kilkaset osób :D. Noclegi są w miarę tanie, a co lepsze, jest sporo miejsc, które są darmowe (np. prowadzone przez organizacje kościelne, samorządowe czy coś takiego) albo tzw. „donativo”, czyli „co łaska”, zazwyczaj w formie skrzyneczki, do której wrzuca się tyle, ile uznaje się za stosowne – podczas mojego mocno budżetowego Camino nr 3 korzystałem właśnie z tych, korzystając z nich jak z miejsc darmowych, do czego ze wstydem się przyznaję, ale czasem cebularzenie nie jest wyborem, a przymusem. Zresztą, czasem w tych donativo i tak trzeba było odpracować nocleg – pomóc przy robieniu kolacji, zaśpiewać piosenkę po polsku albo wziąć udział w obowiązkowej modlitwie (u harikrisznowców trzeba było śpiewać hare hare :D).

Z żarciem też nie ma problemów – większość albergue posiada kuchnie, z których można korzystać, zawsze w okolicy jest też miejsce gdzie karmią – im mniejsza wioska, tym lepiej i taniej :D. Hiszpańskie restauracje mają w swojej ofercie często coś zwanego Menu del Dia (menu dnia), a na Camino Menu del Pelegrino (menu pielgrzyma), gdzie tym jednym daniem jest dla wszystkich to samo – zawsze pożywne, zawsze z dodatkowym koszem chleba (chleb jedzą do wszystkiego, z ziemniakami i frytkami włącznie), zupa, drugie danie, deserek i woda albo wino (do wyboru, w tej samej cenie) do popicia. Lubiłem (i pewnie nadal lubię) te dania, zawsze jakiś element zaskoczenia i niespodzianki. Podczas cebulowego wyjazdu na camino #3 byłem z ciotką, która dla nas gotowała. W kuchniach albergue pielgrzymi zwykle zostawiają nadwyżki makaronów i co tam sobie gotowali, bo kto by to potem niósł przez kolejne 30 km. I żywiliśmy się głównie tym, co znaleźliśmy. Ciotka zrobiła potem podsumowanie kosztów – noclegi + żarcie za pełen miesiąc (nie wliczaliśmy w to zachcianek typu puszka coli, czy coś słodkiego, bez czego można by się było obejść) – średnio na dzień wyszła nam dniówka... trochę ponad 2 euro. Można? Można :D. Więc mój obecny budżet 100 zł na dzień można wręcz uznać za burżujstwo i rozrzutność :D.

Tu chwilowo temat zawieszam, bo kończy mi się czas w pracy i trzeba wracać do domu...

Obraz wysłany przez użytkownika
JRK w Pirenejach, rok 2016
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika
Ojciec nieprowadzący
Dołączył: Maj 2008
Posty: 3547
Faza planowania - dzień 121

Wrzesień miesiącem wydatków

Tydzień choroby za mną - przetrzymało mnie dłużej niż zwykle - do tej pory jeden dzień porządnego snu zwykle mi wystarczał do pokonania jesiennego przesilenia. Jestem przyzwyczajony do samotnego chorowania - nikt się już mną nie opiekuje od jakichś 20 lat albo i więcej. Nie mogę się nad sobą rozczulać, nie mam na kogo liczyć, muszę sam sobie radzić :D. Tak było z wycinaniem dziury w brzuchu w zeszłym grudniu, gdy wróciłem ze szpitala sam i sam od razu zacząłem się sobą opiekować (ze zdobywaniem posiłku włącznie) - i w sumie ok, bo dzięki temu nie martwię się chorowaniem w podróży - też będę musiał sam o siebie zadbać i mam w tym praktykę i doświadczenie - czy walcząc z malarią w Zimbabwe, czy z uczuleniem po ugryzieniu przez jadowitego pająka w Turcji - poradzę sobie jakoś, nie przeraża mnie to.

Obraz wysłany przez użytkownika
26 września, ładnie!

Tym razem jednakże chorowanie się trochę rozwlekło. W końcu przestawiłem się na trzy porządne posiłki dzień po dniu, bez oszczędzania, odespałem kilka dni, doprawiłem domowym winkiem i jestem już w pełni sił fizycznych i psychicznych - przez ostatnie trzy dni wznowiłem nawet leśne spacery. Dziś pyknąłem 12 km po okolicy, ale i dziś pogoda najładniejsza - sam t-shirt, ale za to długie spodnie. Trochę początkowo żałowałem, bo jednak za gorąco w dżinsach, ale jak drugi i trzeci raz przedzierałem się przez pokrzywy i szarpiące mi spodnie gałęzie ostu, pogodziłem się z gorącem i żałować przestałem :D. Spotkałem też kilka padalców i zaskrońców - to tu częsty widok. W którymś momencie drogę przegrodził mi też taki większy patyk, na oko 1.5 metra. Oczami wyobraźni zobaczyłem już siebie w dżungli Amazonii wypatrującego wielkich węży pod nogami. Wczułem się na tyle, że podkradłem się do patyka na paluszkach i... wtedy patyk wykonał w tył zwrot i zaskakujaco szybko spierdzielił w krzaki. Kurde, to jednak nie była moja wyobraźnia - to było prawdziwe bydlę - i gdyby chciał, nie dałbym rady mu uciec, takie szybkie O_o.

Dobiega końca czwarty miesiąc mojej pracy, ale we wrześniu nic niestety nie dorzucę do moich wyjazdowych oszczędności - za dużo miałem
bieżących wydatków. Opisywane dwie wizyty u dentysty kosztowały mnie 400 zł, wizyta z tego tygodnia, o której jeszcze nie pisałem - kolejne 600 zł. Zrobiłem trzy kolejne ząbki. A w przyszłym tygodniu kolejne 2 zębiska i przymierzanie szyny - w sumie to będzie znów 550 zł. A kolejny tydzień to wyrabianie szyny - i znów 250 zł. Nie ma szans na oszczędzenie, leczenie zębów jest droższe niż podróż dookoła świata!!! Inne wydatki to bluza (150 zł), plecak (350 zł), paszport (150 zł - jadę składać wniosek we wtorek, wizytę umówiłem trzy tygodnie temu). Majaczy przede mną jeszcze zakup powerbanka, spodni, butów, maty do namiotu, być może nowego telefonu (ale tu się w sumie przymierzam żeby może tylko w obecnym wymienić baterię, bo poza nią nie mam do niego zarzutów - tyle że nie wiem ile żyje wymieniona bateria, muszę tu zrobić trochę researchu). Boli też fakt, że mimo że coraz więcej państw się otwiera (Kanada już, USA od listopada!), to większość chce na wjeździe żebym robił testy, niezależnie od faktu zaszczepienia. A test to kilkaset złotych - wydawanie 500 zł za każdym razem, gdy przekraczam granicę albo lecę na jakąś wyspę totalnie niszczy mój budżet wyprawowy. Realnie oznacza to konieczność rezygnacji z odwiedzenia wielu wielu miejsc z mojej listy.

Obraz wysłany przez użytkownika
Też z dzisiejszego spaceru

Tak czy siak, kasy mam póki co za mało, trzeba się rozejrzeć za kolejnymi źródłami finansowania. Żebranie w necie też będzie, ale to dopiero po kilku miesiącach podróży - jak już będę w miarę wiarygodnym podróżnikiem i nie będzie wątpliwości, że wysępionej kasy nie przepiję w domu albo nie wydam na gierki :D. No właśnie - gierki. Dojrzałem psychicznie do myśli, że będzie trzeba wyprzedać część lub nawet całość mojej kolekcji pudełkowych rpg. Jest tego ponad 500 sztuk, mniej i bardziej cennych wydań, zbieranych przez ostatnie 20+ lat. Serce się kroi na myśl o pozbyciu się tego, ale skoro nie ma innego wyjścia, to nie ma wyjścia. Mój plan pochowania mnie z moimi zbiorami tudzież zrobienia z nich mojego stosu pogrzebowego (nadal się nie zdecydowałem) będzie musiał zostać porzucony. Nie wiem za bardzo jak tą sprzedaż ugryźć - pewnie najlepiej by było bawić się z pojedynczymi sztukami na allegro/ebayu, ale to zapewne zeżarło by mi mnóstwo czasu. A więc może całość? Ktoś zna jakieś linki gdzie coś takiego można ogłosić albo chociaż spróbować to wycenić?

Obraz wysłany przez użytkownika
Powoli trzeba się pożegnać z moją piekną kolekcją...
_______________
Obraz wysłany przez użytkownika

Strona: « < 1 2 3 4

Forum JRK's RPGs działa pod kontrolą UseBB 1